15 Lis Marcin Wełnicki - Testament Damoklesa (recenzja premierowa)

Napisał Dział: Książka Komentarze DISQUS_COMMENTS

„Reitestament_damoklesa_mininer Erhard, śmiertelny bóg i nadzieja wszystkich ludzi, umarł.” Pozostawił jednak po sobie następców zwanych Talią, dwunastu mężczyzn noszących imiona karcianych figur. Obdarzeni częścią jego mocy i obarczeni jego wspomnieniami, kontynuują misję rozpoczętą przez ich protoplastę – i jeden po drugim giną dręczeni zwątpieniem i brakiem nadziei, a ich przeciwnicy pozbawieni są skrupułów.  

Marcin Wełnicki w brawurowy sposób kreśli alternatywną wersję najnowszej historii. Losy II wojny światowej odmieniają się, gdy naziści zdobywają dostęp do źródła Eskalacji, nieograniczonej, potężnej energii, która umożliwia im zwycięstwo, a w konsekwencji tego panowanie nad całą Europą. Jednak Eskalacja jest obosieczną bronią i wraz z szansą, niesie też zagrożenie – do naszej rzeczywistości przenikają inne byty, obce i niezrozumiałe, dla których ludzkość jest nie przeciwnikiem, a chwilową niedogodnością. Do walki z nimi staje Reiner Erhard, niegdyś oficer Gestapo, teraz – wskutek połączenia z pozaziemskim bytem – urzeczywistnienie idei nadczłowieka. Początek walki Erharda Wełnicki opisał w swojej debiutanckiej powieści, Śmiertelnym bogu. Niespełna dwadzieścia lat po zawartych w niej wydarzeniach na świecie zdaje się panować spokój, a społeczeństwo Rzeszy Europejskiej opływa w dostatek – niewyczerpane źródło darmowej energii spowodowało gigantyczny skok technologiczny. Pokój jest to jednak tylko pozorny. Od czasu, gdy Stany Zjednoczone opracowały własną wersję Eskalacji, rozpoczął się wyścig zbrojeń i oba mocarstwa trwają w oczekiwaniu na nieuchronną wojnę. 

 

Japonia, 1967 rok. Inspektor Misato Inoue sprzymierza się z tajemniczym przybyszem, Gaijinem, by odnaleźć i zabić Rei Takadami – przywódczynię  jednego z odłamów yakuzy, która przed laty zamordowała jej rodziców. Jednak oboje mają swoje sekrety, a siły stojące za Rei wykraczają poza japoński półświatek, sięgając znacznie głębiej w mroki historii – aż do zagadkowego Świętego z Issyk-kul.

Londyn, 1987 rok. Eve Namura, młoda obywatelka Rzeszy, wyjeżdża do Somalii, by wziąć udział w misji ratowania dzikich zwierząt; nie przypuszcza, że placówka badawcza jest tylko przykrywką dla dziwacznych eksperymentów. Po traumatycznych zdarzeniach, których stała się uczestniczką, dziewczyna zaczyna odkrywać, że jest czymś więcej – czy może mniej – niż tylko człowiekiem. Rozwiązanie zagadki trapiących ją koszmarów zdaje się znać Adam Worthington, ścigany zbieg, którego powoli zabija krążąca w jego żyłach trucizna.

Oba wątki narracji łączy postać Waleta Pik, jednego z następców Erharda. Tak jak Reiner, Walet dysponuje mocą telepatii i telekinezy, potrafi siłą umysłu zmusić innych do wypełnienia jego woli, a nawet ukryć swoją prawdziwą twarz za zasłoną iluzji. Ułatwia mu to posługiwanie się różnymi tożsamościami – w toku fabuły poznajemy go raz jako Gaijina, innym razem jako Adama Worthingtona. Interesujący jest rozdźwięk między tymi dwiema kreacjami; czytelnik ma okazję obserwować, jak z „najbardziej ludzkiego z Synów”, pełnego nadziei i poczucia misji, Walet staje się człowiekiem oschłym, zgorzkniałym i okrutnym – jednak prawdziwą przyczynę niechęci bohatera do swego „Ojca”, utraty wiary w siebie, w ludzi i w sens podjętej misji zostanie ujawniona dopiero na samym końcu powieści.  

Waletowi Pik towarzyszy cała galeria postaci stojących po różnych stronach barykady, mających różne cele i motywacje – nie spotkamy tu jednak postaci kryształowo dobrych ani absolutnie złych. W Testamencie... nadzieją ludzkości jest niegdysiejszy gestapowiec, a i jego następcy mają własne winy i skazy na duszy. Tu autorowi należą się duże brawa za sprawnie rozwijaną intrygę – Wełnicki nie wykłada kart na stół, lecz stopniowo, po kolei uchyla rąbka tajemnicy, a prawdzie pobudki kierujące bohaterami zostają objawione dopiero w – wyjątkowo mocnej – końcówce.  

Autor nie oszczędza swoich bohaterów: wszędzie czeka na nich oszustwo i zdrada, sprzymierzeńcy odchodzą jeden po drugim, zaś wrogowie zdają się  zawsze być o krok przed nimi. W świecie Testamentu Damoklesa zwycięstwo zawsze ma gorzki smak, obrońcom ludzkości obca jest litość, a ludzie umierają, nie zdążywszy wypowiedzieć ostatnich słów.

Wełnicki z zaskakującą u początkującego pisarza swobodą kreśli złożony, iście postmodernistyczny kolaż, w którym sceny walk i pościgów mieszają się z egzystencjalną refleksją, a alternatywna historia z domieszką spiskowych teorii towarzyszy grozie wypełnionej zepsuciem, mackami i Przedwiecznymi Bogami w godnym Lovecrafta stylu. Właśnie wątek nadprzyrodzony jest szczególnie ważny i ciekawy – pisarz garściami czerpie z mitologii Cthulhu, przywołuje postacie, motywy i nazwy doskonale znane wielbicielom prozy samotnika z Providence. Kłębowiska macek i oczu, Innsmouth, Necronomicon, tytaniczne miasta zatopione w morskich głębinach – to tylko niektóre obecne w Testamencie... cytaty, przy czym autor nie traktuje ich jako celu samego w sobie, lecz miesza z elementami japońskiej i hebrajskiej mitologii, buddyzmu, a nawet popularnych spiskowych teorii, tworząc ciekawą i spójną wizję.

Na początku fabuła rozwija się niespiesznie; zaprezentowane zostaje kilka osobnych wątków, których akcja nabiera tempa w miarę jak intryga się zagęszcza, a czytelnik zaczyna konstruować spójny obraz z podzielonej na dwie linie czasowe narracji. Później napięcie stopniowo wzrasta – każda odpowiedź pociąga za sobą więcej pytań, jeden zwrot akcji goni kolejny, aż do dwóch równolegle opisanych punktów kulminacyjnych, które nie pozwalają oderwać się od lektury. Wełnicki operuje stylem przyjemnym i precyzyjnym, a przy tym bardzo filmowym – czytając opisy walk i pościgów, niemal można wyobrazić sobie kolejne ujęcia i przejścia montażowe; moim zdaniem dobrze pasuje to do jego dość oszczędnej narracji. Całe szczęście, że inspiracja Lovecraftem dotyczyła tylko stworzonej przez niego mitologii, nie zaś opisującego ją języka – Wełnicki nie popada w pompatyczny słowotok i nie uświadczymy tu „bluźnierczej grozy rozdzierającej samo jądro jestestwa”. Jedynie od czasu do czasu główny bohater rzuci jakąś patetyczną kwestią, jednak ten swoisty melodramatyzm całkiem nieźle do niego pasuje.

Na uwagę  zasługuje także okładka – stylizowana na japońskie kanji czcionka tytułu przykuwa wzrok, a znajdująca się na drugim planie kobieta o pazurzastej dłoni intryguje i daje przedsmak tego, czego należy oczekiwać w środku. Także zielonkawa kolorystyka, kojarząca się z chorobą i gniciem, znakomicie komponuje się z atmosferą powieści.

Autorowi Testamentu Damoklesa udała się rzecz trudna – zebrał i połączył wiele różnych motywów, schematów i wątków, otrzymując nowe, oryginalne i ciekawe danie. Znajdą w nim coś dla siebie zarówno miłośnicy militariów, fani SF, zwolennicy sensacji, jak i wielbiciele grozy – a zwłaszcza ci z nich, którzy cenią ciekawe pomysły i fabuły, w których głównym bohaterom nie wszystko się udaje.

Autor: Marcin Wełnicki
Tytuł:  Testament Damoklesa
Wydawca: Bellona, Runa
ISBN: 978-83-89595-79-9
ISBN: 978-83-11-12179-9
Wymiary: 125×195 mm
Okładka: miękka
Ilustracja na okładce: Chris McGrath
Data wydania: 16 listopada 2011

Ostatnio zmieniany niedziela, 04 grudzień 2011 15:23