27 Paź Wywiad z Marcinem Przybyłkiem

Napisał Dział: Wywiady Czytany 10576 razy Komentarze DISQUS_COMMENTS

przybyekZapraszamy do lektury wywiadu z Marcinem Przybyłkiem który przeprowadził nasz redakcyjny kolega Bartek "Zicocu" Szczyżański.

W „Czasie silnych istot” TorkilAymore staje się świadkiem i uczestnikiem wojny mającej zadecydować o przyszłości cywilizacji, wojny „na serio”. Nie jest już swobodnym lowelasem, którego pokochali czytelnicy. Nie bałeś się, że miłośnicy Gamedeca nie zaakceptują go jako dojrzałego, poważniejszego mężczyzny? A może osobisty rozwój Torkila jest prostą pochodną rozwoju opowieści, świata?

 

Ostatnio odbywam dużo rozmów i dyskusji z czytelnikami i czytelniczkami na temat swojej prozy i widzę, że mają na jej temat coraz więcej do powiedzenia. Gdybym to wiedział wcześniej, pewnie bym się bał.

 

Problem polega na tym, że ja bohatera, takiego żywego i prawdziwego, nie potrafię stworzyć na zasadzie układanki, zlepienia kilku modułów, np.: dowcipny, energiczny, szarmancki, uwodzicielski. To nie mój modus operandi. Charakter bohatera jest efektem ubocznym jego działań, a te bardzo często dla mnie samego są zaskakujące. Coraz częściej się łapię na tym, że nie wiem, co Torkil za chwilę zrobi lub powie. To po prostu wychodzi spod moich palców, tak jakby książkę pisało dwóch autorów – ten, którego znam i drugi, którego nie znam, a on dziwnym zrządzeniem losu wie o protagoniście więcej ode mnie.

Torkil zmienia się w czasie prawdopodobnie dlatego, że zmieniam się ja. Zacząłem pisać o nim w 2002 roku. Dziesięć lat temu. Miałem trzydzieści trzy wiosny. To naprawdę nie to samo, co czterdzieści trzy. Zmienia się perspektywa. Autor z „lowelasa” także przepoczwarzył się kogoś poważniejszego. Mam wrażenie, że dobrze i głęboko potrafię opisać tylko to, co mnie naprawdę fascynuje. Jedne fascynacje się kończą, inne zaczynają, oko uwagi przechodzi z jednego obszaru na drugi. Pisząc o Torkilu w stary sposób, stałbym się nieszczery wobec siebie samego, a to by było łatwo wykrywalne. Ile razy próbuję opisać coś, czego nie czuję, od razu to widać: styl staje się szkolny, sztuczny, nie mój. Czytelnik by powiedział: „to nie jest już Przybyłek”. Mam nadzieję, że chociaż Torkil się zmienia, odbiorca wciąż widzi, że autor pozostaje ten sam.

Od samego początku wiedziałem, że bohater będzie się zmieniał, rozwijał. Że stanie się kimś innym, że odejdzie od gier. To zresztą była ukryta misja Gamedeca: pokazać graczom, że gry to nie wszystko, że ciekawy świat jest także poza nimi. Jest teoria mówiąca, że człowiek, powiedzmy, pięćdziesięcioletni jest już kimś innym, niż gdy miał lat dwadzieścia. Rozumiesz: że to naprawdę inna osoba. To także staram się w Gamedeku pokazać. Prostą prawdę, że jedyną stałą jest zmiana. Obserwuję dość duży konserwatyzm nie tylko wśród dorosłych, ale także wśród młodych ludzi: lubią grać w ten sam typ gier, używać tego samego typu platform, czytać ten sam typ literatury, dyskutują na tych samych forach, oczekują, że nic się nie zmieni: w życiu codziennym i życiu literackich bohaterów. To miłe, daje poczucie bezpieczeństwa, ale jest nieprawdziwe. Chciałem, żeby razem z Torkilem przeżyli przemianę – zarówno bohatera, jak i świata. Miałem wrażenie, że jeśli przeczytają całą sagę, jakoś zinkorporują zmianę i bardziej się z nią oswoją. To ich przygotuje na prawdziwe wyzwania życia.

 

To, że zmiana odgrywa w Twojej prozie olbrzymią rolę, można wywnioskować także na podstawie nieustannie zmieniającej się rzeczywistości otaczającej bohaterów. Jak ważna jest praca nad światem przedstawionym? A może to złe określenie? Może powinniśmy mówić raczej o „frajdzie tworzenia”?

 

Oglądałem kiedyś, nawet kilka razy, film pt. „Wejście smoka” (w oryginale „Enter the Dragon”, czyli de facto „Stań się smokiem”, „Wstąp w smoka”), w którym główną rolę zagrał nieodżałowany Bruce Lee. Pamiętam scenę, w której poważny agent opowiada mu, jak bardzo złym człowiekiem jest Han, właściciel wyspy, gdzie odbywają się turnieje kung-fu. „Zastrzelcie go”, odpowiada przytomnie Bruce i ma rację. „Na wyspę nie można wwozić broni”, wyjaśnia agent. W ten sposób uzasadniona zostaje misja czarnowłosego mistrza sztuk walki oraz to, że aby dorwaćHana, będzie się musiał popisać akrobatycznymi umiejętnościami. Ten przykład pokazuje, że tworzenie świata to nie tylko „frajda” (o której za chwilę napiszę), to także, a może przede wszystkim, kreacja przestrzeni, która pewne rzeczy umożliwia, a innych nie, zupełnie tak jak w „Wejściu smoka”. Gdyby na rzeczoną wyspę można było wwieźć broń, choćby parabellum z drugiej wojny światowej, problem zostałby rozwiązany. Ponieważ jednak jest to strefa „bezprochowa”, wszystko trzeba załatwiać par excellence własnoręcznie. Dlatego Lee, Roper i Williams machają nogami, wyskakują w powietrze i robią inne cyrkowe, spektakularne sztuczki. Jest to w miarę spójne i człowiek nie zgrzyta zębami. Oczywiście zawsze pozostają kwestie: a nie da się tego zrobić z góry? Snajper z helikoptera? Rakieta powietrze – ziemia? A może…bombka? No nie, odpowie znawca filmu, najpierw trzeba zdobyć dowody na to, że pan Han jest przestępcą, a to może zrobić tylko agent, który spenetruje posiadłość podejrzanego.

Zwróć uwagę na siebie i swoich znajomych: oglądacie film i z pewnością od czasu do czasu komuś się wyrwie: „Dlaczego nie zrobili tego inaczej?”, „O rany, to nie ma sensu, przecież mogli…”, „Jakim cudem o tym nie wiedzieli?”, „Nie, w to nie uwierzę, powinni byli najpierw sprawdzić…” i tak dalej, prawda? No więc gdy piszę, nieustannie zadaję sobie takie pytania, sam bombarduję i krytykuję to, co tworzę. Gdy znajduję wyrwę logiczną – albo zmieniam treść, albo… uzasadniam ją odpowiednim, logicznym uwarunkowaniem świata. Dlaczego na przykład Ranowie zasypani gruzami pod Paryżem nie teleportują się po prostu w bezpieczne miejsce? A, to niemożliwe. Pancerze typu Groundmour nie mają takiej możliwości. Gdyby mieli na sobie chociażCloudmoury – proszę bardzo, ale Groundmoury – nie. Dlaczego nie używali w takim razie Cloudmourów?! To proste – w pomieszczeniach było za ciasno. Z trudem mieściły się tam Groundmoury. A dlaczego Groundmoury nie mają opcji skoku teleporatacyjnego? Są zbyt małe. Nie ma w nich miejsca na generator Mirova. Spójne? Tak. Jak widzisz, cała ta techniczna wiedza nie powstała dla samej urody tworzenia świata, tylko z przyczyn ściśle powiązanych z opisaną historią.

Inny przykład: Torkil walczy na Nomorii. Nie chce przegrać, nie chce, by zginęło jego ciało, z całą pewnością nie życzy sobie przenieść się w całości na tamten świat. Wspomina jednym zdaniem o Mardoku Enei, który co prawda pokazał, że „po wylogowaniu” nie jest tak źle, ale nasz bohater wolałby tego nie sprawdzać. A któż to jest Mardok Enea? A, to jeden z pierwszych Ranów testujących Eyenet. Eyenet jest technologiąumożliwiającą podróż psyche w bezczasie, dzięki której można przewidzieć zdarzenia i odpowiednio ustawić Wzory prawdopodobieństwa. Skoro wymyśliłem taką technologię, musiałem pomyśleć o konsekwencjach jej stosowania, a są one powiązane z relacjami ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną i lekko nawiązują do syndromu wielkiego błękitu. Ludzie stosujący Eyenet czują się coraz mniej przywiązani do życia w trzech wymiarach i czasie, do spraw ludzkich, do swojego ciała. Zaczynają dryfować coraz dalej, uwiedzeni poczuciem wolności. Mardok dał się uwieść do końca i już został „po tamtej stronie”, w naszym rozumieniu – umarł. Ale skontaktował się po upływie cyklu dowodząc, że „coś tam jest”. Jak widzisz, jedna technologia – w tym przypadku Eyenet – wywołuje lawinę konsekwencji, powiązań, nawiązań i „świat” się rozrasta na zasadzie dedukcji i indukcji. Bo skoro istnieje „tamta strona”, to jakoś musi funkcjonować. Jak i dlaczego? Przecież w takim razie musi mieć wpływ na resztę świata. I tak dalej.

Kreację świata w moim wykonaniu można porównać do sytuacji, w której wrzucasz do nasyconego roztworu cukru kilka, no, może kilkanaście drobnych pyłków. Wokół nich rozpoczyna się proces krystalizacji, który dzięki samej „wiedzy” materii o krystalicznej strukturze, z żelazną konsekwencją postępuje dalej. W przypadku kryształu nie ma mowy o niespójności, pomyłce. W swoich logicznych, dedukcyjnych i indukcyjnych podróżach dążę do osiągnięcia takiej krystalicznej spójności. Jest to oczywiście trudne, czasami być może popełniam błędy (sam ich nie znalazłem, ale nikt nie jest nieomylny), ale, jak widzisz, nie chodzi o kreację dla kreacji. Świat powstaje wokół pewnych „ognisk”, które, jeśli użyć rozumu, muszą generować konsekwencje i zanim się człowieku obejrzysz – masz uniwersum.

To samo oczywiście tyczy spraw psychologicznych, socjologicznych, gospodarczych i tak dalej, ale nie będę przytaczał przykładów, bo wywiad zamieni się w powieść.

A teraz o frajdzie, bo jest jeszcze druga strona tworzenia świata. Mniej, powiedziałbym, logiczna, bardziej estetyczna. Od samego początku, od tomu pierwszego, starałem się malować takie otoczenie, w którym chciałbym się kiedyś znaleźć. Kreowałem atrakcyjne krajobrazy megapolii, powietrznych traktów, gier i tym podobnych dla własnej przyjemności. Myślałem – tak, to jest „mój” świat. Z każdą następną książką pchała mnie ciekawość – jak ten „mój” świat mógłby wyglądać jeszcze inaczej, jeszcze fajniej, co zrobić, by był bardziej fascynujący, co dodać, by człowiek w nim żyjący miał więcej podniet, przyjemności, wolności?

Przy każdej kolejnej powieści staram się popychać granice wyobraźni. Ciekawość jest wielką siłą napędową. To ona, połączona z niecierpliwością, tęsknotą do innej rzeczywistości, powoduje, że chce mi się kreować nowe krajobrazy.

 

Jeśli mówimy o frajdzie przy tworzeniu świata, nie sposób nie poprosić o kilka słów więcej o Ranach. Wojownicy w potężnych zbrojach stają się powoli jednym z symboli serii. Skąd pomysł? Jak bardzo inspirowałeś się anime?

 

No tak. W teorii sprzedaży jedną z technik jest zamiana słowa „czy” na inne pytajniki, np. „kiedy”, „ile”, „co” itd. Uczy się sprzedawców, by nie pytali: „Czy pan kupi?”, bo mogą usłyszeć „nie”. Zamiast tego mają mówić „Ile pan potrzebuje?”, albo „Na kiedy panu przesłać?”, lub „Co panu podać?”. Wtedy trudniej jest odpowiedzieć: „Ale ja… niczego nie chcę!”. Śmiać mi się chce, bo nie zapytałeś „Czy inspirowałeś się anime?”, tylko „Jak bardzo inspirowałeś się anime?”. To naprawdę zabawne. Już w pierwszej recenzji Gamedeca, czyli w tekście oceniającym „Granicę rzeczywistości”, a było to w 2004 roku, autor zwrócił uwagę na „wpływy mangi”. Oczy wtedy wybałuszałem, bo z „mangi” znałem wyłącznie słowo „manga”.

Dzisiaj już wiem, że anime to japońskie filmy animowane, manga to komiksy, a hentai są kreskówkami dla dorosłych, dobrze mówię?

Jeśli tak, to głośno oświadczam, że inspiracje anime są minimalne, bo poza trzema filmami Miyazakiego („W krainie bogów”, „Ruchomy zamek Hauru”, „Księżniczka Mononoke”), obrazem „Appleseed”, „Vexile”, słabiutkim „Elysium” i dwoma „Final Fantasy”, japońskie filmy animowane znam słabo. Słyszałem od czytelniczek i czytelników, że w anime jest zatrzęsienie mechów i ciekawych rozwiązań technologicznych, głównie w zakresie pancerzy, ale jakoś nigdy nie było mi z tymi filmami po drodze. Może zwyczajnie nie miałem gdzie ich oglądać.

Ranowie powstali, bo zawsze fascynowała mnie, trochę amerykańska, wielkość. Rozmach. Duzi, silni faceci. Nadludzie. Jest coś monumentalnego w wizji trzymetrowego mężczyzny czy kobiety, ubranych w kolosalne pancerze wspomagane. Tak naprawdę to bardziej odbijałem się od wizji z Warhammera 40 000 niż od anime, chociaż, by być do końca uczciwym, przyznam, że gruntołazy z Appleseeda były inspirujące. Mniej więcej tak można by sobie wyobrazić Goary, których używali podwładni LeyiStone, gdybym tylko pozwolił im narażać ręce na ostrzał. W Goarach (w przeciwieństwie do gruntołazów) ręce są schowane w zbroi, podobnie jak reszta ciała, która poddana jest dewitalizacji, aby pilot mógł zawiadywać potężnym cielskiem jak własnym. Na to Japończycy, zdaje się, nie wpadli, prawda? Przynajmniej taką mam nadzieję.

Podejrzewam, że doszukujesz się analogii także w przypadku Skymourów, czyli stumetrowych zbroi zawiadywanych przez jednego, dwóch bądź trzech Ranów będących w istocie kopią jednej osoby? No, tutaj analogii żadnych być nie mogło, bo, nie licząc „Elysium”, widziałem zaledwie kilka dużych pancerzy z filmów anime, gdzieś na tapetach w Internecie i nie do końca podobała mi się ich linia. Było w nich coś za bardzo dziecięcego, komiksowego. Skymoury traktuję śmiertelnie poważnie, chociaż ich widok musi się kojarzyć z szaleństwem. Te wszystkie animacje, iluzje, cheruby, wstęgi, łańcuchy, gonfalony, skrzydła, czyste wariactwo. No, ale o to chodzi w byciu Ranem – wszak słowo to oznacza chaos.

Można też pomyśleć, że były wpływy anime, bo nazwa Ran pochodzi z języka japońskiego, podobnie Tomo, zwyczajowy sposób, w jaki Aristoi się do siebie zwracają (słowo to oznacza przyjaciela), jak i Tomonari, co można przetłumaczyć jako „rodzącą się przyjaźń”, a termin ten oznacza społeczność Maodów i Maod-Anów. Jednak prawdą jest, że nazwy te wzięły się po prostu stąd, że uważałem, że rasa żółta w przyszłości będzie odgrywała bardzo ważną rolę, językową również, bardziej Chińczycy niż Japończycy, ale że w języku kraju środka nie znalazłem wystarczająco dobrze brzmiących słów, zdecydowałem się na wyrazy zaczerpnięte od mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Poza tym stoi u mnie na półce wciąż nieobejrzany film Akira Kurosawy pod tytułem „Ran”. To słowo tak mocno uderzało mnie w oczy, że nie byłem w stanie oprzeć się jego urodzie.

Ranowie wzięli się z indukcji: skoro Torkil wszedł w Otchłań i wyzwolił osobistego Demona, to dlaczego miałby być jedynym w swoim rodzaju? Skoro w trakcie śmiertelnej choroby zaczął widywać Anielicę, dlaczego to miałby być tylko on? Skoro oba te byty mają wpływ na materię, być może kryje się za tym bardziej ogólny wzór? Kiedy się doda A do B, powstanie C. Tym C byli inni, którzy weszli w Otchłań, a potem przećwiczyli na sobie Rytuał Ocalenia. Torkil był obserwowany, a Imperator jest zbyt łasy na dobry materiał ludzki (czyli zna się na zarządzaniu zasobami ludzkimi), by przegapić okazję powielenia sukcesu gamedeca. Zwykła zazdrość i chęć dorównania Aymore’owi spowodowała, że Laurusspróbował jako pierwszy słodko-gorzkich owoców stania się Aristosem.

Tak, jak wspomniałem, były inspiracje światem Wh40k. Fascynowali mnie kronikarze i szarzy rycerze, którzy mają kontakt ze spacznią. Ale ja nie chciałem stwarzać wojów o zindoktrynowanych umysłach, zatwardziałych głosicieli jedynej możliwej prawdy, przeciwnie, chciałem stworzyć ludzi wolnych, autonomicznych, ciekawych świata, wesołych, a jednocześnie skrajnie niebezpiecznych ze względu na kontrolę nad bytami duchowymi. Dlatego każdy pancerz Rana, każdy Coremour wzór V (teraz, w „Obrazkach z Imperium” opisuję wzór X. To jest dopiero maszyna!) wygląda inaczej odzwierciedlając osobiste upodobania i charakter posiadacza. Przydatna podczas kreacji Ranów była też znajomość fizjologii mózgu. Uznałem, że Aristoi, dzięki stymulacji obszarów podkorowych, stają się nieco bardziej zwierzęcy, bardziej wyczuleni na przeczucia, instynkt, na fale prawdopodobieństwa. Stają się bardziej „magiczni”, mniej racjonalni. Po dorzuceniu Imperialnego Tarota, którego są ekspertami (sam interesuję się tarotem od wielu lat), umiejętności wchodzenia w Eyenet, przyspieszania funkcji motoryczno-neuronalnych, oraz obsługi Siewcy, dzięki któremu mogą wpływać na mózg przeciwnika, uczyniłem z nich osobników o bogatym wachlarzu możliwości. Gdy się doda, że niektórzy z nich zrezygnowali z ciała na rzecz lepszych powłok mechanicznych, robi się z samych społeczności Maodionów dość ciekawe uniwersum, a to tylko część GamedecVerse.

Kiedy chcesz stworzyć coś w miarę nowego, w oczywisty sposób przychodzą ci do głowy różne odniesienia. Łapałem się dość często na porównaniach z rycerzami Jedi. Wiemy, że to elitarna kasta wojowników, którzy władają Mocą. No więcMaodowie i Maod-Anowie też tak jakby mocą władają, ale w inny sposób. Nie znają telekinezy, nie robią mind-tricków. Oni samą swoją obecnością zmieniają prawdopodobieństwo. Wyczuwają fale losu. Przeczuwają i ustawiają się w takim miejscu i w takim czasie, żeby przebieg zdarzeń był dla nich korzystny. To ma coś wspólnego ze spostrzeganiem szczegółów w skrajnej sytuacji zagrożenia. Jeśli wiemy, że za chwilę może być z nami bardzo źle, rozglądamy się i zastanawiamy: stanąć tu, czy tam? Być przy tej osobie, czy tamtej? Jak potoczy się przyszłość? Kto zachowa się głupio i narazi innych na niebezpieczeństwo? Która ściana okaże się za słaba i budynek zacznie się walić? Ran nieustannie czuje tę sieć zależności i stara się znaleźć najbardziej korzystny Wzór. Ale robi to najczęściej na bazie przeczuć, nie świadomej analizy.

No i Ranowie jednak korzystają z pancerzy. Ich brak w przypadku rycerzy Jedi wydaje się mało uzasadniony.

Właśnie sobie uzmysłowiłem, że jakiś czas po tym, gdy stwierdziłem, że Maodowie będą mieli kontrolę nad Demonem, a Maod-Anowie jeszcze nad Anielicą, zobaczyłem kilka odcinków serialu anime „Król szamanów”! Serial był wcale niezły, bo twórcy potrafili przemycać sensowne przemyślenia, no i przede wszystkim był w nim użyty pomysł w jakiś sposób podobny do mojego. Tam szamani potrafili kontrolować swoje duchy opiekuńcze, zindywidualizowane pod względem wyglądu i charakteru, a jeśli nie kontrolować, to się z nimi w specyficzny sposób przyjaźnić. A więc było to coś podobnego do relacji Rana z Demonem i Anielicą. To było zabawne odkrycie, z którym łączyły się dwa uczucia – z jednej strony przyjemne potwierdzenie, że to, co wymyśliłem, nie jest takie głupie, skoro producenci „Króla szamanów” zainwestowali w produkcję serialu z pewnością niemałe pieniądze, poza tym „zobaczyć znaczy uwierzyć”, więc gdy obejrzałem jak ten pomysł wygląda od strony plastycznej – choć zupełnie nie takiej o jaką mi by chodziło, stwierdziłem, że się broni. Drugie było już nie tak radosne, chociaż także nie bardzo przygnębiające – zorientowałem się po prostu, że kontrola nad Anielicą i Demonem nie jest już ideą tak oryginalną, jaką mogłaby być.

Tak czy owak warto podkreślić, że Ranowie i wszystko co ich otacza, to produkt made in Poland. Oryginalny, wypracowany niezależnie od naszych braci na zachodzie i wschodzie, wsparty dedukcją, indukcją, wiedzą medyczną i techniczną. Amen.

 

Właśnie – chaos. W zakończeniu drugiego tomu „Czasu silnych istot” jest mnóstwo szaleństwa, które raczej nie kojarzy się z hard science fiction. Czy zwracasz uwagę na fanowskie etykietki? Dbasz o to, żeby Gamedeka można było nazwać czystą fantastyką naukową?

 

Ostatnio te wszystkie podziały zaczynają mi się coraz bardziej kojarzyć z dwiema rzeczami. Po pierwsze ze zdumiewającym konserwatyzmem wśród młodych ludzi, którzy „jak czytają, to tylko fantasy, jak słuchają, to tylko metalu, jak grają, to tylko w erpegi”… Skąd ta sztywność? Gdzie potrzeba poszukiwania, odkrywania nowego? Mam wrażenie, że te podziały zrobiły jedno: gdy „miłośnik fantasy” usłyszy „science fiction”, od razu powie: „nie przeczytam”. To przerażające. Zatem na wszelki wypadek, dla tych czytelników, zaznaczę: Gamedec to nie science fiction, lecz… techno fantasy! Techno fantasy! Słyszycie?! TECHNO FANTASY!!! FANTASY!!!

Po drugie podziały przywodzą na myśl system nakazów i zakazów, a to kłóci się z duchem twórczości. Twórczość to wolność od imperatywów: zrób to, nie rób tamtego. Twórczość to intuicja, myślenie skośne, przecież nie wzięło się znikąd hasło „popuść wodze fantazji”. Pisanie, zwłaszcza fantastyki, to między innymi pozwolenie sobie na odrobinę… „fantazji”. Jeśli twórca ma ochotę, stwarza jakąś historię po prostu swojemu i już, tak jak Tarantino zlepił „Ingloriousbastards” w sposób absolutnie oryginalny, pokazując psychopatycznych i nie do końca rozgarniętych Żydów, śmiesznego Hitlera oraz zupełnie inny od wiadomego koniec drugiej wojny światowej. Inną sprawą jest sama wartość obrazu, bo tutaj można by dyskutować, natomiast bezsprzeczne jest jedno: stworzył opowieść o pewnym okresie historycznym na swój, „tarantinowy”, sposób.

 

Ostatnio, na Avangardzie, uczestniczyłem w panelu, gdzie, między innymi z Tomkiem Kołodziejczakiem, dyskutowaliśmy o science fiction. Forsowałem ideę, że SF to przede wszystkim literatura, dopiero potem fantastyka i nauka, mówiłem, że gdy pisarz o tym zapomni i skupi się na „S” tudzież „F”, stworzy dziełko, o którym szybko się zapomni. Niezależnie od sztafażu, w literaturze najważniejsza będzie literatura, w filmie – film, w teatrze – teatr. Historia, opowieść, bohater. Tutaj Tomek nie chciał się ze mną zgodzić. „Po co w takim razie literatura gatunkowa?” – miał na myśli science fiction. No w zasadzie – myślę sobie – po nic.

Nie musiałem nikogo prosić o pozwolenie, czy mogę tworzyć w sztafażu SF, nie wszedłem w niczyj świat, sam go stworzyłem, nie wedle jakiegoś kanonu, ale wyłącznie zgodnie ze swoim widzimisię. Po prostu kocham takie krajobrazy, takie machiny, takie nastroje, takie historie. A że ktoś kiedyś je jakoś posegregował? Daruję go zdrowiem.

 

 

Wczoraj skończyłem czytać serię komiksową stworzoną przez Paolo EleuteriSerpieri pt. „Druuna”. Gdybym miał użyć gatunków dla jej opisania, powiedziałbym, że jest tam dużo nastrojów postapokaliptycznych, utopijnych, onirycznych, cyberpunkowych, znajdziemy liczne akcenty retro, masę erotyki, surrealizm. I w tym momencie rozumiem potrzebę tworzenia etykiet. One ułatwiają komunikację. Ale: gdyby teraz zabrał się za stworzenie rysunkowej opowieści jakiś inny, mniej utalentowany grafik, posiłkując się właśnie tym opisem, z pewnością nie stworzyłby „Druuny”. Bo „Druuna” to niezwykły nastrój, trudne do podrobienia rozmyślania, to tęsknota zaklęta w kadr, nostalgia, melancholia, pytania o sens, o rzeczywistość, o potrzebę delikatności i miłości, to w końcu fenomenalny, klasyczny rysunek, którego oglądanie daje czystą, estetyczną przyjemność. „Druuna” to po prostu Serpieri, a nie „postapokalipsaplus cyberpunk plus… itd. itd. De facto tak chyba jest, że każdy autor stwarza po prostu swój świat, swoją literaturę. I najważniejsze nie są składowe zgodne z fanowskimi podziałami, ale duch twórcy, który zawarty jest w każdym zdaniu i akapicie. To on decyduje o tym, że jedną książkę pochłaniamy i do niej wielokrotnie wracamy, a drugą czytamy bez entuzjazmu i szybko o zapominamy.

Chciałbym, żeby kiedyś mówiono: „to jest gamedecowe, przybyłkowe”, a nie próbowano wtłoczyć Gamedeca w istniejące kanony, bo się po prostu nie da.

Gdy impresjoniści zaczęli używać przesyconych barw, nie każdy od razu ciepło przyjął ich eksperymenty. Podobno na wystawie Paula Gauguina jakaś nie do końca delikatna pani powiedziała na głos: „Czerwony pies?!”, czym wzbudziła powszechną wesołość wśród milczących dotąd i skonfundowanych oglądających, a w efekcie doprowadziła do wyśmiania artysty. Dopiero potem do ludzi dotarło, że impresjonizm to nie realizm, że barwy na płótnie mogą oddawać uczucia malarza, nie tylko kopiować naturę. No, sam Gauguin oczywiście nie był szczęśliwy przecierając ten szlak. Tak to w sztuce bywa: zanim odbiorcy zaakceptują powstanie nowego nurtu, jego prekursorzy są traktowani różnie.

 

Stworzenie Lee Rotha, potem Moniki Wedy, w końcu całej kasty Ranów mających kontakt z dziwnymi bytami na poły duchowymi na poły realnymi, po części halucynowanymi, było dość odważnym krokiem, bo rozdarło sztafaż SF. Jest to rana na jednorodnym ciele GamedecVerse. Skąd się wzięła? Nie mam pojęcia. To nie ja napisałem „Flashback”, tylko coś we mnie. Pisarstwo jest nie tylko kreowaniem fajnych historii. To także eksperyment, próby wyjaśnienia niewyjaśnionego, poszukiwanie sekretów, choćby tych najgłębszych – zagadek istnienia, materii, psychiki, duszy. I nie widzę powodów, dla których te poszukiwania nie miałyby się odbywać w ramach Gamedeca. Gdyby nie te eksperymenty, gdyby nie te skoki w skos, gdybym się trzymał tylko wąskich torów konwencji, mam wrażenie, że taki byłby ze mnie twórca, z jak z Majkiego, mojego cudownego maltańczyka, pisarz (teraz leży obok mnie i pilnie pracuje – to jest – śpi).

Kiedy zaczynam pisać nową książkę, sięgam w obszar niemożliwy. Taki, który na pierwszy rzut oka wydaje się nieosiągalny, taki, o którym niemal każdy powie: „Daj spokój, tego się nie da opisać”. Tak było, gdy pomyślałem o roztrojeniu Torkila w „Zabaweczkach”. Przyjaciele patrzyli na pomysł bardzo sceptycznie. Uśmiechali się i kręcili głowami: „Idea ciekawa, ale czy do przeprowadzenia? Ja się przyzwyczajam do bohatera. A ty chcesz zrobić… trzech?”. Sam wątpiłem, czy to się uda. I te wątpliwości paradoksalnie pomagały, bo byłem najsurowszym krytykiem. Dzięki temu się udało. Czytelnik uwierzył i „kupił” potrójnego Gamedeca. W „Czasie silnych istot” to już standard, ale w „Zabaweczkach” był to jeszcze eksperyment. Podobnie było z CSI: wiele partnerek, partnerów? Stada? Klany? Reory? Bez banków, prawników? To się nie uda! A jednak się udało. Teraz, gdy piszę „Obrazki z Imperium”, sięgnąłem jeszcze dalej. Rozmawiałem o pomyśle (tutaj go jeszcze nie zdradzę) z kilkoma fanami. Także kręcili głowami. Nie mieścił się w ramach naszego aparatu pojęciowego, chociaż de facto nie jest nowy. Będzie nowy w moim wykonaniu. I postaram się, jak zwykle, tak go przedstawić, żeby stał się oczywisty. I popatrz: gdzie tu miejsce na koleiny? Gdzie obszar do trzymania się konwencji? Tworzenie to poszukiwanie nowych przestrzeni, a nie przestrzeganie „kanonów prozy [tfu!] gatunkowej”.

Myślę, że obecnie zbyt często się zapomina, kim jest pisarz i zbyt często myli się go z rzemieślnikiem, kimś używającym słów, ale nie stwarzającym, tylko odtwarzającym, powielającym, przetwarzającym, cytującym, pastiszującym, dyskutującym. To wszystko jest pisaniem, to wszystko jest nawet twórczością, ale nie zachodzi tam wytwarzanie nowej jakości. Platon pisał, że poeci czasem sami nie wiedzą, co mówią, bo przemawia przez nich idea. Ze mną jest podobnie. Zmierzam ku nieznanemu. Naprawdę nie mam pojęcia, jaką tajemnicę skrywają duchy opiekuńcze i Łza Cheronei. Ale samo ich istnienie powoduje, że zgłębiam, doszukuję się, obmacuję je palcami rozumu, metafizyki, filozofii i zupełnie irracjonalnego przeczucia. One stanowią zagadkę, coś, dzięki czemu GamedecVerse nie tylko jest, ale żyje, pulsuje, intryguje, a to najważniejsze. Gdyby mnie nie interesowało, nie mógłbym w tym świecie pisać.

 

Mówisz o "gamedekowatości" i "przybyłkowatości" jako rzeczach tożsamych. Czy czasami nie masz ochoty zapomnieć o Torkilu i zaserwować czytelnikom czegoś zupełnie innego?

 

Napisałem książkę dla dzieci. „Kalina i Kaj. Tajemnica Oriona”. Jak na razie szukam wydawcy. Spłodziłem drugą część „Antyporadnika” zatytuowaną „Do góry nogami. Wywrotnik”. Szukam wydawcy. Napisałem sztukę teatralną „Wizyta u siebie”. Jest w fazie „beta”, więc jeszcze nie usiłuję jej sprzedać.

Żona wciąż mnie namawia to rzeczy głównonurtowej, sam myślę o rozważaniach filozoficzno-fizycznych, jestem trochę niezrealizowanym naukowcem. Czeka „AquilaAquila” (Warhammer 40 000). Być może to opowiadanie rozwinę do powieści. Miałem dużo przyjemności, opisując losy niepoprawnego konsyliarza Tygrysiej Straży.

Zostałem ostatnio poproszony o opowiadanie do pewnej antologii. Najprawdopodobniej je napiszę. Nie należy zapominać, że spłodziłem krótkie teksty „Infigen” i „Ringerer”, oba niegamedecowe. Gdyby Powergraph mnie zaprosił do angologiilemowskiej i superbohaterowej, byłyby kolejne dwa fajne opowiadania, ale mnie nie zaprosili, to ich nie ma.

Myślę nad innymi projektami, ale najpierw chcę skończyć konstrukcję GamedecVerse. „Obrazki z Imperium” będą ostatnim aktem. Jeśli jeszcze coś napiszę w tym świecie, to nie będę go rozwijał. Skorzystam z tego, co jest. I tak to będzie cztery razy więcej niż w przypadku typowych uniwersów sf.

Jeśli pytasz o pracę o podobnym rozmachu, nie wiem, czy się jeszcze odważę. To naprawdę gigantyczny wysiłek. Ten świat tworzyłem przez dziesięć lat. Myślę teraz o czymś prostszym, mniej wymagającym, być może też dlatego w „Obrazkach z Imperium” uniwersum WayEmpire nieco uprościłem. Stwierdziłem, że dalsza komplikacja spowoduje, że załamie się pod własnym ciężarem, że zarówno czytelnikowi jak i mnie należy się chociaż odrobina prostoty (być może pozornej).

 

Jeżeli jesteśmy już przy polskiej fantastyce, powiedz: czytasz kolegów po piórze? Cenisz któregoś szczególnie? Jaką literaturę lubisz?

 

To drażliwy temat. Czytałem trochę książek polskich autorów i autorek i nie wszystko przypadło mi do gustu, więc może powiem tylko o tym, co mi się bardziej podobało niż odrzuciło, dobrze?

Zapoznałem się z książką „Upiór południa. Czerń” Mai Lidii Kossakowskiej i zachwycił mnie jej styl. Znamionuje erudycję i talent werbalny, jakiego prawdopodobnie nigdy nie będę miał, bo do niego potrzebna jest specyficzna wrażliwość, bliska talentowi poetyckiemu.

Podobała mi się także bezkompromisowość Witka Jabłońskiego w tetralogii o Witelonie. Autor nie bawi się w egalitaryzm i stwierdza bez obłudy, że ludzie nie są równi, bo są między nimi jednostki przeciętne i wybitne. Tym podejściem zjednał sobie kolejnego czytelnika.

Z wielką przyjemnością zapoznałem się z „Jak nie zginie ludzkość” Andrzeja Zimniaka. To nie jest powieść, tylko książka popularnonaukowa. Bardzo odkrywcza, po prostu jeden wielki worek z prezentami dla pisarzy science fiction. Niezliczona ilość inspiracji oraz rzetelnej wiedzy.

Czytałem ostatnio fragment „Czarnego” Anny Kańtoch i bardzo przypadł mi do gustu – malarskie, nastrojowe, jest w tym magia.

Zerknąłem jakiś czas temu do bloga Łukasza Orbitowskiego. Dobry, głęboki, dojrzały wpis o byciu idiotą. Brzmi to źle, ale myśl była nie dość, że trafiona, to przekazana w par excellence pisarski sposób.

Mam wrażenie, że największe wrażenie spośród polskich autorów zrobił na mnie w ostatnim czasie Marek Baraniecki zbiorem opowiadań „Głowa Kasandry”. Bardzo często podczas lektury mam wrażenie straty czasu. Dlatego najczęściej czytam literaturę faktu albo rzeczy naukowe. Podczas zapoznawania się z dorobkiem Baranieckiego miałem odczucie poznawania głębokich, humanistycznych, odkrywczych treści. Marek pisze nie tylko słowami, pisze między nimi, pisze sobą. To człowiek o niezwykłej wrażliwości i spojrzeniu. Warto „Głowę Kasandry” przeczytać. Ta lektura daje mnóstwo materiału do przemyśleń.

Przeczytałem jakiś czas temu „Nowe średniowiecze” Lecha Jęczmyka i o ile nie zgadzam się z wątkami światopoglądowymi (Leszek jest katolikiem, ja zaś ateistą), to książkę jako całość uważam za niezwykle wartościową i inspirującą. To po prostu ważna lektura.

 A ogólnie jaką literaturę lubię? Taką, która zawiera magię, dzięki której nie mam wspomnianego już poczucia straty czasu. Teoretycznie książka należąca do takiego zbioru musiałaby zawierać treści, które nieustannie edukują, zaskakują, wzbogacają czytelnika. Na zdrowy chłopski rozum jest to niemożliwe. Dlatego posiłkuję się słowem „magia”, którego użyłem w odniesieniu do Ani Kańtoch, a w przypadku dzieł Marka Baranieckiego użyłem sformułowań, że pisze „sobą” i „między słowami”. Są autorzy i autorki, którzy zawierają w swoich opisach, choćby rzeczy nieważnych, choćby zdarzeń nie odkrywczych, coś niezwykle istotnego. Trudno to nazwać. Jedni mówią o wdzięku, inni o osobowości twórcy, jeszcze inni o charakterystycznym dla niego punkcie widzenia. Wyobraź sobie, że patrzysz na dużą grupę ludzi. Nieliczne jednostki w tłumie „świecą”, mają charyzmę, w każdym ich geście, spojrzeniu, jest coś więcej, jak pisał Antoine de Saint-Exupéry, przez ich twarze prześwieca anioł. No więc lubię taką literaturę,  w której z liter wyłania się opowieść niebios.

Brzmi to nieco górnolotnie, prawda? Od razu nasuwa się pytanie: skoro jesteś taki wymagający, Przybyłek, powiedz, czy sam potrafisz tak pisać?Nie mam pojęcia.

Ostatnio zmieniany piątek, 02 styczeń 2015 15:44
Więcej w tej kategorii: Wywiad z Aleksandrem Głowackim »