08 Lis Fragment siódmego tomu przygód Flawii de Luce

Napisał Dział: Książki Komentarze DISQUS_COMMENTS

FLAVIA 7 top

Wydawnictwo Vesper przygotowało dla swoich czytelników kolejny tom przygód Flawii de Luce. W powieści „Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni” przed nastoletnią detektyw postawione zostaną coraz to bardziej zawiłe zagadkami kryminalne, a my sami zagłębimy się w tajemniczą historię mrocznej przeszłości rodu de Luce’ów. O cyklu „Flavia de Luce” możecie przeczytać tutaj, a fragment najnowszej powieści znajdziecie poniżej!

Oficjalny opis „Flavia de Luce. Tom 7. Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni” autorstwa Alana Bradley’a:

„Jedenastoletnia Flawia de Luce to prawdopodobnie najbardziej oryginalna postać współczesnej prozy kryminalnej. Mówiąc, że to Pippi Pończoszanka z doktoratem z chemii (specjalność: trucizny), zaledwie zaczynamy ją opisywać”. – „Maclean’s”

Banitka! Tak właśnie jedenastoletnia Flawia de Luce lamentuje nad swym trudnym położeniem, kiedy odkrywa, że jej ojciec i ciocia Felicja wysłali ją za ocean do Kanady, do Żeńskiej Akademii panny Bodycote – szkoły z internatem, do której niegdyś uczęszczała także jej mama, Harriet. Zanim jeszcze nastał pierwszy poranek niewoli, u jej stóp wylądował podarunek od losu. Ponieważ Flawia to Flawia – dobrze zapowiadająca się chemiczka i detektyw – tym podarunkiem jest okopcone i zmumifikowane ciało, które wypada z ceglanego komina. Od tej chwili, uczęszczając na lekcje, zdobywając przyjaciół (oraz wrogów), a także oceniając surową dyrektorkę szkoły i jej ciało pedagogiczne (które ma w swym gronie między innymi uniewinnioną morderczynię), Flawia stara się jednocześnie ustalić tożsamość ofiary, czas śmierci, podejrzanych, motywy i środki. Krążą pogłoski, że akademia jest nawiedzona, a kilka dziewcząt zniknęło bez śladu. Kiedy dochodzi do rozwiązania tych zagadek, Flawia staje na wysokości zadania, lecz nie zna jeszcze swego prawdziwego przeznaczenia.

„Równie uzależniająca jak gorzka czekolada, równia angielska jak Lark Ascending Ralpha Vaughana Williamsa”. – „Daily Mail” (Wielka Brytania)

O autorze:

Alan Bradley jest znanym na całym świecie autorem poczytnych opowiadań, powieści dla dzieci, artykułów prasowych, a także wspomnień zatytułowanych The Shoebox Bible.

Pierwsza powieść z serii o Flawii de Luce, „Zatrute ciasteczko”, została wyróżniona następującymi nagrodami: Crime Writers’ Association Debut Dagger Award, Dilys Award, Arthur Ellis Award, Agatha Award, Macavity Award oraz Barry Award, a także była nominowana do Anthony Award.

FLAVIA 7 cover

PROLOG

Jeśli jesteśmy do siebie choć trochę podobni, z pewnością uwielbiacie rozkład. Przyjemnie jest sobie porozmyślać o tym, że to gnicie i rozpad napędzają ten świat.

Kiedy w lesie pada wiekowy dąb, niemal natychmiast zaczynają go pożerać niewidzialni drapieżcy. Wyspecjalizowane hordy bakterii oblegają swoją ofiarę równie metodycznie jak armia barbarzyńców atakująca twierdzę wroga. Zadaniem pierwszej falangi jest rozłożenie białkowych form uszkodzonego drewna na amoniak. Z nim łatwo już sobie radzi kolejna kohorta, która przerabia tę smrodliwą substancję na azotyny, a te po utlenieniu przechodzą w azotany – cenny nawóz dla gleby, z której wyrosną pędy kolejnych dębów.

Cud chemii pozwala mikroskopijnym formom życia rozłożyć kolosa na czynniki proste. Lasy rodzą się i umierają, powstają i giną, przypominając w tym rzuconą do góry, wirującą monetę: orzeł… reszka… życie… śmierć… życie… śmierć… i tak dalej – od momentu Stworzenia aż po najdalsze krańce czasu.

Moim zdaniem to jest cholernie wspaniałe.

Wydane na łaskę ziemi ludzkie zwłoki przechodzą ten sam podstawowy, trzyetapowy proces: mięso – amoniak – azotany.

Jeśli jednak szczelnie zawiniemy ciało w brudną flagę i wepchniemy na nie wiadomo ile do komina, żeby się spiekło i zmumifikowało w gorącu i w dymie – aaa to już całkiem inna historia!

JEDEN

– Banitka! – wrzeszczał dziki wiatr, siekąc mnie po twarzy.

– Banitka! – ryczały wściekłe fale, obryzgując mnie lodowatą wodą.

– Banitka! – wyły. – Banitka!

Nie znam smutniejszego słowa. Już sam jego dźwięk – jak echo zatrzaskujących się za wami żelaznych wrót i zasuwanych stalowych rygli – powoduje, że włosy jeżą się na głowie, prawda?

– Banitka!

Wykrzyczałam to słowo na wiatr, którzy natychmiast rzucił mi je z powrotem w twarz.

– Banitka!

Stałam na skaczącym w górę i w dół dziobie R.M.S. Scythia z otwartymi ustami. Miałam nadzieję, że solny aerozol usunie z nich ten nieprzyjemny posmak – posmak mojego dotychczasowego życia.

Gdzieś tam za nami, tysiąc mil[1] za wschodnim horyzontem, została wioska Bishop’s Lacey i Buckshaw – mój dawny dom, w którym mój ojciec, pułkownik Haviland de Luce, oraz siostry, Ofelia i Dafne, zdążyli już pewnie wrócić do dawnego beztroskiego życia. Jakby mnie nigdy nie było na świecie.

Już o mnie zapomnieli. Byłam tego pewna.

Tylko nasi wierni służący, Dogger i pani Mullet, uronili może gdzieś ukradkiem łzę po moim odjeździe, ale z czasem i im pozostanie po Flawii jedynie mgliste wspomnienie.

Tymczasem tu, na rozszalałym Atlantyku, dziób Scythii wyciągał się z morza w górę… i w górę… i w górę, wspinając się bardzo deprymująco ku niebu, żeby zaraz potem ze straszliwym głuchym łoskotem runąć w dół. Wzbijał przy tym na bakburcie i sterburcie[2] ogromne, białe, wodne skrzydła, tak że w sumie to było jak jazda na oklep na wielkim stalowym aniele płynącym żabką.

Chociaż mieliśmy dopiero początek września, morze oszalało. Natknęliśmy się na pozostałości tropikalnego huraganu, które od dwóch dni miotały nami jak wyrzuconym do morza nikomu niepotrzebnym korkiem.

Wszyscy poza kapitanem i mną – tak mi się przynajmniej wydawało – zlegli na swych kojach, więc kiedy człowiek szedł na obiad, zataczając się po uciekającym spod nóg korytarzu, słyszał tylko trzeszczenie naprężonej stali i dochodzące zza zamkniętych drzwi kajut niezliczone odgłosy wypróżniania żołądków. Przy dziewięciuset pasażerach ten dźwięk działał bardzo otrzeźwiająco.

Jeśli chodzi o mnie, najwyraźniej mam naturalną odporność na wybryki morza. Odziedziczyłam ją, jak sądzę, po przodkach-żeglarzach takich jak Tadeusz de Luce, który podczas bitwy pod Trafalgarem – choć był jeszcze chłopcem – podał podobno lemoniadę konającemu admirałowi Nelsonowi, trzymając go za zimną, wilgotną dłoń.

Wbrew powszechnej opinii ostatnie słowa Nelsona to nie słynne „Pocałuj mnie, Hardy” skierowane do kapitana okrętu Victory Thomasa Hardy’ego. W rzeczywistości brzmiały one „Pić… pić…, wachluj… wachluj…, masuj… masuj…”, a adresatem gorączkowego admiralskiego szeptu był właśnie młody i niewinny Tadeusz, który choć tonął we łzach na widok swego śmiertelnie rannego idola, robił co tylko mógł, żeby życie towarzyskie tego wielkiego człowieka nie uległo ostatecznej krystalizacji.

Wiatr szarpał mnie za włosy i próbował ze mnie zerwać cienką jesionkę. Wciągałam do płuc przesycone solą powietrze tak głęboko, jak tylko mogłam, a morska woda, która mgiełką osiadła mi na twarzy, spływała teraz po niej strumieniami.

Nagle jakaś ręka brutalnie chwyciła mnie za ramię.

– Co ty tu do licha robisz?

Przestraszona odwróciłam się błyskawicznie, próbując jednocześnie wyśliznąć się z uchwytu.

No tak – Ryerson Rainsmith.

– Co ty tu do licha robisz? – powtórzył. Należał do tych, którzy sądzą, że zadając dwa razy to samo pytanie, automatycznie zyskuje się przewagę.

Najlepiej wcale im nie odpowiadać.

– Wszędzie cię szukam. Dorsey wychodzi z siebie.

Już chciałam zapytać: „To teraz we dwie będą mi siedzieć na głowie?”, ale nie zapytałam.

Nic dziwnego, że mając alternatywę w postaci imienia Dorsey, nazywał ją „Dodo” (kiedy myślał, że są sami).

– Baliśmy się, że wypadłaś za burtę. Natychmiast chodź na dół. Idź do kajuty i włóż coś suchego. Wyglądasz jak zmokła kura.

Przesadził. Miara się przebrała.

Ryersonie Rainsmisie, pomyślałam, twoje dni… nie – twoje godziny są policzone!

Pomyślałam, że mogłabym pójść do tego młodego, przystojnego lekarza, którego poznałam dwa dni wcześniej podczas kolacji. Powiem, że boli mnie brzuch i poproszę o wodorowęglan sodu[3]. Zdrowa dawka tego specyfiku (uśmiechnęłam się na słowo „zdrowa”) w butelce szampana, z którą Rainsmith właściwie się nie rozstawał, załatwi sprawę.

Wodorowęglan sodu, jeśli przyjmie się go na pełny żołądek (bez obaw – żołądek Ryersona Rainsmitha zawsze był pełny!), w połączeniu z musującym alkoholem tworzy zabójczą mieszankę. Zaczyna się od bólu głowy, który z minuty na minutę staje się coraz bardziej dotkliwy; potem pojawia się splątanie, silny ból brzucha, a na koniec niedowład, rzadki stolec przypominający mieloną kawę i drżenie mięśni przechodzące w drgawki. Wszystkie klasyczne symptomy alkalozy[4]. Zasugeruję, żeby wyprowadzili go na pokład, bo spacer dobrze mu zrobi. Hiperwentylacja, którą mu zafunduję, każąc głęboko wdychać „świeże i orzeźwiające powietrze”, będzie jak dolanie oliwy do ognia i przyspieszy cały proces.

Gdyby udało mi się podnieść pH[5] jego krwi do 7,65, miałby takie same szanse na przeżycie, jak śniegowy bałwan w piekle. Skonałby w męczarniach.

„Już idę”, rzuciłam obrażonym tonem i w tempie sennego ślimaka ruszyłam za nim w stronę rufy przez rozkołysany fordek[6].

Trudno sobie wyobrazić, pomyślałam, że naprawdę oddali mnie w ręce tej zjełczałej bryły człowieczeństwa. Równie trudno było zapomnieć, w jakiej sytuacji do tego doszło.

Wszystko zaczęło się od tej okropnej sprawy z Harriet – moją matką. Dziesięć lat po tym, jak zaginęła w Tybecie, powróciła do Buckshaw w okolicznościach tak bolesnych, że mózg nadal nie pozwalał mi o tym myśleć dłużej niż przez kilka sekund i gdy tylko przekraczałam ten limit, wewnętrzny cenzor przecinał nić mojej pamięci równie łatwo, jak Atropos – ta przerażająca trzecia Parka – przecina (podobno) nożycami nić życia, gdy nadchodzi koniec.

W efekcie tego wszystkiego postanowiono wyekspediować mnie do Kanady, do Żeńskiej Akademii panny Bodycote (Harriet też kiedyś była jej uczennicą). Miałam tam zostać przeszkolona do pełnienia jakiejś uświęconej tradycją, dziedzicznej roli, której szczegóły nadal jednak przede mną ukrywano.

– Po prostu będziesz musiała się tego nauczyć – oznajmiła ciocia Felicja – choć z czasem zrozumiesz, że najlepszym i najmądrzejszym nauczycielem jest Obowiązek.

Nie byłam do końca pewna, co miała na myśli, ale ponieważ zajmowała w tym tajemniczym czymśtam bardzo wysoką pozycję, nie należało z nią dyskutować.

– To coś w rodzaju ‘Firmy’, prawda? – zapytałam. – Tak o sobie mówią członkowie Rodziny Królewskiej…

– Coś w tym guście, odparła ciocia Felicja. – Z tą różnicą, że oni mogą abdykować, a my nie.

To na skutek jej nalegań spakowano mnie jak tłumok pełen gałganów i wrzucono na statek płynący do Kanady.

Pewne protesty (zwłaszcza pastora i jego żony) wzbudził oczywiście fakt, iż mam jechać sama. Dyskutowano, czy w transatlantyckiej podróży nie mogłaby mi towarzyszyć Fela i jej narzeczony Dieter Schrantz, jednak odrzucono ten pomysł, uznając, że byłoby to niestosowne, a poza tym pełnioną przez Felę funkcję organistki u św. Tankreda zaliczono do podstawowych usług komunalnych.

Wtedy swoją kandydaturę zgłosiła żona pastora Cynthia Richardson. Choć w przeszłości różnie się między nami układało, ostatnimi czasy byłyśmy wielkimi kumpelkami (ten życiowy zwrot był tak niespodziewany, że nadal trudno mi było w niego uwierzyć). Kiedy męża nie było w pobliżu, Cynthia potrafiła świetnie się bawić i wbrew samej sobie znowu stawała się młodą dziewczyną. Pastor byłby przerażony, gdyby wiedział, ile herbaty wychlapałyśmy na kamienną posadzkę kuchni na plebanii, wijąc się w spazmach histerycznego śmiechu.

Niestety ta kandydatura też przepadła. Okazało się, że podobnie jak Fela, także Cynthia była zbyt ważna, aby można ją było wypuścić. Bez niej nie byłoby kościelnego terminarza, kościelnych biuletynów, kwiatów na ołtarz, domowych wizyt, drużyny skautek, czystych sutann i komży, posiłków dla pastora – lista nie miała końca.

Wiedziałam, że jest bardzo zawiedziona. Sama mi to wyznała.

– Tak bym chciała zobaczyć Kanadę – powiedziała. – Mój ojciec w młodości pracował jako retman… no wiesz, flisak. Spławiał drewno rzeką Ottawa. Potem zamiast bajek opowiadał mi na dobranoc przerażające historie o loup-garou, wilkołaku, który żyje w kanadyjskich lasach, i o tym jak podczas zawodów w toczeniu kłód skąpał Olego Bulla i Big Jacques’a Laroque’a. Obu tego samego ranka.

– Miałam nadzieję, że też kiedyś włożę nabijane kolcami buty i wskoczę na taką kłodę – dodała smutno. – Ale chyba już nie będzie okazji.

Miałam łzy w oczach, widząc, jak siedzi przy kuchennym stole i apatycznie wpatruje się we własną przeszłość.

– Służebnice Ołtarza też bywają niebezpieczne – zażartowałam, chcąc ją rozbawić, ale chyba nie usłyszała.

Jeszcze tego samego popołudnia ciocia Felicja oznajmiła, że problem został rozwiązany. Z Żeńskiej Akademii panny Bodycote przyszła wiadomość, że we wrześniu będzie wracał do kraju przewodniczący jej rady opiekuńczej, który spędzał lato w Anglii.

Przez kilka dni polował z jednym z naszych sąsiadów, Lordem Crowsborough, i jak zapewnił, nie ma problemu – może wpaść i mnie zabrać. Jakbym była pustą butelką na mleko!

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym zjawił się w Buckshaw w pożyczonym Bentleyu (dodajmy, że spóźnił się dobre półtorej godziny). Wyskoczył z samochodu i natychmiast rzucił się na drugą stronę, żeby otworzyć drzwi Dorsey, królowej Saby, która wygramoliła się z maszyny jak bocian z jaja. Stanęła, mrugając powiekami we wrześniowym słońcu, jakby właśnie wybudzono ją z hipnozy. Opięta turkusową jedwabną suknią, na głowie chustka „pod kolor”, a na wargach o wiele za dużo karminowej szminki. Muszę coś jeszcze dodawać?

– Ach, Ryersonie – zagruchała, spoglądając na nasze rodowe gniazdo – jak tu uroczo! Taki stareńki grajdołek! Dokładnie tak, jak mówiłeś!

Ryerson Rainsmith stał zadowolony z siebie w letnim garniturze w kolorze mrożonej kawy i zwarzonej śmietany, z kciukami zatkniętymi za żółtą kamizelę, bębniąc palcami po obfitym brzuchu. Przypominał kuropatwę.

Ojciec, który stanął w głównych drzwiach, żeby go przywitać, wyszedł na żwirowy podjazd i podał mu rękę.

– Pułkownik de Luce, jak sądzę – powiedział Rainsmith takim tonem, jakby właśnie wyświetlił jakąś wielką tajemnicę. – Chciałbym panu przedstawić moją żonę Dorsey. Podejdź kochanie, podaj rękę panu dziedzicowi. Nie co dzień trafia się taka okazja. Ha, ha, ha. – Jego śmiech był żenująco sztuczny. – A to musi być nasza mała Flawia!

W tym momencie facet był już w zasadzie martwy.

– A ja jestem pan Rainsmith – rzucił, podtykając mi wilgotną łapę pod sam nos.

Dogger przestrzegał mnie kiedyś, żebym nie ufała ludziom, którzy przedstawiają się jako „pan” albo „pani”. Ten grzecznościowy tytuł jest przejawem szacunku, oświadczył, i mogą nas nim obdarzyć inni, ale nigdy, przenigdy, w żadnych okolicznościach nie możemy tego zrobić sami.

Zignorowałam wyciągniętą rękę.

– Szanowanie! – rzuciłam.

Ojciec zesztywniał, a jego oczy gwałtownie się zwęziły. Doskonale wiedziałam, co dzieje się w jego głowie. Pochodził z epoki, w której dżentelmena uczono, że maniery są wszystkim, a jedynym pewnym sposobem na porażkę w starciu z filistrem, jest utrata panowania nad sobą i przyznanie, że zdołał nas czymś dotknąć. Umiejętność zachowania kamiennej twarzy w obliczu zniewagi podszlifował jeszcze podczas lat spędzonych w japońskim obozie jenieckim.

– Zapraszam do środka – powiedział, wskazując otwarte drzwi. Miałam ochotę go kopnąć, a jednocześnie uściskać. Duma z własnego rodziciela przyjmuje niekiedy bardzo osobliwe formy.

– Jaki uroczy stary hol! – powiedziała Dorsey Rainsmith. Jej głos był ostry jak stary ser, a słowa odbijały się od ciemnej boazerii nieprzyjemnym echem. – W naszym salonie w Toronto też mamy problemy z pękającą politurą, prawda Ryersonie? Smithers, nasza złota rączka, mówi, że to z nadmiaru gorąca albo z nadmiaru zimna.

– Albo ze starości – dorzuciłam.

Ojciec obrzucił mnie z pozoru niewinnym spojrzeniem, ale ja wiedziałam, co ono oznacza.

W salonie nie czekając na zaproszenie Rainsmithowie rozsiedli się wygodnie, a my z Ojcem przycupnęliśmy na krzesłach, które łaskawie pozostawili do naszej dyspozycji.

Po chwili – jak zwykle w idealnie trafionym momencie – zjawił się Dogger i zaproponował herbatę. Gołym okiem było widać, że są pod wrażeniem.

– Dziękuję, Dogger – powiedziałam. – I przekaż, proszę, podziękowania pani Mullet.

To była taka nasza gra – Doggera i moja – gra o tak subtelnych regułach, że nikt poza najbliższą rodziną nie miał szans się w nich połapać.

– Nie ma za co, panno Flawio – odparł Dogger. – To dla nas wielka przyjemność, że możemy być państwu przydatni.

– Tak, tak, dziękuję wam, Dogger – rzucił Ryerson Rainsmith, jak ktoś, kto traci grunt pod nogami i miota się rozpaczliwie, żeby za wszelką cenę utrzymać się na powierzchni.

– I tej waszej pani Mullet też – dodała jego żona.

Dogger uśmiechnął się do nich ćwierćgębkiem i zniknął w typowy dla siebie sposób.

Po chwili do pokoju weszły Dafi i Fela. Udając, że nie mogą znieść myśli o moim wyjeździe, pogaworzyły chwilę z Rainsmithami (ich uprzejmość była po prostu nie do zniesienia!), a potem odpłynęły – jedna do swojej książki a druga do osobistego lusterka.

Chyba jednak nie ma sensu dalej rozwodzić się nad szczegółami tamtego fatalnego popołudnia.

Zawyrokowano, że Rainsmithowie będą moimi opiekunami podczas podróży do Kanady i odstawią mnie bezpiecznie pod same drzwi Żeńskiej Akademii panny Bodycote.

– Opiekunowie? – powiedziała po ich wyjściu Dafi. – Chyba należałoby powiedzieć „cicerone”. – Pomyślcie no tylko: nasza Flawia na Wielkim Objeździe![7] Mam nadzieję, głupia szczęściaro, że umiesz to docenić. Oddałabym wszystko, żeby być na twoim miejscu.

Rzuciłam w nią rakietą do tenisa, która akurat nawinęła mi się pod rękę, ale trochę mi zabrakło i nie trafiłam.

[1] Około 2 tysiące kilometrów (1 mila morska to ok. 1850 metrów).

[2] Odpowiednio: lewa i prawa burta statku.

[3] Inaczej soda oczyszczona.

[4] Inaczej zasadowica; zaburzenie polegające na wystąpieniu podwyższonego poziomu zasad we krwi.

[5] Według skali pH oznacza się kwasowość lub zasadowość wodnych roztworów rozmaitych związków chemicznych.

[6] Pokład dziobowy.

[7] Ang. „Grand Tour”; podróż po najciekawszych zakątkach Europy będąca niegdyś obowiązkowym elementem edukacji arystokratycznej młodzieży.

Źródło: Wydawnictwo Vesper

Ostatnio zmieniany środa, 08 listopad 2017 20:01