12 Mar Templariusz z Jeruzalem fragment

Napisał Dział: Książki Komentarze Skomentuj jako pierwszy!
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

templariuszzjeruzalemWilem d'Encausse, francuski rycerz, porzuca strony rodzinne, by udać się na krucjatę do Ziemi Świętej. Wkrótce wpada w zapierający dech w piersiach wir przygód, a konfrontacja jego wyobrażeń z realiami wyprawy krzyżowej okaże się przyspieszoną lekcją dojrzałości.

Pierwsza część znakomitej trylogii historycznej Turnieje Boże autorstwa Pierre'a Barreta i Jean-Noëla Gurganda. Ich imponująca wiedza o epoce pozwala wiarygodnie ukazać psychologię postaci i odtworzyć świat okresu krucjat. Pisząc trylogię, docierali niekiedy do mało znanych dokumentów, a także odwiedzili miejsca, w których rozgrywa się akcja powieści. Dzięki temu ich dzieło – barwne, pełne rozmachu, wypełnione wielką liczbą charakterystycznych postaci, zapomnianych już przesądów i przedmiotów, będąc atrakcyjne w odbiorze, dźwiga zarazem historyczną głębię ukazywanych wydarzeń.

Pierre Barret (1936-1989) – francuski dziennikarz, pisarz, historyk, autor piosenek. Był redaktorem naczelnym "L'Expresse" (francuski odpowiednik Time Magazine), a następnie dyrektorem generalnym radia Europe 1. Największą sławę przyniosło mu jednak współautorstwo trylogii Turnieje Boże, napisanej wraz z Jeanem-Noëlem Gurgandem. Ukończył École des hautes études commerciales de Paris, przy której działa fundacja jego imienia.

Jean-Noël Gurgand – francuski pisarz i dziennikarz, autor książek dotyczących świata współczesnego i historii, m.in. Israéliennes; Le Printemps de Paris, 22 février-25 juin 1848, jak również współautor trylogii Turnieje Boże.

Poniżej znajduje się fragment powieści!

I
OBLĘŻONA WAROWNIA

— Zeznali?
Kaci obrócili się, usłyszawszy szorstki głos Renalda de Châtillon. Wysunął się tłumacz, bliski mdłości młody giermek.
— Pierwszy z dwóch wyznał, co wiedział — rzekł.
— Niewiele... Że jego pan, Saladyn, postanowił oblegać, zanim nie zetrze was w proch...
— Na głowę Chrystusa! — zaklął Renald. — A drugi?
— Drugi nic nie wie, mości książę.
Obaj Saraceni leżeli, ciężko dysząc, u stóp frankońskich oprawców. Krew i pot, zmieszane z kurzem, tworzyły wokół nich ohydne błoto, którym rozkoszowały
się muchy. Obu pochwycono tegoż ranka i natychmiast poddano przesłuchaniu.
Ponad górnym podwórcem kruki zataczały kręgi. Cierpliwie czekały, aż pozostawią im skatowanych. Renald de Châtillon już odchodził.
— Ściąć im głowy! — rzucił przez ramię.
— Mości książę — odważył się tłumacz — przyrzekliście odesłać ich do obozu, jeśli zechcą szczerze wyznać.
Renald, zaskoczony, obrócił się i rzekł:
— Niech cię diabeł porwie!
Gniew go nachodził. Jednakowoż pomilczał chwilę, niespodziewanie uśmiechnął się i rozkazał:
— Ściąć głowę chociaż temu, który nie mówił! Co zaś do drugiego psubrata, słowo się rzekło. Jeśli trzeba go odesłać, odeślemy...
Natychmiast postawiono na klęczki pierwszego jeńca. Miecz zalśnił lodowato w świetle zachodzącego słońca i hop! głowa potoczyła się aż pod nogi tłumacza, który podskoczył przerażony. Oczy Saracena, wciąż otwarte, patrzyły nań z głębin śmierci, jakby wieszcząc mu bliski zgon. Tłumacz uczynił znak krzyża. Jednocześnie oprawcy ładowali starą machinę wojenną zdolną wyrzucać olbrzymie głazy na odległość około stu kroków. Nie używano jej od czasu poprzedniego oblężenia w 1173 roku i wyschłe drewno trzaskało pod naporem. Umieszczono w katapulcie skrępowanego sznurami drugiego jeńca i na znak Renalda potężna machina wyrzuciła pocisk.
— Powiedz Saladynowi... — zaczął Renald.
Lecz jeniec już był daleko. Wirując, wzniósł się bardzo wysoko, zda się przez chwilę leciał, rozpraszając kruki, po czym znikł za wałem. Już był niewidoczny,
a jeszcze rozbrzmiewał jego przeraźliwy, z głębi trzewi wyrwany wrzask. Później krzyk nagle się urwał.
Tedy żołnierze się zaśmiali. Tłumacz uciekł biegiem.
W dole, na zachodzie, Morze Martwe odbijało w przepysznych i tragicznych rozbłyskach ostatnie światło kończącego się dnia. Kiedy noc zapadła, Renald de Châtillon, władca Zajordanii i pan na kraku Moab — warowni Kamień Pustyni — rozdrażniony chodził tam i nazad, podczas gdy kończono przebierać posłańca, którego postanowił wysłać do Jerozolimy. Należało działać szybko — jedynie dzięki ciemnościom rycerz zdoła przemknąć się przez nieprzyjacielski obóz.
Renaldem de Châtillon, z natury gburem i gwałtownikiem, targały dwa uczucia: wściekłość na Saladyna i niecierpliwość, żeby zobaczyć jutrzejszą uroczystość. Nazajutrz bowiem, 23 listopada roku 1183, miały się odbyć w kraju zaślubiny Onufrego de Toron, syna z pierwszego łoża małżonki Renalda, Stefanii de Milly, z młodziutką Izabelą, siostrą Baldwina, króla Jerozolimy. Oblężenie twierdzy w niczym nie naruszało przygotowań do uroczystości.(…) Trzeba było całej powagi Renalda, jednego z wojennych wodzów wzbudzających największy postrach w chrześcijańskim Królestwie Jerozolimskim, aby uspokoić ciżbę. Kamień Pustyni — mówił — jest nie do zdobycia i nikt nie powinien żywić obawy. Jego pewność siebie uciszyła niepokój. (…)
Wysłaniec już był gotów. Wybrano młodego rycerza o smagłej cerze i czarnym zaroście, mówiącego trochę po arabsku. Pochodził z Rouergue, zwał się Milan d’Encausse i zaciągnął się do służby u Renalda de Châtillon. Turban, starannie podzielona na dwa pasma broda i obszerny czarny płaszcz całkiem go upodabniały do dowódcy wojsk Saladyna.(…)
— Nie przystawaj przed Jerozolimą — napomniał szeptem Renald — wyraźnie powiedz królowi, że jeśli frankońskie wojsko nie przepędzi Saladyna, będziemy zmuszeni poddać się przed Bożym Narodzeniem. Bóg jeden wie, co wtedy się stanie z królową-wdową, siostrą króla, biskupem Betlejem i seneszalem templariuszy. Idź! Potrafię cię wynagrodzić.
— Niech Panna Święta mnie strzeże! — odpowiedział rycerz d’Encausse.
Wśliznął się między skały i czarny burnus zatonął w mroku. Tuż obok rozbrzmiewały postękiwania wielbłądów, głosy Saracenów i tysiączny znany gwar, jaki dobywa się z obozowiska w porze, kiedy żołnierze rozgaszczają się nocą.
Renald powoli wstępował na szerokie, nierówne schody podziemia. Serce mu tłukło się w piersi. Nie dlatego, że się bał, nie znał ani strachu, ani zwątpienia. Ale kiedy spadła nań sześćdziesiątka, jedynie na koniu czułsię dobrze. Nigdy tak jak tego wieczoru nie odczuwał ciężaru własnego ciała... Przeżył wiele bitew, lecz teraz jął śledzić w sobie to, czego dotąd nie poznał i czym pogardzał: znużenie, słabość. Przeciąg w tunelu ziębił mu pot i przylepiał koszulę do grzbietu. Otrząsnął się z niepokoju i ponaglił sierżanta.
Mijając wioskę, uspokoił chłopów; przed zwodzonym mostem dodał otuchy rycerzowi Iwenowi, któremu ze względu na męstwo i rozsądek powierzył był obronę podzamcza; poszedł do kuźni, aby się upewnić, jak pracują płatnerze; mieli huk roboty, aby zaopatrzyć żołnierzy w miecze, hełmy i nawet strzały. Tu trochę zwłóczył: lubił żar i zapach kuźni, szczęk żelaza o żelazo, snopy iskier, lśniące potem mięśnie kowali wpółnagich, w fartuchach z grubej skóry, lubił ich przekleństwa i sposób, w jaki z wielkim mozołem naginali metal wedle swej woli.
Ominął dolny podwórzec, gdzie przechadzali się jeszcze znamienici goście, i wszedł na górny podwórzec, gdzie na widok zbliżających się wojsk Saladyna przybyły, aby się schronić, gromady strwożonych chłopów, Beduini i wszelakie pospólstwo z jego lenna; obozowali w niesłychanym rozgardiaszu niby ubodzy po stokroć wypędzani, jak gdyby nigdy nie mieli się stąd ruszyć.
Krowy i kozy przywiązano u stóp podmurówki. Wałęsały się osły; tu żongler powtarzał swoje sztuczki, tam rzeźnicy rozkładali skóry do garbowania, szewc ciągnął szydło; kupcy ustawili kramiki. Przytuleni do siebie mężczyźni i niewiasty spali wokół prawie zagasłych ognisk. Pod arkadami, koło spętanych wielbłądów, olbrzymi sierżant szamotał się w ciemnościach.
Renald przeklął tę mrowiącą się i żarłoczną hałastrę, która będzie tylko przeszkadzała w obronie zamku. Kazał wezwać seneszala templariuszy i wszedł na sam szczyt strażniczej wieży. Tu usiadł na zimnym głazie i spojrzał w noc.
Tam, na niebie — gwiazdy, a tu, na ziemi, niczym gwiazdy — rozpalone przez Saracenów ogniska. Wiatr jak zawsze o tej porze roku dął od Morza Martwego i przygłuszał odgłosy, lecz Renald rozpoznał gwar szykującego się wojska. Wzdłuż potoku Sitt włócznie były tak liczne, że zgromadzone ostrza jaśniały niczym jutrzenka. Nieco dalej, na wyżynach Es-Sabha, obóz pielgrzymów z Damaszku zajął całe wzgórze. Od dawna nie zapuszczali się aż tu, gdzie pan Zajordanii zwykł ich bezwstydnie łupić, lecz potężna eskorta, jaką stworzył Saladyn, znów otwarła im drogę do Mekki.
Ogrom saraceńskiej armii wzmógł w Renaldzie poczucie własnej potęgi. Ze szczytu najwyższej swej wieży jął ważyć swój los. Ujrzał siebie jako ubogiego rycerza z Gâtine, kiedy przed czterdziestu laty przywędrował do Palestyny w świcie Eleonory Akwitańskiej; walczył co najmniej tyleż z zamiłowania, ile z obowiązku. Zyskał rozgłos swymi czynami, aż zauważyła go Konstancja Antiochijska. Za jednym zamachem został władcą księżnej i całej prowincji.
Czterdzieści lat! Skrzywiony nos, ramiona poorane ostrzami strzał, pierś i plecy pobrużdżone bliznami; nawet czaszka, gdzie duński topór zniekształcił mu kość tak, że włosy już nie odrosły; z ran na ciele można odczytać, jak toczyło się jego życie. W myślach poczynają się mu gmatwać bitwy i kobiety, i dnie, i zabite pod nim konie, i wrogowie, którzy zaprzysięgli mu zgubę.
Przez czterdzieści lat wszystkiego doświadczył: pościgu i ucieczki, surowej radości wojownika, szczęścia w łupieży, upokorzenia w więzieniach. Nie ambicja go wiodła, lecz chciwość. Renald de Châtillon bezmyślnie gładzi paskudną bliznę na skroni. Niepokój, który przed chwilą ogarnął go w podziemiu, znów go dręczy. Lecz mało jest skłonny do rozczulania się nad sobą. Tu, w środku tego skalnego królestwa pełnego pyłu, jest rozkazodawcą. Włości jego są bardziej rozległe niż tych wszystkich wschodnich Franków — musiałbyś pędzić na wielbłądzie dwadzieścia dni, aby dotrzeć w głąb Synaju, którym jeszcze włada. Na podobieństwo żołnierzy Saladyna nie lęka się już przerażającej ciszy pustyni. Został stworzony, by wzbijać kurzawę na rozpalonych przestrzeniach, zaskoczyć jakąś bogatą karawanę i wracać obładowany łupem do swego wiernego kraku. Nie wasal on ni Boga, ni króla. Przywoływanie do posłuchu i wierności wcale go nie wzrusza. Zwłaszcza że jutrzejszy ślub uczyni go opiekunem jednej z dziedziczek Królestwa Jerozolimskiego.
Jest Renaldem de Châtillon, byłym księciem Antiochii o czterystu wieżach, panem Zajordanii, władcą Moabu...
— Mości książę...
Renald obrócił się. Gerard de Ridefort, otulony w obszerny biały płaszcz z czerwonym krzyżem templariuszy, bezszelestnie nadszedł. Obaj przez chwilę spoglądają na nieprzyjacielski obóz i dalej, na ciemny górzysty krajobraz. Niebawem księżyc wychyli się zza gór i wiatr dmie już tylko w zrywach. Wojownicy znają wartość tych chwil. Przed bitwą ponad wszystko lubią wsłuchiwać się w milczenie krajobrazu. Noc jest ich kasztelem.
— Wam — odzywa się wreszcie Renald de Châtillon — przyjdzie odeprzeć tych pogan, jeśli zechcą nas
wypróbować... Jutro przez cały dzień chcę mieć spokój...
— Powiadają, że Saladyn przysiągł was zabić własną ręką...
— Niech mu nienawiść żre wątrobę!
Gerard de Ridefort patrzył na Renalda swymi bladymi oczami. Nic byś nie wyczytał z wyrazu surowej, podłużnej twarzy o jasnej brodzie i cerze, ale rychło byś pojął, że jakaś siła gości w tym templariuszu i że nie pochodzi ona od Boga.
— Saladyn — powiedział — uchybiłby swej czci, gdyby pozostawił was w spokoju...
Renald zmarszczył brew.
— I nie zdołałby zebrać tak licznych wojsk — ciągnął dalej flamandzki rycerz — gdyby wasza wyprawa na Morze Czerwone nie zjednoczyła tego, co było podzielone...
Przed dwoma laty Renald wpadł na myśl, żeby przewieźć przez pustynię, z Askalonu do Ejlat, rozłożone na części galery. Na grzbietach wielbłądów! Kiedy już złożono i zaopatrzono statki, wsiadł ze swymi zastępami na okręty i w czasie podpisanego rozejmu przez sześć miesięcy siał przerażenie na arabskim wybrzeżu, znienacka lądował w portach, zabijał i rabował, docierając aż do bram Adenu. Wreszcie doścignęła go potężna egipska flota i zdziesiątkowała wojska. Renald zdołał się wymknąć i wracając, pomścił się na bogatej karawanie idącej z Damaszku. Wówczas Saladyn przysiągł, iż z nim skończy, na co Renald wyzywająco odpowiedział, że zmiecie z powierzchni ziemi Mekkę; tym samym skierował przeciw sobie jednako oszalałych ze zgorszenia muzułmanów z Mosulu i Kairu, Damaszku
i Medyny...Kiedy król Baldwin IV wezwał Renalda, żądając, aby oddał Saladynowi łupy zgromadzone w warowni, wichrzycielski wasal odmówił. Spośród wszystkich oburzonych wielmożów jedynie Gerard de Ridefort bronił sprawy Châtillona. Z pewnością o tym zamierzał przypomnieć templariusz, używając wyzywającego tonu. Z pewnością nadszedł czas zwrócenia długu. Jednakowoż Renald de Châtillon nie ufał templariuszowi, jak i podejrzliwie spoglądał na każdą sprawę, której nie pojmował. Nawet ten twardy północny akcent budził w nim czujność. Przeto podjął ostro:
— Jestem panem na własnej ziemi i nie znoszę ani przemów, ani rad. Nie czas na próżne słowa, czas na obronę... Niech wasi ludzie pilnują posterunków.
Później dorzucił, jako że należało przecie wysłuchać tego, co chciał powiedzieć seneszal:
— Czy spożyjecie ze mną posiłek?
Rycerz Milan d’Encausse, minąwszy bez przeszkód obóz Saracenów, śpieszył teraz ku Morzu Martwemu i wiedział, że w miejscowości El Lisan — co po arabsku oznacza jęzor — spotka na krańcu przylądka przewoźników mających go zawieźć aż na drugi brzeg. Stamtąd winien dążyć do Hebronu, gdzie każe podać sobie konia. Pojedzie drogą na Betlejem i nie przystanie przed Jerozolimą.
Renald de Châtillon i seneszal templariuszy kończyli się rozdziewać. Biała para unosząca się z kadzi wypełniała łaźnię, przyćmiewając światło pochodni. Renald zdjął nogawice i gacie, rzucił je na żerdź, przeciągle podrapał się po lędźwiach i klnąc z zadowolenia, wszedł
do gorącej wody. Para, upał i półmrok zmiękczyły w końcu obu mężów, którzy przed chwilą wspólnie spożyli prosiaka nadzianego czosnkowym farszem, popijając pieczyste wonnym winem z winnic Engandyny. Zda się, zrzucili wraz z szatami jakąś skorupę nieufności. Rozkoszowali się obecną chwilą, jak od dawien dawna czynią to mężczyźni w kąpieli, żartowali, chrząkając, czkając czosnkiem bez żadnych ceregieli, po prostu jak wojownicy.
Golarz przystrzygł najpierw brodę Rideforta siedzącego w kadzi, później jął golić swego pana.
— Seneszalu — spytał Renald — mielibyście chętkę, żeby syryjska niewolnica podrapała was w plecy?
— W zakonie — chłodno odparł Ridefort — nie ma takiego zwyczaju...
— Ba! Wyspowiadacie się mojemu kapelanowi... Jest głuchy...
Renald odepchnął golarza, chcąc zobaczyć, jakie wywarł wrażenie. Ridefort starannie nacierał swój gładki tors mydłem z Napluzy i garścią siana. Patrzył chłodno. Człowiek ten myślał całkiem o czymś innym niż o pięknych Syryjkach.
— Zaciekawiacie mnie, seneszalu — rzekł Renald.
— Muszę z wami pomówić.
„Tuś mi, bratku” — pomyślał Renald.
— A więc mówcie — rzekł.
Gerard de Ridefort pomilczał, odłożył mydło, później zapytał:
— Z pewnością wiecie, dlaczego wstąpiłem do zakonu templariuszy?
— Na honor, nie, seneszalu!
Renald przypomniał sobie nagle starą historię:
— Dziedzictwo Botron? — spytał. — To było tak dawno... Czyżbyście ślubowali zemstę?
— Ślubowanie zemsty... — powtórzył Rideford.
— Saraceni mówią, że zemsta, która nie dojrzewa w ciągu dziesięciu lat, nie jest zemstą doskonałą... Hrabia z Tripoli nic nie stracił, czekając...
Przed kilku laty Ridefort, rycerz szukający szczęścia w Ziemi Świętej, zapragnął poślubić panią na Botron, bogatą wdowę. Dama przyjęła jego oświadczyny. Aliści w przeddzień wesela regent Rajmund z Tripoli wykorzystał swą władzę, aby go odsunąć, i przedłożył ponad niego pizańskiego kupca, i to bez herbu, niejakiego Plivaina, który wzbogaciwszy się na handlu trzciną cukrową, ofiarowywał za wdowę jej wagę w złocie. Wtedy właśnie Gerard de Ridefort wstąpił do milicji Chrystusowej w jedynym celu — aby go wybrano na wielkiego mistrza i aby tą drogą mógł zemścić się na Rajmundzie z Tripoli. Tenże zaś Rajmund z Tripoli, jeden z najpotężniejszych i mających najwięcej posłuchu frankońskich baronów, był niejako przeciwnikiem Renalda de Châtillon. Były regent króla Baldwina IV, w odróżnieniu od większości wielmożów królestwa, posiadał własny polityczny plan: raczej paktować z niewiernymi, niż z nimi walczyć. Jeden z nielicznych troszczył się o przyszłość, żywił przekonanie, że chrześcijańskie Królestwo Jerozolimskie nie utrzyma się, walcząc z muzułmanami, lecz współżyjąc z nimi. Przesyłał dary Saladynowi, mówił z nim o pokoju. Lecz za każdym razem, kiedy wierzył, że już osiąga cel, wybryki Châtillona wszystko obracały wniwecz.
— Ten Trypolitańczyk to zdrajca! — uciął Renald.
— W zamian za rozejm wydałby mnie poganom. Lecz pomnijże, iż ma on poparcie baronów i może zostać królem...
— Winniśmy mu przeszkodzić — odparł Gerard de Ridefort.
I wyłożył swój plan. Po nieuchronnie bliskiej śmierci trędowatego Baldwina korona przypadnie jego małemu siostrzeńcowi Baldwinkowi, wątłemu i choremu pięcioletniemu dziecku, a ten długo nie pożyje. Trzeba więc będzie wybierać między prawami sióstr Baldwina— Sybilli i Izabeli — a Rajmundem z Tripoli, możnym panem w królestwie, którego wielu życzyłoby sobie widzieć na tronie.
Sybilla, matka Baldwinka, była w prostej linii najbardziej bezpośrednią i prawowitą następczynią. Niedawno po raz drugi wyszła za mąż za świeżo przybyłego Gwidona Luzyniana, próżnego i zadufanego w sobie rycerza, wybrawszy go na męża ze względu na postawę. Ten Luzynian będzie dobrym królem, łatwym do kierowania. Cała ich gra — wyjaśnił Ridefort — polega na sprzyjaniu Luzynianom ze szkodą dla Rajmunda z Tripoli. Za pośrednictwem Luzyniana byliby prawdziwymi
władcami królestwa. Renald de Châtillon, bardziej skłonny do zrywów niż do długich intryg, był olśniony. Nie tyle ambitnym planem, ile całkiem naturalnym sposobem, w jaki Ridefort zamierzał manewrować tronem, aby załatwić własne sprawy.
— A jak, proszę was, zamierzacie do tego się zabrać?
— Pomóżcie mi — odpowiedział skromnie rycerz — pomóżcie mi, żeby wybrano mnie na wielkiego mistrza templariuszy... Tym sposobem będę dzierżył jeden z trzech kluczy do skarbca. Drugi, patriarchy Herakliusza, już mam przyobiecany... Klucz zaś szpitalnika de Moulins na pewno potrafimy uzyskać...
W istocie, zgodnie z uchwałą Najwyższej Rady oraz dobrymi obyczajami królestwa, skrzynia z koronacyjnymi insygniami była zaopatrzona w trzy zamki; patriarcha Jerozolimy, wielki mistrz templariuszy i przeor szpitalików posiadali po jednym kluczu, aby obrachunki czy interesy jednego z nich nie mogły doprowadzić do koronacji kogoś niegodnego tronu.
— Na Boga — rzekł Renald — jestem gotów wam pomóc, lecz wasi templariusze wcale mnie nie miłują...
— Potrzeba mi złota, bardzo dużo złota... Wiem, że w kapitule są głosy na sprzedaż...
Renald de Châtillon osłupiał; doprowadzić do wyboru siebie na wielkiego mistrza przez symonię! Mnich, który się skazuje na potępienie: ten pomysł przypadł mu do smaku.
— Rycerskie słowo! — rzekł. — Dopomogę wam.
Jednakże pamiętajcie, że Renald de Châtillon jest wolnym księciem. Zawieram sojusz, żeby zachować własną wolność, a nie zmieniać suwerena. Po zawarciu układu przepędził golarza myjącego mu włosy.
— Jeszcześ nie skończył nacierać mi łba, jakbyś go chciał wyrwać z ramion! Wezwij mi raczej Malikę. Jeśli mam stracić głowę, to wolę z nią...
Gerard de Ridefort powrócił do mycia swego ciała. Płomyk, jaki na chwilę zabłysł w jego chłodnym spojrzeniu, jakby zagasł. Uzyskał to, czego chciał. Zaiste, nie potrzebował złota Renalda de Châtillon. Lecz zapewniając sobie jego współudział, wyłączał niebezpieczeństwo, iż spotka na swej drodze potężnego księcia Zajordanii. Wielki biały płaszcz rycerzy zakonu templariuszy zwisał na tyce niczym żałobny sztandar.
Wówczas, niby w śnie żołnierza, zbliżyła się Syryjka Malika. Miała na sobie tylko koszulę bez rękawów, cienki woal igrał na jej biodrach i piersiach. Podeszła do Renalda i bez słowa jęła mu nacierać wonną oliwą twarde mięśnie grzbietu. Zręcznym i pewnym ruchem przesuwała dłoń wzdłuż całego kręgosłupa, kończąc muśnięciem dołka na karku.
Dobrze znała Renalda i śledziła jego odruchy. Jej tylko — ku własnemu zadowoleniu — nie postawił, aby się chwiała na rozpalonych kamieniach. Potrafiła go oswoić.
Kazała mu się oprzeć o drewnianą kadź i masowała teraz ramiona i tors. Drżała całym swym ciałem, rzekłoby się, że cierpliwie odtańcowuje jakoweś zaklęcia.
Był to ich wspólny ulubiony rytuał i tajemna zmowa łącząca oboje, niewolnicę i księcia, aby ich zawieść — jego do rozkoszy, ją do zwycięstwa. Doznawała bowiem burzliwego i mocnego zadowolenia, podniecając tym sposobem swego pana. Spalała się w ciemnych płomieniach własnej uległości z dziką dumą niewolnicy rozkoszującej się swą niewolą.
Para przylepiała woal do smagłego ciała Maliki, a ona kunsztownie igrała wzajemnym ich pożądaniem. Ruchy jej stawały się coraz bardziej przeciągłe, coraz wolniejsze, coraz cięższe. Ugięła jeszcze biodra, podsuwając pod twarz Renalda swe pachy i piersi. Cofała się, kiedy on się zbliżał, i znów powracała, rozkoszując się zmysłową grą, którą wzajem przeżywali.
Jednakowoż tym razem Renald przerwał Syryjce, i wskazując Rideforta, szepnął jej na ucho:
— Malika, posłuchaj mnie... Chcę, żeby ten mężczyzna zakosztował wszystkich twoich rozkoszy... Nie puszczaj go, póki nie ulegnie... Dam ci złotego bizanta... Należał do ludzi, których wspólny grzech mocniej łączy niźli przysięga.
Przed prymą Malika bez wielkiego trudu uzyskała swą nagrodę. Gerard de Ridefort i Renald de Châtillon teraz się odziewali.
— Bies z tego templariusza — rzekł wesoło Renald.

 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tytuł oryginału: Le Templier de Jérusalem
Tłumaczenie: Anna Jędrychowska
Data wydania: Luty 2012
ISBN: 978-83-08-04865-8
Oprawa: miękka
Format: 123 x 197 mm
Liczba stron: 614
Cena: 38,00 zł
Rok wydania oryginału: 1977

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 12 marzec 2012 13:11
  • Brak komentarzy

Skomentuj

Post comment as a guest

0
warunki użytkowania.