28 Cze Sebastian - drugi fragment

Napisał Dział: Książki Komentarze DISQUS_COMMENTS

sebastianSebastian to nowa powieść Anne Bishop, która ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Initium.

„Niech twoje serce podróżuje bez bagażu, ponieważ to, co ze sobą przyniesiesz, stanie się częścią krajobrazu”.

Dawno, dawno temu Efemera, zagrożona przez Zjadacza Świata, została rozbita na wiele tajemniczych i magicznych krain. Nazwano je krajobrazami. Między nimi rozciągają się mosty, które przenoszą podróżnych w miejsca, do których przynależą, zamiast tam, gdzie sami chcą się udać.

Zjadacz Świata został uwięziony i zapomniano o nim, a stabilność krajobrazów Efemery utrzymuje magia Krajobrazczyń. W jednej z krain, gdzie żyją demony i panuje wieczna noc, swym mrocznym uciechom oddaje się półkrwi inkub − Sebastian. W snach wzywa go kobieta, która pragnie jedynie być bezpieczna i kochana. Sebastian pożąda jej, ale jednocześnie jest świadomy tego, że może ją zniszczyć.

Tymczasem w cichych ogrodach szkoły Krajobrazczyń budzi się zło − Zjadacz Świata wydostaje się ze swojego więzienia. Jego pierwszą ofiarą może paść krajobraz Sebastiana.

Poniżej pierwszy fragment!

 

Ta uwodzicielska, erotyczna i niezwykle romantyczna opowieść przeznaczona jest dla tych, którzy wiedzą, po której stronie serca – jasnej czy mrocznej – kryją się ich namiętności.

Anne Bishop

Sebastian

fragment

Rozdział 2
Trzy tygodnie wcześniej

Lukena z trudem zebrała postrzępione nici swojej cierpliwości, odsunęła krzesło od stołu w pracowni i usiadła obok ponurej dziewczyny. Za pierwszym razem, kiedy odbywały tę rozmowę, była miła i pełna zrozumienia. Tak jak za drugim. I za trzecim. Ale ta dziewczyna po prostu nie chciała zaakceptować prawdy.
– Nie zamierzacie promować mnie na krajobrazczynię pierwszego stopnia, prawda? – spytała, a na ton tego pytania przypadała jedna część rozpaczy i dwie części wrogości.
Lukena westchnęła.
– Nie, Nigello, nie zrobimy tego. Nauczycielki bardzo dokładnie rozważyły twój przypadek, ale doszłyśmy do wniosku, że jak dotąd nie zdobyłaś niezbędnych umiejętności. Póki nie spełnisz wszystkich wymagań, nie otrzymasz godła krajobrazczyni.
Nigella z całej siły przycisnęła pięści do blatu stołu.
– Uczę się od czterech lat. W ciągu pięciu lat trzeba uzyskać co najmniej drugi stopień, żeby móc pozostać w szkole i kontynuować naukę. Jak mam uzyskać dwa stopnie w ciągu roku, skoro nie chcecie mnie wypromować nawet na pierwszy?
Nie uzyskasz ich, pomyślała Lukena. I jest to prawdziwe błogosławieństwo dla nas wszystkich.
– Jak brzmi Błogosławieństwo Serca? – zapytała głośno.
Oczy dziewczyny pociemniały z gniewu.
– Czy to kolejny test, nauczycielko? Nie widzę powodu, by odpowiadać na pytania, na które odpowiedź zna każde dziecko.
O Opiekunowie i Przewodnicy, jak mam jej to wyjaśnić, żeby wreszcie zrozumiała?
– A zatem i tobie nie powinna sprawić trudności – powiedziała spokojnie Lukena i powtórzyła: – Błogosławieństwo Serca.
Nigella parsknęła.
– Podróżuj bez bagażu.
Lukena kiwnęła głową.
– Podróżuj bez bagażu. Ponieważ cokolwiek ze sobą przyniesiesz, stanie się częścią krajobrazu. Dotyczy to wszystkiego, co żyje na tym świecie, a szczególnie krajobrazczyń, ponieważ jesteśmy sitem, przez które Efemera objawia to, co odbija się we wszystkich sercach. Rezonans naszych serc stanowi koryto, w którym płyną prądy Światła i Mroku, chroniące ludzi przed chaosem ich własnych uczuć, ale umożliwiające urzeczywistnienie prawdziwych pragnień serca. My jesteśmy tym korytem, Nigello. Inni ludzie i sama Efemera są zależni od tego, czy znajdziemy równowagę pomiędzy jasnymi i ciemnymi aspektami samych siebie, żeby filtrować prądy Światła i Mroku, które są cudowną i straszliwą mocą naszego świata.
– Ja to wszystko wiem – warknęła poirytowana dziewczyna.
– Tutaj wiesz. – Lukena popukała się palcem w skroń. Potem powtórzyła ten sam gest na piersi. – Ale nie tutaj. Niesiesz ze sobą zbyt wiele bagażu, Nigello. Przychodzisz na lekcje, ale czynisz tylko symboliczne próby stosowania ich mądrości w praktyce. Jesteś zła i zazdrosna, kiedy inne uczennice spełniają wymagania i osiągają kolejne stopnie, ale sama nie chcesz pracować tak jak one, by osiągnąć ten cel. A mimo to spodziewasz się, że damy ci władzę nad naszym światem. Otóż nie. Nie możemy tego zrobić. Otwórz oczy, Nigello. Przyjrzyj się temu, co objawiłaś w swoim ogrodzie. Póki to się nie zmieni, póki ty się nie zmienisz, nie możemy pozwolić, byś przejęła władzę nad miejscami, w których będą musieli żyć ludzie.
Dąs na twarzy dziewczyny zmienił się w brzydką przebiegłość.
– Znam prawdziwą przyczynę, dla której nie chcecie mnie promować. – Lukena westchnęła. Zastanawiała się, dlaczego ta „prawdziwa” przyczyna nigdy nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi umiejętnościami uczennicy. – Boicie się mnie – stwierdziła Nigella. – Wiecie, że jestem od was lepsza. Lepsza niż wy wszystkie razem wzięte. Jestem jak Belladonna. Nie możecie znieść myśli o kolejnej krajobrazczyni, która potrafi robić rzeczy, o których wy nie możecie nawet marzyć. – Lukena nie zdołała ukryć dreszczu strachu. Milczała. Nauczycielki nigdy nie angażowały się w dyskusje, gdy uczennica wymieniała to imię. Kiedy cisza krępująco się przedłużała, Nigella zaśmiała się paskudnie, po czym wstała, dodając: – Lepiej o tym pamiętajcie, kiedy następnym razem będziecie oceniać moją pracę.
Nauczycielka zaczekała, aż uczennica wyjdzie.
– Będziemy o tym pamiętać. Och, na pewno będziemy o tym pamiętać – powiedziała do siebie.
Wstała, wspierając się o blat biurka. Nogi jej drżały. Nie miała jeszcze czterdziestu lat, ale w tej chwili czuła się strasznie stara.
– Wiem, że te oceny są konieczne – odezwał się od progu męski głos – ale chyba wymagają więcej od nauczycielek niż od uczennic.
Lukenę zapiekły oczy, kiedy spojrzała na stojącego w drzwiach mocno zbudowanego mężczyznę.
– Gregor.
Podszedł do niej szybko. Jego ciepła, silna dłoń spoczęła na jej ramieniu. Z wdzięcznością zwróciła się ku tej sile, ku temu ciepłu. Objęła go mocno, gdy wziął ją w ramiona.
– Trudny dzień? – spytał, przytulając policzek do jej włosów.
– Nie najgorszy… póki nie zjawiła się ta ostatnia dziewczyna.
– Co zrobiła?
– Wymówiła to imię.
Gregor spiął się.
– Belladonna.
Lukena kiwnęła głową.
– Załamałam się, Gregorze. Okazałam swój strach.
– I miałaś ku temu powód, jeśli było to coś więcej niż romantyczne bajdurzenie uczennicy o zbiegłej krajobrazczyni.
– Była to raczej kolejna próba zmanipulowania nauczycielki do przyznania stopnia, na jaki uczennica zupełnie nie zasłużyła. – Lukena cofnęła głowę na tyle, by móc zajrzeć w twarz przełożonemu nauczycieli mostowych, a prywatnie swojemu kochankowi. – A jak tobie minął dzień?
– Lepiej niż tobie. Uczenie młodych mężczyzn, którzy posiadają dar tworzenia połączeń między krajobrazami, nie jest aż tak wyczerpujące jak uczenie młodych kobiet, które będą te krajobrazy kontrolować. – W jego ciemnych oczach widać było troskę. – Może przejdziesz na dzień czy dwa do Sanktuarium? – zaproponował.
– Może tak zrobię. Chociaż mam wrażenie, że powinnam tu teraz być, na wypadek gdyby inne nauczycielki… – Nie mogła skończyć, nie była w stanie tego powiedzieć.
– Na wypadek gdyby inne nauczycielki uznały, że ta dziewczyna jest zbyt niebezpieczna i należy ją zamurować w jej ogrodzie – dopowiedział Gregor. Kiedy Lukena kiwnęła głową, spytał: – A jest na tyle niebezpieczna? Naprawdę może być kolejną Belladonną?
Lukena pomyślała przez chwilę, a potem pokręciła głową.
– Ma w sobie dość gniewu i… brudu… by rezonować z mrocznymi krajobrazami, ale nigdy nie będzie taka jak Belladonna. Nie ma jej mocy – ani jej serca.

Nigella szła szybko szerokimi ścieżkami z kamiennych płyt, popatrując wilkiem na mijające ją uczennice. Zmierzała do swojego otoczonego murem ogrodu. Powinna była od razu się domyślić, gdy tylko zobaczyła, jak daleko od budynków szkoły znajduje się jej przeznaczony do ćwiczeń ogród. Nauczycielki od początku były nastawione przeciwko niej. Inne uczennice miały ogrody nie dalej niż pięć minut spacerem z klasy. Rzecz jasna niewielu przydzielono przestrzeń wśród otoczonych murami ogrodów nauczycielek, ale było kilka takich uczennic. Ona, Nigella, powinna być jedną z nich.
– Zimne suki o zgniłych sercach – mruknęła pod nosem.
Gwałtownie skręciła na ścieżkę, która prowadziła z powrotem do szkoły, ścieżkę, która zawsze wydawała się zakurzona, jakby rzadko ktoś nią chodził. Uczennicom nie wolno było iść nią do końca, chyba że towarzyszyła im nauczycielka. Właśnie to intrygowało Nigellę na tyle, by kilka razy w roku ryzykować zakradnięcie się tutaj.
Ścieżka kończyła się przejściem w wysokim murze, które wieńczył łuk. Za murem znajdował się kolejny ogród otoczony jeszcze jednym murem, zamknięty bramą z kutego żelaza. Między murami rosły jedynie wielkie, rozdęte grzyby i pełne cierni drzewa, które rodziły owoce koloru zakażonej rany.
Uczennice szeptały między sobą, że Mroczni Przewodnicy zakradali się do szkoły podczas zaćmienia księżyca, zbierali te grzyby i owoce i gotowali je wraz z sercami ludzi, których zwabili do mrocznych krajobrazów.
Nigelli podobała się ta historia. Spędziła wiele nocy na wyobrażaniu sobie, że któryś z Mrocznych Przewodników przybył do szkoły i porwał wszystkie te oschłe suki, które udawały, że chcą ją nauczyć, jak używać mocy, ale tak naprawdę robiły wszystko, by jej to uniemożliwić.
Bardzo chętnie popatrzyłaby, jak ktoś taki jak Lukena staje przed Mrocznym Przewodnikiem. Suka posikałaby się pewnie ze strachu, gdyby miała do czynienia z czymś naprawdę mrocznym. Ale ona, Nigella, wcale by się nie bała.
Nie masz się czego obawiać ze strony Mroku, szeptało coś w niej. W Mroku jest moc, która czeka tylko, aż ją przyjmiesz.
Może to był drugi powód, dla którego tak często zdarzało jej się stawać w przejściu w murze i patrzeć na miejsce, na wzmiankę o którym bladły twarze wszystkich nauczycielek.
Późno w nocy starsze uczennice opowiadały sobie szeptem historie o tym ogrodzie. Mówiły, że uwięzione są w nim zakazane krajobrazy – tak okropne, że oderwano je od świata, by chronić ludzi przed istotami, które w nich żyły.
Kiedy jednak Nigella tu stawała, za bramą widziała tylko niski kamienny murek wzniesiony na pozbawionej roślin, ubitej ziemi. Co w tym było przerażającego? Owszem, wyczuwała mroczny rezonans tego ogrodu, ale skoro było tam coś naprawdę złego, dlaczego robiono z tego taką tajemnicę, zamiast powiedzieć uczennicom wprost, o co chodzi?
Jednak nauczycielki zawsze ze wszystkiego robiły tajemnicę. Szkoła była świetna w ukrywaniu przed wszystkimi rzeczy, z których mogliby zrobić użytek.
Nagle poczuła przepełniający ją bezgraniczny gniew. Rozejrzała się wkoło i zauważyła kamień wielkości pięści. Podniosła go, zamachnęła się i z całej siły cisnęła w kłódkę wiszącą na bramie. Nie spodziewała się, że coś się stanie. Po prostu chciała dać upust swojej złości na to, że znów nie została promowana. Ale żelazo, naruszone zębem czasu, rozsypało się pod wpływem uderzenia. Brama i sekrety, jakie kryły się w wewnętrznym ogrodzie, stanęły przed Nigellą otworem.
Oblizując wyschnięte wargi, przeszła na drugą stronę muru. W zewnętrznym ogrodzie unosił się lekki zapach zepsutego mięsa, ale to mogła być wina grzybów albo owoców pokrywających ziemię wokół ciernistych drzew. Przeszła przez zewnętrzny ogród, chwyciła dwa pręty bramy i pociągnęła z całych sił. Zardzewiałe zawiasy zaskrzypiały w proteście, ale brama uchyliła się na tyle, żeby dziewczyna mogła wślizgnąć się do środka.
Czekała jeszcze chwilę, nadal trzymając pręty, pewna, że zaraz ktoś przybiegnie sprawdzić, co spowodowało hałas. Jednak ciężkie i nieruchome powietrze tłumiło wszelkie dźwięki. Policzyła do stu, gotowa uciec, by nie dać się przyłapać w zakazanym miejscu. Kiedy nikt się nie zjawił, odprężyła się na tyle, by przyjrzeć się nagiej ziemi po drugiej stronie bramy.
Mówią, że nawet Belladonna bała się tego miejsca na tyle, że nie zbliżała się tutaj. Ale ja się nie boję. Zobaczę, co kryje się za tymi ścianami, pomyślała. Cofnęła się do najbliższego kolczastego drzewa. Wokoło leżało pełno gałęzi, ale żadna nie była wystarczająco poręczna, więc chodziła między drzewami tak długo, aż znalazła taką, którą można było coś szturchnąć z odległości. Musiała zachować ostrożność.
Podniecona, pobiegła z powrotem do bramy, wślizgnęła się do środka i podeszła do niskiego kamiennego muru. To był tylko stary murek, wysoki do pasa, o długości nie większej niż dwóch leżących ludzi. Wszystkie szczeliny między kamieniami wypełniała zaprawa – ktoś wymurował go bardzo starannie. Nigella rozejrzała się. W wewnętrznym ogrodzie nie było nic poza tym murem. W ogóle nic tu nie było. A zatem tą strzeżoną rzeczą jest właśnie ten mur. Ale po co strzec czegoś takiego? Może to punkt dostępowy do jakiegoś krajobrazu, który chciały ukryć nauczycielki? Krajobrazu będącego źródłem tego mrocznego rezonansu, który przenikał otoczony murem ogród?
Nigella przeszła się wzdłuż muru, oglądając go uważnie. Stare kamienie, stara, obsypująca się zaprawa. Szturchała ścianę gałęzią tu i tam, ale nic się nie działo. Ekscytacja z odkrycia tajemnicy zakazanego ogrodu przygasła. Kiedy szturchnięcie cieńszym końcem gałęzi obluzowało kawałek zaprawy, Nigella była już przekonana, że stary mur nie może być punktem dostępowym do żadnego interesującego krajobrazu. Między kamieniami pojawiła się dziura, której średnicę mogła wytyczyć kciukiem i palcem wskazującym. Dostatecznie duża, by spojrzeć przez nią, jeśli zdoła przebić ją na wylot.
Nigella zaczęła raz za razem wtykać gałąź w otwór, wydłubując zaprawę. Wreszcie, kiedy już poczuła w rękach ból, gałąź przeszła na drugą stronę. Wtedy dziewczyna wyrzuciła ją, uklękła i zajrzała przez otwór.Zobaczyła wąski pas rdzawego piachu, a dalej ciemną, stojącą wodę.
Nigella przysiadła na piętach. I to wszystko? Piasek i woda? To był ten przerażający, zakazany krajobraz, na wspomnienie którego wzdrygała się każda nauczycielka?
Zdegustowana, wstała i otrzepała spodnie. Skarciła się w myślach. Powinna była wiedzieć, że to zwykły podstęp. Nauczycielki używały go, żeby móc ukarać każdą uczennicę, której krajobrazy nie są odpowiednio polukrowane.
Prześlizgnęła się z powrotem przez bramę i ruszyła w stronę łukowatego przejścia. Nagle zatrzymała się i spojrzała na słońce. Za późno, żeby iść do swojego ogrodu. Jeśli nie zjawi się punktualnie na wieczornym posiłku, zarobi kolejny punkt karny. Postara się więc nie spóźnić i będzie miła dla wszystkich nauczycielek – choćby miało ją to zabić.
Wolałaby oczywiście, żeby ten wysiłek zabił je.

Zwabione rezonansem mrocznego serca, uniosło się ku powierzchni, ledwie wzburzając ciemną, głęboką wodę. Na powierzchni było pusto, więc wyciągnęło mackę i delikatnie dotknęło miejsca, gdzie piasek spotykał się z wodą – granicy pomiędzy dwoma swoimi krajobrazami. Drżenie piasku ostrzegało, że znajduje się blisko znienawidzonych kamieni, które od tak dawna tworzyły klatkę, zamykając To w środku.
A jednak…
Macki wędrowały po piasku, błyskawicznie zmieniając kolor z ciemnoszarego niczym podwodne jaskinie na rdzawą barwę piasku. Były zupełnie niewidoczne, kiedy zdążały ku kamiennej ścianie. Nim pierwsza dotknęła kamienia, wiedziało, że coś się zmieniło. Powietrze było inne. Wyczuwało w nim ślad rezonansu mrocznego serca.
Macki wydłużyły się i zmieniły w cienkie sznurki ciała, które prześlizgiwały się przez wąską szczelinę między kamieniami. Kawałek po kawałku bezkształtne cielsko sunęło po piasku. Gdy dopełzło do muru, wyciekło przez otwór, aż wreszcie końcówka ostatniej macki zsunęła się po drugiej stronie ściany.
Było wolne.
Nie rozumiało mocy swojego wroga, nie miało pojęcia, że ono samo i krajobrazy, które ukształtowało, mogą zostać zamknięte. Jednak nie do końca. Nigdy do końca. Poza własnymi krajobrazami nie mogło sięgnąć fizycznego świata, ale zawsze było w stanie szeptać do prawdziwie mrocznych serc, wysyłać swój rezonans w półmrok jawy snu. A Mroczni, którzy dawno temu powołali To do życia, wysyłali ludzi do mrocznych krajobrazów na tyle często, by miało rozrywkę – i by wykarmić istoty, które stworzyło. Teraz jednak uwolniło się od magii drzemiącej w kamiennym murze. Teraz mogło znów połączyć swoje krajobrazy ze światem. Teraz mogło odszukać Mrocznych, którzy pomogą mu zmienić świat. Teraz…
Rezonujące na ziemi kroki.
Macki skróciły się, zmieniając w osiem nóg. Po chwili reszta ciała dopasowała do nich swój kształt. Wspięło się na mur wewnętrznego ogrodu, po czym ruszyło biegiem do przejścia zwieńczonego łukiem, ocierając brzuchem o wzdęte kapelusze grzybów. Wspięło się na mur obok przejścia, by chwilę później zupełnie zlać się z kamieniami. Naśladowało nawet cienie rzucane przez kolczaste drzewa.
Czekało, napawając się perspektywą łowów.

Obejmując się mocno ramionami, Lukena patrzyła na zaryglowaną bramę. Za nią były drewniane drzwi, zasłaniające świat po drugiej stronie muru.
– Belladonna – szepnęła.
Błędu popełnionego ponad piętnaście lat temu nie dało się już naprawić. Były takie chwile, kiedy uważała, że mogła wtedy coś zrobić, że powinna była coś zrobić, żeby powstrzymać tamte wydarzenia.
Miała dwadzieścia cztery lata i była świeżo upieczoną nauczycielką, kiedy piętnastoletnia Glorianna przybyła do szkoły krajobrazczyń. Mądra dziewczyna, pełna zapału do nauki. I taka utalentowana. Nie pojmowały jak bardzo, dopóki w połowie pierwszego roku nauki Lukena nie zaczęła uczyć swojej klasy, jak stworzyć punkt dostępowy do „domu”. Ponieważ uczennice na tym etapie nauki miały, w najlepszym razie, szczątkową kontrolę nad swoją mocą, punkt dostępowy miał je po prostu łączyć z krajobrazem, który był ich domem. Tego oczekiwały od nich nauczycielki. Na tym polegała lekcja.
Tymczasem Glorianna zrobiła coś, czego nie potrafiła żadna inna krajobrazczyni. W jakiś sposób przekształciła Efemerę, zmieniła ułożenie fragmentów świata i stworzyła zupełnie nowy krajobraz, miejsce zwane Gniazdem Rozpusty. Nauczycielki, które oceniały osiągnięcia uczennic, były przerażone, kiedy przeszły do Gniazda – a jeszcze bardziej, kiedy zobaczyły mieszkańców tego krajobrazu. Gdy wróciły do otoczonego murem ogrodu, który był terenem ćwiczeń Glorianny, i poprosiły o wyjaśnienie, dziewczyna uśmiechnęła się tylko i powiedziała: „Demony także potrzebują domu”.
Nikt nie zapytał jej, dlaczego stworzyła miejsce dla demonów, które z pewnością przyciągać będzie również mroczniejsze strony ludzkiego serca. Nikt nie skontaktował się z jej rodziną, żeby o to wypytać – przynajmniej nie wtedy, kiedy miało to znaczenie.
Zamiast zadać te pytania, przełożona nauczycielek obdarzyła Gloriannę fałszywym uśmiechem i zapowiedziała, że zostanie poddana trudniejszemu testowi. Miała spędzić następne dwa tygodnie w ogrodzie i zakotwiczyć swoje podstawowe krajobrazy – czyli te, które rezonowały z nią i były jej „osobistym światem”.
Glorianna dostała koszyk z jedzeniem, ubrania, książki, wodę i koce. Stała w ogrodzie i z uśmiechem patrzyła, jak przełożona nauczycielek zakłada na rygiel bramy ciężką kłódkę, żeby nikt nie mógł wejść do środka. Pomachała wesoło Lukenie, kiedy nauczycielki odchodziły.
Ostatniego ranka Lukena wykradła klucz do kłódki i weszła do ogrodu Glorianny. To, czego ta dziewczyna dokonała w ciągu dwóch tygodni, zaparło jej dech w piersiach – zarówno z podziwu, jak i z przerażenia. Gniazdo Rozpusty nie powstało przypadkiem. Dziewczyna naprawdę miała moc zmieniania świata i należało ją szkolić bardzo ostrożnie.
Lukena pobiegła wtedy do przełożonej nauczycielek i jąkając się, usiłowała wyjaśnić, o co jej chodzi. Jednak przełożona kazała jej milczeć, powiedziała, że decyzję już podjęto – czarownicy przybyli, by zapieczętować bramę. Glorianna i jej nienaturalna moc miały pozostać na zawsze ukryte za murem – dla bezpieczeństwa innych krajobrazów.
Kiedy Lukena wróciła do ogrodu Glorianny, czarownicy zrobili już swoje, na bramie zawisła ich pieczęć. Ogród został na zawsze zamknięty, zarówno dla tych, którzy chcieli do niego wejść, jak i dla tych, którzy chcieliby się z niego wydostać. Całym światem Glorianny miało odtąd pozostać to, do czego objawienia potrafiła skłonić Efemerę.
Jednak miesiąc później, kiedy Lukena spacerowała z kilkoma uczennicami, ujrzała stojącą przed zapieczętowaną bramą czarnowłosą dziewczynę.
– Co tu robisz? – spytała. – Wiesz, że uczennicom nie wolno… – Słowa zamarły na jej ustach, kiedy dziewczyna odwróciła się i spojrzała na nią.
– Więc to dlatego nikt nie przyszedł obejrzeć mojej pracy – stwierdziła Glorianna.
– Być może – odparła ostrożnie Lukena, patrząc, jak jej uczennice niepewnie przestępują z nogi na nogę. – Ale skoro znalazłaś drogę powrotną…
Glorianna pokręciła głową.
– Nie. Niczego już od was nie chcę. Postanowiłyście mnie zamurować. Teraz to ja odetnę się od was.
– To nie była moja decyzja!
Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.
– Być może – powiedziała. – Do widzenia, Lukeno. Podróżuj bez bagażu.
Kiedy odchodziła, jedna z uczennic zapytała ją:
– Kim jesteś?
Glorianna zatrzymała się i powiedziała:
– Jestem Belladonna.
A potem odeszła. Nigdy więcej nie widziano jej w szkole.

Lukena otarła łzy i ruszyła przed siebie bez celu. Potrzebowała ruchu. Nie mogła nic zrobić – ani teraz, ani wtedy. Zdarzało się jednak, że błąd, który wówczas popełniono, nadal ją dręczył. Miała wrażenie, że ta rana sięga głęboko, aż do kości.
W miarę jak krajobrazczynie uczyły się używać mocy, która chroniła ludzi i świat przed objawianiem pragnień wszystkich serc, przyznawano im kolejne stopnie, od jednego do siedmiu. No i była jeszcze Glorianna Belladonna. Gdyby tylko…
Nagłe przerażenie kazało jej się zatrzymać. Rozejrzała się wokół. Co właściwie zwabiło ją na tę ścieżkę? Dlaczego doświadczała tego braku równowagi? Mroczny rezonans, zwykle stłumiony obecnością licznych krajobrazczyń, zdawał się wysączać z zakazanego ogrodu. Przesiąkł ziemię, rozlewał się, jakby chciał skazić resztę szkoły. Był teraz tak silny. Tak okropnie silny.
Oczywiście to niemożliwe. Nie do pomyślenia. Na pewno reaguje przesadnie na coś, co zawsze tu wyczuwała. To zapewne skutek trudnej rozmowy z Nigellą i rozmyślań o Gloriannie. Niemniej ruszyła dalej tą rzadko uczęszczaną ścieżką. Kiedy dotarła do przejścia w murze i zobaczyła otwartą bramę z kutego żelaza, zamarła na chwilę. Potem odwróciła się, gotowa biec do szkoły i ostrzec wszystkich, że to, co było nie do pomyślenia, właśnie się ziściło.
Ale czy istotnie? – pytało coś w jej wnętrzu.
Ta myśl to był tylko szept. Uspokajający, kojący, nęcący.
Lukena zawahała się, odwróciła znowu, by jeszcze raz spojrzeć na bramę.
Jeśli teraz pobiegnie do szkoły, co powie przełożonej nauczycielek? Że ktoś otworzył starą bramę? Wzbudzi to niepokój i w szkole krajobrazczyń, i w szkole mostowych, ale nic im tak naprawdę nie wyjaśni. Poza tym nie miała przecież pewności, że ktoś otworzył bramę celowo.
Nie stać cię na popełnienie kolejnego błędu, szepnął ten sam głos.
Lukena pokręciła głową. Nie, nie zamierzała popełnić kolejnego błędu.
Przeszła przez lukę w murze. Od smrodu gnijącego mięsa omal nie zwymiotowała.
Nigdy więcej błędów, szepnął głos. Zniszczą cię. Zobaczysz.
Grzyby wybuchały jeden po drugim, kiedy Lukena deptała po nich, biegnąc ku bramie. Wystarczy jej jeden rzut oka, sprawdzi tylko, czy nic się nie zmieniło, a potem poinformuje o wszystkim przełożoną nauczycielek. Zatrudnią robotników, którzy zreperują bramę. Nie ma się czym przejmować. Nie ma się czego bać.
Niewielka dziura w starym kamiennym murze odezwała się w niej pulsującym bólem jak zepsuty ząb.
– Nie – szepnęła. – Tylko nie to.
Z powrotem do bramy. Musi przebiec tę krótką odległość do przejścia w murze. Jej uwagę odwrócił jakiś ruch. Kiedy podniosła wzrok, potknęła się i…
…biegła po niekończącej się połaci rdzawego piasku, pod niebem o sinym odcieniu. Serce waliło jej jak oszalałe, za wszelką cenę starała się przyspieszyć, ale stworzenia, które ją ścigały, były coraz bliżej.
O Opiekunowie i Przewodnicy, jak się tu dostała? Przed chwilą biegła przecież do przejścia w murze, a kiedy się potknęła…
Wciąż biegła, dysząc ciężko, wciągając w płuca powietrze, które było zbyt gorące, zbyt suche. Stopy mechanicznie uderzały w piasek.
Podróżuj bez bagażu. Potrzebowała tylko kilku chwil, by uspokoić umysł, odnaleźć równowagę i przywrócić rezonans z punktem dostępowym w którymś z własnych krajobrazów. To pozwoli jej wrócić do swojego ogrodu w szkole. Wtedy będzie bezpieczna i pobiegnie ostrzec innych, że…
Nagle znów się poślizgnęła, wybijając się z rytmu. Rozłożyła ramiona, by utrzymać równowagę, ale chwila opóźnienia okazała się kosztowna. W lewej łydce poczuła nagły ból, jakby coś ją ugryzło. Po chwili miała wrażenie, że po nodze spływa jej krew. Mięśnie lewej łydki odmówiły współpracy i na dobre straciła równowagę. Upadła na jedno kolano, wspierając się na rękach. W okamgnieniu poderwała się z powrotem, ale to wystarczyło, by dopadło ją następne stworzenie, rozcinając jej prawe udo. Znów biegła. Biegła i biegła, starając się ignorować ból, krew, niedołężność mięśni, które sztywniały i nie chciały słuchać szalonych poleceń mózgu.
Nagle zauważyła coś kątem oka. Kopce. Skręciła ku nim, nie zastanawiając się, czym są ani dlaczego nie zauważyła ich wcześniej. Jeśli da radę wspiąć się na któryś z nich, może zdoła odgonić ścigające ją stworzenia na wystarczająco długi czas, by wrócić do swojego ogrodu.
Kiedy jednak podbiegła bliżej, z trudem walcząc o każdy krok, ujrzała biegnące ku niej czarne segmentowane pancerzyki, wydostające się ze szczytów kopców. Próbowała znów skręcić, ale mięśnie lewej łydki zupełnie przestały funkcjonować. Zachwiała się i omal nie upadła. Krzycząc ze strachu i wściekłości, odwróciła się i chwyciła najbliższe stworzenie, podrywając je w górę obiema rękami.
Przez chwilę patrzyła na głowę, szczęki i nogi. Umysł podpowiedział jej właściwe słowo: mrówka. Ale to coś, co trzymała, miało długość jej ręki – od opuszek palców aż do łokcia. Wrzeszcząc, cisnęła nim w inne stworzenia, które już biegły w jej stronę.
Spróbowała uciekać dalej, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Padła jak długa na piasek. Stworzenia dopadły ją. Krzyczała, kiedy wyrywały szczękami kawałki jej ciała, kiedy jej krew wsiąkała w piasek. Miotała się, próbowała zrzucić je z siebie, ale było ich tak wiele, że wkrótce masa połyskujących czarnych ciał zupełnie ją zakryła.
Wreszcie przestała się ruszać. Krzyk umilkł.
Kiedy robotnice ruszyły z powrotem do mrowiska, a zwiadowcy rozpoczęli kolejny patrol, po Lukenie zostały tylko obgryzione do czysta kości, skrawki ubrania i plama mokrego piasku.

Tytuł: Sebastian
Autor: Bishop Anne
Wydawca: Wydawnictwo Initium
Numer wydania: I
Data premiery: 2012-06-20
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Wyrwas-Wiśniewska Monika
Rok wydania: 2012
Forma: książka
Indeks: 11389743

Ostatnio zmieniany czwartek, 28 czerwiec 2012 16:30