28 Lis Falkon 2016 (relacja)

Napisał Dział: Z Polski Komentarze DISQUS_COMMENTS

falkon top

W pierwszy weekend listopada Lublin gościł superbohaterów z całej Polski. Za nami siedemnasta edycja Festiwalu Fantastyki Falkon. Tegoroczna została opatrzona hasłem Herosi Falkonu, a bogaty program festiwalu nie pozwolił nawet na chwilę nudy. Działo się dużo, a wszystkich tych, którzy nie mogli bawić się z nami na Falkonie, zapraszamy do zapoznania się z naszą festiwalową relacją!

Kolejny, już siedemnasty raz, Lubelskie Stowarzyszenie Fantastyki „Cytadela Syriusza” zorganizowało dla wielbicieli fantastyki trzydniowe święto. Od popołudnia pierwszego dnia festiwalu (piątek, 4 listopada), w kierunku Targów Lublin S.A. zmierzały rzesze fanów z całego kraju, a także zagraniczni goście – dało się słyszeć rozmowy po angielsku i niemiecku, a radosna atmosfera udzielała się wszystkim wokoło. Kolejki do kas biletowych, podobnie jak w zeszłym roku, były sprawnie rozładowywane przez organizatorów. Po odebraniu wejściówki przyszedł czas na zapoznanie się ze szczegółowym informatorem festiwalu i rozplanowanie sobie trzydniowego harmonogramu. Stosunkowo spokojna wówczas hala Gamesroomu wydawała się do tego celu idealna, więc już niebawem miałam gotowy plan działania.

Podobnie jak przy poprzednich edycjach, tegoroczne wydarzenia w ramach Falkonu odbywały na terenie Targów Lublin S.A. oraz pobliskiej Szkoły Podstawowej nr 20, gdzie znalazły się Geek Zone i rozgrywano LARP-y. Sale na terenie samych Targów Lublin na czas festiwalu zmieniły się w Komnatę Tajemnic, TARDIS, Salę Wędrowycza, Salę Wiedzy Zakazanej oraz Narnię, która jako jedyna była salą namiotową. Organizatorzy wzięli sobie do serca zeszłoroczne skargi uczestników na niską temperaturę panującą w halach i tym razem stanęli na wysokości zadania: dmuchawy skutecznie ogrzewały wszystkie pomieszczenia i jedynie w sali namiotowej było stosunkowo chłodno. Jedyny minus, który zauważyłam w organizacji festiwalu, to fakt połączenia głównej sceny z gastro-strefą. Nie był to do końca dobry pomysł: uroczyste otwarcie Falkonu, pokaz mody gotyckiej czy prezentacja Legionu 501 wśród aromatu i zgiełku charakterystycznego dla jadłodajni, nie sprzyjały ani zgromadzonej widowni, ani twórcom. Mimo, że dzięki takiemu połączeniu zyskaliśmy większą powierzchnię dla wystawców, Falkon Areny i Kid Zone, to jednak pozostał pewien zgrzyt.

Piątek, 4 listopada

Falkonowy piątek zaplanowałam sobie dość spokojnie, po uroczystym otwarciu festiwalu, które nastąpiło z kilkunastominutowym poślizgiem, wybrałam się na panel Stereotypy w fantastyce. Dyskutantami byli Aleksandra „Silaqui” Radziejewska, Klaudia Heintze, Anna Lange, Jacek Łukawski, Michał Ochnik (Mistycyzm popkulturowy), Marcin Przybyłek oraz Jacek Wróbel. Dyskusja była niezwykle żywa i interesująca, omówione zostały zarówno stereotypy stricte fantastyczne, jak i te uniwersalne, szeroko funkcjonujące kulturze. Marcin Przybyłek wspomniał o przedstawieniu orków w fantastyce, jako istot niezbyt inteligentnych i agresywnych. Następnie dyskusja zeszła na tematy odwiecznego konfliktu pomiędzy rasami elfów i krasnoludów oraz stereotypowych przedstawień tych postaci: pięknych i wyniosłych elfów i rubasznych krasnoludzich wojowników. Nie zapomniano jednak o pierwotnych, legendarnych podaniach dotyczących obecności elfów, które pojawiły się w podaniach i folklorze jako piękne,wróżko-podobne, ale niekoniecznie przyjazne istoty. Za przykład posłużyły tutaj elfy ze Świata Dysku Terry’ego Pratchetta. Kiedy pojawiły się elfy i krasnoludy, nie sposób było pominąć stereotypu „pięcioosobowej drużyny” w fantastyce i sci-fi. Większa część opowieści zawiera w sobie bowiem szablonową drużynę, w skład której wchodzą: heros, jego przyjaciel (o charakterze najczęściej przeciwstawnym do osobowości głównego bohatera), tzw. „Big Guy” (siłowe rozwiązania fabularne) i „Smart Guy” (zaplecze naukowe drużyny), a w pewnym momencie zazwyczaj pojawia się także piękna dziewczyna, która ma przypominać pozostałym bohaterom o wartości miłości, pokoju i szlachetnego zachowania. W dyskusji zgodzono się co do tego, że taki skład drużyny zapewnia optymalne rozwiązania fabularne, a widzowie lub czytelnicy mają dzięki temu możliwość utożsamienia się z bohaterami. Nie sposób było również pominąć przewijającego się w fantastyce i całej kulturze motywu podróży, kształtującej bohaterów. Wspomniana została tutaj świetna animacja Pixara „W głowie się nie mieści”, gdzie został wykorzystany wariant takiej drużyny (Radość, Smutek, Gniew, Strach i Odraza).

W pewnym momencie dyskusja zboczyła z planowej tematyki stereotypów w stronę archetypów, jednak wówczas Klaudia Heintze podkreśliła jeszcze jeden istotny i dość krzywdzący motyw funkcjonujący w kulturze. Chodzi bowiem o kojarzenie postaci pięknych fizycznie z pozytywnymi i dobrymi cechami, a jednocześnie odbieranie „tym brzydkim” wszelkich elementów dobra. Klasyczni złoczyńcy są brzydcy, zdeformowani, a przynajmniej mają zepsute zęby, jak nadmieniła Heintze. Ten stereotyp funkcjonuje od wieków, a wszystko to wina filozofii klasycznej, która fizyczne piękno kojarzyła ze wszelkimi dobrymi cechami charakteru.

Tym akcentem zakończył się pierwszy panel, a ja zdecydowałam się odwiedzić salę TARDIS i udać się na prelekcję Nawiedzona Polska Magdy „Cathii” Kozłowskiej. Na opowieści o duchach była jeszcze stosunkowo zbyt wczesna pora, bo godzina 17:00 dopiero zwiastuje mrok, jednak jak zauważyła Cathia, mogliśmy zgasić światło, by było bardziej klimatycznie.

Prelekcja zabrała nas w nawiedzone zakątki naszego kraju, ale żeby było porządnie, to duchy zostały podzielone na kategorie: pokutujące, szukające zemsty, opiekuńcze i błędniki. Odwiedziliśmy więc min. Zamek Ogrodzieniec i tamtejszego Czarnego Psa (a co, my nie gorsi od Anglików i nie straszny nam Pies Baskerville’ów, mamy własnego), Pokutujących Niegodziwców z Czarnego Dunajca i poznaliśmy historię Barbary Schwann z Zamku w Morągu. Następnie wspomniana została historia kłótliwego małżeństwa, Brunhildy i Bogusława, państwa na zamku w Niedzicy, która zakończyła się tragicznie, jednak zaowocowała (podobno) działającym sposobem na sprawdzenie szczerości uczuć mężczyzny. Wystarczy, żeby wypowiedział imię ukochanej do studni zamkowej, a jeśli skłamie, no cóż… Nie będzie już więcej potrzebował usług fryzjerskich. Jednak duchy nie zawsze są mściwe i zagrażające żywym, bardzo często decydują się chronić swoje włości i ich mieszkańców. Przykładem są chociażby znani wszystkim Śpiący Rycerze (Zakopane), Skarbnik z Wieliczki czy chełmski Duch Bieluch. Zdarzają się w świecie nadnaturalnym nawet dobrzy Krzyżacy: Zygmunt von Ramungen urzędujący na Zamku w Gniewie czy krzyżacki rycerz broniący żuławskiego kościoła. Jednak nie dajmy się zwieść tym kilku przykładom dobroczynności ze świata duchów, lepiej trzymać się od nich z daleka, bo potrafią zwieść na manowce i nieźle nastraszyć. Lepiej omijajmy ruiny szpitala psychiatrycznego w Zofiówce koło Warszawy czy Nawiedzony Komisariat Policji w malowniczej miejscowości Konstancin-Jeziorna.

Po takiej podróży po nawiedzonych zakątkach naszego kraju, zdecydowałam się na uczestnictwo w panelu o pokrewnej tematyce, a mianowicie starającym się znaleźć odpowiedź na pytanie Dlaczego lubimy się bać? W dyskusji wzięli udział Artur Olchowy, Grzegorz Gajek, Sławomir Nieściur, Anna „Mysza” Piotrowska, Marcin Podlewski oraz Aleksandra „Silaqui” Radziejewska. Horror i groza w dalszym ciągu są tematyką dość niszową, jak podkreślili prelegenci. Jednak lubimy się bać, co więc straszy uczestników tego spotkania?

Ciężko jest podać uniwersalny przepis na zastraszenie widza czy czytelnika, gdyż każdy boi się czegoś innego. U jednych niepokój wzbudza fantastyka socjologiczna, innych przeraża apokalipsa bądź rozpad wewnętrznego świata człowieka, jaki przedstawiony został w powieściach H.P. Lovecrafta czy Stephena Kinga. Wszyscy uczestnicy byli jednak zgodni co do tego, że najczęściej poznanie natury zagrożenia pozbawia nas poczucia strachu. Dopiero rzeczywistość, która przestaje być nam znana, wydaje się nam straszna. Popkultura przejmuje nasze strachy i ukazuje aktualne obawy i zagrożenia, czego przykładem może być chociażby fala filmów o seryjnych zabójcach w USA, jak wspomniała w dyskusji Aleksandra „Silaqui” Radziejewska.

Podczas panelu padło również istotne pytanie. Co jest bardziej przerażające: bestia, potwór czy człowiek? Prelegenci zauważyli, że bardzo często w kulturze nadaje się ludzkie lęki wszystkim kreowanym postaciom, bez względu na „formę” strachu, a w każdym medium trzeba brać pod uwagę kontekst społeczno-kulturowy. Jednak nawet potwór nie byłby straszny bez obecności człowieka. U ludzkich antagonistów istotne jest zwrócenie uwagi na kwestię poznawczą, twórca zadaje sobie pytanie, czy widzowie/czytelnicy byliby w stanie zrozumieć pobudki złoczyńców. Z potworami jest o tyle łatwiej, że nie trzeba tłumaczyć ich zachowania, zagłębiać się w psychikę wilkołaka czy innych nadprzyrodzonych, morderczych bytów. Ciężko nie przyznać racji temu stwierdzeniu, więc tym akcentem zakończyłam piątek na Falkonie, udając się do Gamesroomu i zbierając siły na sobotnie wydarzenia przy partyjce „Vudu” ze znajomymi.

Sobota, 5 listopada

Falkonowa sobota początkowo nie zapowiadała się najlepiej. Pierwszy panel, na który chciałam pójść, Płatny zabójca – bohater czasów korporacji Roberta Ziębińskiego, został odwołany. Jednak Szymon Żakiewicz, znany również jako Simon Zack, uratował sytuację prowadząc w zastępstwie interesującą prelekcję o uniwersum „Mad Maksa” George’a Millera. Muszę przyznać, że swoją przygodę z „Mad Maksem” zaczęłam, jak już teraz wiem, dość nieszczęśliwie, bo od filmu „Mad Max pod Kopułą Gromu” (1985). Ostatni film z trylogii z Melem Gibsonem w roli głównej, nie zachęcił mnie do sięgnięcia po wcześniejsze produkcje, a dzięki prelekcji Żakiewicza dowiedziałam się, że również większa część fandomu uważa go za najsłabszą część. Wystąpienie Żakiewicza zachęciło mnie do dania kolejnej szansy Maksowi z oryginalnej trylogii.

W trakcie prelekcji w jasny i przejrzysty, nawet dla laika takiego jak ja, przedstawił świat stworzony przez Millera i Byrona Kennedy’ego. Jednym z powodów, dzięki którym „Mad Max” odniósł tak ogromny sukces w 1979 roku, był niesamowity realizm (no i brutalność) produkcji, która ukazywała świat na krawędzi wojny o zasoby naturalne planety. Miller również w kontynuacji przygód  Maksa Rockatansky’ego, „Mad Max 2 -– Wojownik szos” (1981) postawił na sprawdzony motyw, tym razem przedstawiając świat ogarnięty wojną. Smaczku każdej z produkcji dodawały, tworzone specjalnie na potrzeby filmów, niesamowite pojazdy i scenografie, które Miller z taką pasją i oddaniem, konsekwentnie niszczył (choćby wysadzenie rafinerii z „Mad Max 2”). Nie było więc mowy o jakimkolwiek powtarzaniu scen, a dublerzy krążyli wówczas między planem filmowym a szpitalem, jak podkreślił Żakiewicz.

Trzeci film z serii, „Pod Kopułą Gromu” z 1985 roku, okazał się finansową klapą i pogrzebał uniwersum Mad Maksa na 30 lat. Wszystko to było spowodowane wtrącaniem się Hollywood do scenariusza Millera i „ugrzecznieniem” produkcji dla kategorii PG-13. Dowiedziałam się również, że Max od zawsze nie był zbyt wygadanym gościem: w drugim filmie część scenariusza Gibsona wynosiła oszałamiające 16 linijek tekstu, a Miller utrzymał tę tendencję także w „Fury Road” (2015). Tom Hardy jako Max Rockatansky „pogadał sobie” aż przez 30 sekund w całym filmie. Jak poradził sobie „Mad Max: Fury Road”, wszyscy doskonale wiemy. Oscary i zachwyty spływały z całego świata. Zaskoczyła mnie odrobinę informacja, że Miller jest tak lojalnym twórcą i do roli Wiecznego Joe z „Fury Road” zatrudnił Hugh Keays-Byrne’a, który już pojawił się w uniwersum – w pierwszym aktor również wystąpił jako przeciwnik Maksa, Obrzynacz. Nie żałuję, że zdecydowałam się zostać na prelekcji Szymona Żakiewicza. Widać było wyraźnie, że jest ogromnym fanem „Mad Maksa” i potrafi zarazić swoją pasją innych.

Po tak interesującej prelekcji, udałam się do Geek Zone w Szkole Programowej, mieszczącej się naprzeciwko Targów Lublin. Odrobinę spóźniona dotarłam na wystąpienie Zofii „Narvienn” Wąchockiej, która przygotowała wystąpienie Nie tak stracone zachody fanowskiej miłości, czyli Doktor spotyka Williama Shakespeare’a. Jestem fanką „Doktora Who” dopiero od kilku lat i z przyjemnością wysłuchałam zupełnie mi nieznanych faktów z przygód Władcy Czasu, który z Williamem Szekspirem spotykał się wielokrotnie i nie raz ratował jednego z najwybitniejszych pisarzy Ziemi. Ósmy Doktor w słuchowisku „The Time of the Daleks” uratował Wielką Brytanię i całą Ziemię przed dyktaturą Daleków, którzy choć podziwiali Szekspira, to chcieli go wymazać z historii. Natomiast w komiksie „A Groatsworth of Wit” Dziewiąty Doktor uratował dramaturga przed zakusami Roberta Greene’a (autora „Greene's Groats-Worth of Wit”) zazdrosnego o twórczy sukces Szekspira. W wystąpieniu Zofii Wąchockiej nie zabrakło również jednego z moich ulubionych odcinków serialu – „The Shakespeare Code” z Dziesiątym Doktorem. Brytyjczycy podchodzą dość porządnie do Szekspira w „Doktorze Who”. Mimo nagięć faktów historycznych dla potrzeb serialu sci-fi, to zdecydowanie dobrze przedstawiają zarówno postać dramaturga, jak i realia ówczesnej Anglii – zarówno kulturowe (np. obecność cenzora tekstu sztuki przed jej wystawieniem),  jak i językowe – w końcu TARDIS i jej obwody translatorskie działają bardzo sprawnie.

Po spotkaniu z jednym z największych bohaterów Wszechświata, postanowiłam sprawdzić jak wygląda druga strona medalu, czyli świat złoczyńców. W panelu Antybohater i czarny charakter – co nas w nich pociąga? udział wzięli Aleksandra „Silaqui” Radziejewska, Grzegorz Gajek, Klaudia Heintze, Aneta Jadowska, Michał Gołkowski oraz Anna „Mysza” Piotrowska. Uczestnicy zostali poproszeni o wskazanie swoich typów na największego złoczyńcę wszech czasów. Gołkowski jako pierwszy udzielił odpowiedzi i wytypował… Lucyfera, wywołując żywiołową dyskusję. Wśród pozostałych złoczyńców, którzy siłą rzeczy nie mogli się równać z upadłym aniołem, ojcem wszelkiego zła, pojawili się także Darth Vader, Hannibal oraz Joker. Co łączy te postacie? Dobrze skonstruowany czarny charakter nie jest do końca jednoznaczny. Anna „Mysza” Piotrowska podkreśliła, że każda próba wyjaśnienia zachowania złoczyńcy musi zostać dobrze przedstawiona, by odbiorcy nie zrazili się do całego dzieła, czy to filmu czy książki. Obecność czarnego charakteru wynika z dychotomicznego podziału świata: unikalność i wyjątkowość bohatera nie zaistnieje bez antybohatera. Dodatkowo większość z nas ma tendencję do doszukiwania się w złoczyńcach pierwiastka dobra, choć najczęściej są oni pozbawieni jakichkolwiek zasad i moralności. Klaudia Heintze w zakończeniu dyskusji podkreśliła jeszcze jedną istotną sprawę. Zarówno dobry, jak i zły bohater nie są do końca wolni, bo ograniczają ich ramy narzucone przez twórcę i konwencje nim kierujące. Prawdziwie wolny jest jedynie bohater neutralny, który jest pozbawiony tych ograniczeń i może wykorzystać zarówno chaotyczne zło, jak i posłużyć się szemranymi metodami, by czynić dobro.

Po takim przeglądzie największych złoczyńców, postanowiłam dla odmiany poznać rodzinkę jednego z największych superbohaterów świata – Batmana. Do uczestnictwa w prelekcji Katarzyny Olesiak zachęcił mnie tytuł jej wystąpienia: Rodzina Batmana, czyli o Robinach, Batgirls i Bat-Krowie. Prelekcja została przygotowana przez fankę dla fanów: było dużo obrazków smutnego Batmana, opatrzonych szczegółowymi wyjaśnieniami powodów zasmucenia Mrocznego Rycerza. W końcu ile strat może znieść jeden człowiek? Okazuje się, że są one proporcjonalne do ilości przygarnianych sierot (pół-sierot też) i pełnienia przez nich obowiązków Robina. Bat-girls też mogą przyprawić o zawroty głowy. A jeśli dodamy do ego wszelkie restarty uniwersum, to już w ogóle dziwię się, że Batman ma jeszcze czas na odsyłanie złoczyńców do Arkham Asylum i aktywne członkostwo w Justice League. Więc krowa w rodzince to naprawdę najmniejszy problem dla Batmana – rezydencja Wayne’ów pomieści wszystkich.

Pozostając w tematyce kreatywności twórców – ze świecą szukać takich idei, jakie rodzą się w głowach twórców „Supernatural”. Z sentymentu do braci Winchester, wybrałam się na prelekcję Magdy „Cathii” Kozłowskiej pt. Skąd oni biorą te niesamowite pomysły, czyli pochodzenie wybranych motywów w serialu Supernatural. Cała sala TARDIS była zapełniona po brzegi fandomem SPN i wszyscy z radością wysłuchaliśmy jak mitologie chrześcijańskie, nordyckie, celtyckie oraz wiele legend miejskich przewijały się w przeciągu 11 sezonów serialu od ery EricaKripkego, przez urzędowanie Sery Gamble i Jeremy’ego Carvera. Obecny 12 sezon show został pominięty ze względu na politykę anty-spoilerową. Tym akcentem zakończyłam drugi dzień na Falkonie.

Niedziela, 6 listopada

Ostatni dzień festiwalu rozpoczęłam od panelu Nostalgia, czyli jak popkultura gra na naszych wspomnieniach z lat minionych. Jego uczestnikami byli Anna Szatan, Katarzyna Czajka (Zwierz popkulturalny), Marcin A. Dobkowski, Piotr Górski, Magda „Cathia” Kozłowska, oraz Joanna „Noelia” Kucharska. Choć mogłoby się wydawać, że ostatnio nostalgia opanowała kinematografię i telewizję – ze względu na wzmożoną obecność wszelkiego rodzaju remake’ów i rebootów popularnych produkcji, to jest to zjawisko wykorzystywane przez twórców od lat. Marketing nostalgiczny jest szeroko wykorzystywany nie tylko w przypadku „odnawianych” produkcji, ale także wśród oryginalnych, nowych projektach, czego doskonałym przykładem jest „Stranger Things” stworzony dla Netfliksa przez braci Dufferów. Syndrom „starej duszy” – tęsknota za epoką, której się nie przeżyło czy za uczuciami, które przeżywaliśmy będąc na premierze filmu – te kwestie zostały poruszone przez prelegentów podczas spotkania. Pojawiły się zarówno pochlebne opinie o „Przebudzeniu Mocy”, jak i dość chłodne wypowiedzi o zeszłorocznym wielkim powrocie uniwersum „Gwiezdnych Wojen” na ekrany. Nie obeszło się bez małych spięć definicyjnych i rozróżnieniu nostalgii, tęsknoty i sentymentu, które choć wydają się podobne, to jednak nie są tożsame. A za czym tęsknią, do czego odczuwali sentyment uczestnicy dyskusji? Zwierz popkulturalny podkreśliła, że obecnie na nowo odkryła w sobie fascynację animacjami „Transformers”, natomiast „Cathia” Kozłowska ciepło wspomina „Robin of Sherwood”.

Na zakończenie Falkonu zdecydowałam się odwiedzić Salę Wiedzy Zakazanej na prelekcji Troje to już tłok – o osobowości mnogiej w popkulturze, przygotowanej przez Magdalenę „Dziamę” Kozułko i Sarę Górny. Bardzo sympatyczne prelegentki zafundowały uczestnikom szybki przegląd przedstawień zaburzeń osobowości w kulturze - od schematycznego „dobrego i złego bliźniaka” - Doktora Jekylla i pana Hyde’a, przez marvelowskiego Hulka/Bannera, kultowy „Fight Club” po mniej znany film „Frankie i Alice” z Halle Berry. Nie zabrakło także przykładów komediowego podejścia do tematu rozdwojenia jaźni w filmach „Gruby i Chudszy” z Eddie’em Murphy’m, „Maska” oraz „Ja, Irena i Ja” z Jim’emCarreye’m, czy Dobrego i Złego Gliny z „The Lego Movie”. Two-Face , czyli Dwie Twarze, z serii komiksów o przygodach Batmana również nie został pominięty w tej prelekcji, choć dla mnie istotniejszy wydał się fakt, że prelegentki wspomniały o Odettcie Holmes i Dettcie Walker z powieści Stephena Kinga „Mroczna Wieża II: Powołanie trójki”.

Do kategorii „tłum w głowie” prelegentki zaliczyły m.in. dwie ekranizacje „Sybil” (z 1976 i 2007 roku), które opowiadały opartą na faktach historię życia Sybil Dorsett, która zmagała się z ponad 10 różnymi osobowościami. Z fantastycznych inspiracji wspomniana została również Crazy Jane z DC Comics czy nadchodzący serial „Legion” od FX. Ze względu na upływający czas prelekcji, inne typy dissociative identity disorder zostały pominięte, by wspomnieć o trzeciej, dość istotnej kategorii – opętaniu. Klasycznym przykładem, gdzie jedna z osobowości walczy o przejęcie życia drugiej, jest chociażby Francis Dolarhyde z „Czerwonego Smoka”Thomasa Harrisa, Gollum z powieści J.R.R. Tolkiena „Hobbit” i „Władca Pierścieni” oraz ich ekranizacji czy Norman Bates z „Psychozy”Alfreda Hitchcocka.

Bardzo żałuję, że nie zdecydowałam się skraść obecnej na Falkonie TARDIS, bądź podprowadzić Zmieniacza Czasu od krążących po konwencie czarodziei. Nie sposób było wziąć udział we wszystkich interesujących punktach programu, a wehikuł czasu z pewnością ułatwiłby sprawę. Tegoroczny Falkon to nie tylko spotkania autorskie (m.in. z Mają Lidią Kossakowską, Andrzejem Pilipiukiem czy Jarosławem Grzędowiczem), bogata oferta Gamesroomu czy nieprzebrane skarby na stoiskach sprzedawców. Organizatorzy zdecydowali się także wesprzeć działalność charytatywną i wśród uczestników krążyli wolontariusze ze Schroniska dla Zwierząt w Lublinie, zwracając uwagę na potrzebujące naszej pomocy koty i psy, a także zwierzęta egzotyczne, które swoją osobą promował (incognito) Tad Cooper z „Galavanta”.

Przy tak ogromnej imprezie, jaką jest Falkon, nie mogło się obyć bez mniejszych lub większych potknięć organizacyjnych: brak miejsc w szatni, strajkujące rzutniki, kończące się baterie w mikrofonie - jednak każdy z tych problemów był rozwiązywany sprawnie i szybko przez organizatorów. Jedynie Sala Wiedzy Zakazanej, którą wydzielono ściankami na terenie głównej hali, była dość nieszczęśliwym pomysłem. Mimo działającego rzutnika i nagłośnienia, hałas i brak możliwości zaciemnienia, powodowały trudności w skupieniu się na trwającej prelekcji. O nietrafionym połączeniu Głównej Sceny z częścią restauracyjną, pisałam już wcześniej. Te drobne potknięcia nie przysłaniają jednak całościowego, bardzo pozytywnego obrazu XVII edycji Falkonu. Z pewnością pojawię się tutaj za rok!

Na kolejną edycję Falkonu przyjdzie nam poczekać do listopada przyszłego roku, jednak wielbicieli konwentowych wrażeń zapraszamy do Lublina już sierpniu, na Polcon 2017 (24-27 sierpnia), którego organizatorem również jest Lubelskie Stowarzyszenie Fantastyki Cytadela Syriusza.

DSC 0010

 

DSC 0019

 

DSC 0021

 

DSC 0033

 

DSC 0043

 

f1 1

 

f1 2

 

DSC06130

 

DSC06137

 

DSC06145

 

DSC06148

 

DSC06159

 

DSC06206

 

DSC06275

 

DSC06280

 

DSC06313

 

DSC06321

 

DSC06340

 

DSC06364

 

DSC06395

 

DSC06399

 

DSC06501

 

DSC06542

 

DSC06566

 

DSC06577