Mroczny Jeździec na drogach Europy - felieton Jakuba Ćwieka
„Ghost Rider 2: Spirit of Vengeance” – na pohybel wszystkim, którzy psioczą z zasady, na przekór malkontentom i maruderom, a nawet ku własnemu, niebywałemu zaskoczeniu, będę bronił tego filmu. Bo choć trochę zabrakło, by film był dobry, to jednak inicjatywa była zacna, pomysł wart docenienia, a obrany kierunek właściwy dla podobnych obrazów. No prawie, ale o tym zaraz.
Muszę się wam przyznać, że swego czasu podobał mi się „The Punisher” z Thomasem Jane’em i Johnem Travoltą. Dziś właściwie nie potrafię powiedzieć, dlaczego, bo spartaczony był niemożebnie, a gdy ktoś już znał oryginalny komiks Ennisa, na którego motywach film oparto, to dopiero miało prawo zazgrzytać. Niemniej uległem tęsknej wizji Franka Castle na dużym ekranie (nie, nie uznaję wersji z Dolphem L., bo Frank nie miał kostiumu), na premierę poszedłem w koszulce z czachą i bawiłem się dobrze. Ale jak mówi angielskie powiedzonko: Fool me once it’s your fault. Fool me twice it’s mine.
Na „Ghost Ridera” z Nicolasem Cage’em w wersji PG 13 już się nie nabrałem.
William Gibson - mroczne proroctwa
Dystopia – to jedno z moich ulubionych słów odnoszących się do literatury. Pochodzi z języka greckiego, oznacza złe miejsce i, oczywiście, wiąże się z pojęciem utopii (także z greki – miejsce nieistniejące). Różnica między tymi pojęciami jest jednak zasadnicza. Podczas gdy utopia jest rodzajem utworu prezentującym świat idealny, doskonały porządek społeczny, dający ludziom szczęście, dystopia przedstawia wizję koszmarną, a jednocześnie, co charakterystyczne, wewnętrznie spójną, logiczną i wywodzoną z kondycji świata współczesnego, a zatem – także do pewnego stopnia prawdopodobną.*
Dystopia na dobre zadomowiła się w literaturze s-f, w tym – w twórczości Williama Gibsona, przed którego wizją chylę czoła.
Naprawdę mnie irytowało, kiedy w 1984 opublikowałem “Neuromacera” i wszyscy mówili “Ojej, patrzcie, dystopijny koszmar!”. A ja przecież starałem się być optymistyczny! Chciałem napisać o tym, że oto mieliśmy malutką wojnę nuklearną, przetrwaliśmy ją i postanowiliśmy nigdy więcej już czegoś takiego nie wywoływać. W pewnym sensie moi bohaterowie wręcz naprawili swój świat. Naprawdę, sądziłem, że to optymistyczne w oczywisty sposób.
(William Gibson - biografia)
William Gibson - ojciec cyberpunku (biografia)
Pisarz. Eseista. Scenarzysta... Ojciec literackiego cyberpunku, wizjoner, "mroczny prorok", twórca pojęcia "cyberprzestrzeń" (i jeszcze kilku innych), człowiek, który zmienił oblicze science fiction; opisał koncepcję Internetu (bardzo istotną w jego twórczości), zanim ten był wykorzystywany komercyjnie i rzeczywistości wirtualnej - przed powstaniem tej technologii. Wiele jego oryginalnych koncepcji wpisało się na stałe do kanonu s-f. Oto znakomity twórca, William Gibson.
Przyszedł na świat 17 marca 1948 roku w nadmorskim miasteczku Conway w stanie Karolina Południowa (USA). Większość dzieciństwa spędził w Wytheville, małej miejscowości w Apallachach, z której pochodzili jego rodzice; często jednak zmieniał miejsce zamieszkania (ze względu na zawodowe obowiązki jego ojca, który był menadżerem w dużym przedsiębiorstwie); być może to właśnie uczyniło z niego cichego, nieśmiałego i niezdarnego nastolatka zaczytującego się fantastyką naukową. Do szkoły podstawowej (Pines Elementary School) uczęszczał w Norfolk (Virginia), gdzie podobno nieszczególnie zachęcano go do czytania. Kiedy jeszcze był dzieckiem i dopiero od roku chodził do szkoły, niespodziewanie zmarł jego ojciec – zakrztusił się na śmierć w restauracji podczas podróży biznesowej. Jego matka, niezdolna do przekazania synowi złych wieści, poprosiła o to kogoś innego. Tom Maddox (inny cyberpunkowy pisarz) napisał później: Gibson dorastał w Ameryce tak pełnej zakłóceń i surrealistycznej, że nawet J. G. Ballard* nie wymyśliłby tego lepiej.
Księżniczka Marsa i królowie podwórka (felieton Jakuba Ćwieka)
Są takie książki, które się nie starzeją. Ponadczasowe, uniwersalne w przekazie, wiecznie aktualne. Żywię dla nich wielki szacunek i kiedy tylko mogę, wyrażam uznanie dla ich autorów – bo oto właśnie udało im się zapisać w historii literatury i będą tam do dnia, gdy bomby uciszą WOŚP. A może nawet dłużej...
Jak mówię, szanuję... ale nie lubię. Czy też raczej, by nie pogrążyć się skrótem myślowym, lubię zdecydowanie mniej niż urocze, pomarszczone ramotki. Teksty, które kiedyś królowały w rynsztokach, sprzedawały się za grosze, a dziś... no cóż, wszyscyśmy z nich właśnie. Z Chandlera, z Howarda. Z Burroughsa. Na tych filarach wznieśliśmy całą naszą współczesną popkulturę.
Dobrze, dość tej rozbuchanej, średnio konsekwentnej metaforyki. Zamiast tego, pozwólcie, że sięgnę w głąb pamięci, by – oczywiście zupełnym przypadkiem – odkryć, dlaczego fabuła zapowiadanego przez Disneya „Johna Cartera” wygląda mi tak znajomo. Będzie to miało związek ze wstępem. Daję słowo. I, jak się pewnie domyślacie, z jednym z trzech wskazanych nazwisk.
Dawno temu, gdy na fali Tolkiena i hormonów zaczytywałem się Conanem, kluczem do kupowania książek były dla mnie okładki. Jeżeli był na niej osiłek, to spoko, jeżeli miał jakąś broń, lepiej. Jeżeli towarzyszyła mu prawie naga ślicznotka... cóż, wiedziałem już, na co pójdzie moje kieszonkowe. Tak razu pewnego trafiłem na „Księżniczkę Marsa”.
Rzecz o czytelniku i autorze
Dziś przypada setna rocznica urodzin Alfreda Szklarskiego (1912 – 1992), autora, którego podróżnicze książki przedstawiały obywatelom PRL-u światy równie fantastyczne jak te, do jakich przywykli fantaści.
To był przypadek, gdy rankiem, budząc się jeszcze z półsnu, wpadłam na artykuł Witolda Gałązki Na tropach Alfreda Szklarskiego. Odkurzyć Tomki jak skarb. Przeczytałam go, chłonąc informacje, które znałam i nie znałam, a w bohaterach tekstu, sięgających po powieści Szklarskiego mimo upływu lat, rozpoznałam swoją mamę. Ale po chwili, kiedy informacje ułożyły się już w mojej głowie, zaczęłam wspominać.
Alfred Szklarski był, obok Zbigniewa Nienackiego, jednym z najważniejszych autorów mojego dzieciństwa. Zaczytywałam się w ich książkach, w myślach przeżywałam przygody Tomka Wilmowskiego i Pana Samochodzika, a nawet – ku zdumieniu rodziców – nie omijałam opisów. Miałam wtedy może z osiem, dziesięć lat; dobrze pamiętam, że było to przed boomem na Harry’ego Pottera. Oczywiście sięgałam też po innych autorów – Jamesa Olivera Curwooda, Karola Maya, Joannę Chmielewską, Astrid Lindgren czy Lucy Maud Montgomery, ale był okres, kiedy Szklarski i Nienacki królowali dla mnie niepodzielnie.
Świąteczna tradycja
Już prawie Wigilia, a ja dopiero wczoraj poczułam, jakby naprawdę były Święta. A to wszystko przez mandarynki.
Cytrusy nieodzownie kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem. W czasach PRL-u mandarynki i pomarańcze były towarem luksusowym, trudno dostępnym. Kiedyś znalezienie pod choinką soczystego owocu było tym, czym w obecnych czasach jest otrzymanie wypasionego iPoda. Jednak nie wszyscy mają podobne skojarzenia.
Szaleniec? Czyli o demonach i obsesjach Philipa K. Dicka
Philip K. Dick był naprawdę niezwykłym człowiekiem o bardzo pogmatwanej biografii. Niezwykle płodny pisarz o wizjonerskich pomysłach, oryginalnej wizji literackiego świata, rzadkiej zdolności tworzenia intrygujących, zaskakujących fabuł i misternie utkanych spisków. Jednocześnie prywatnie był człowiekiem bardzo "trudnym" – stronił od ludzi, nie potrafił ułożyć sobie dobrych relacji z kolejnymi żonami, nadużywał alkoholu i narkotyków. Na domiar złego miał poważne kłopoty ze zdrowiem – zarówno fizycznym jak i psychicznym. Wszystko to sprawia, że jako człowiek bywa oceniany bardzo skrajnie – wielbicielki i wielbiciele jego prozy widzą w nim często kogoś na kształt szalonego geniusza, człowieka, którego nadmiar talentu doprowadził do obłędu, albo może odwrotnie – którego obłęd inspirował do genialnych rzeczy. Przeciwnicy Dicka z kolei lekceważą go jako wariata, a jego prozę uważają za wytwór chorego umysłu, nie warty uwagi.
O ile nad kwestią geniuszu zawsze można dyskutować, prozę zaś – lubić lub nie, lekceważenie Dicka jest, w moim odczuciu, głęboko niesprawiedliwe. Zresztą – jego twórczość broni się sama; wciąż bardzo popularna, mino upływu lat; nadal ekranizowana, analizowana, czytana. Z pewnością jednak łatwiej ją zrozumieć, kiedy się bliżej pozna demony, jakie siedziały w głowie Dicka, a do tego prosta łatka "geniusz – ekscentryk" lub "po prostu wariat" nie wystarczy.
Aby choć trochę zrozumieć, co działo się w sercu i umyśle dorosłego Philipa K. Dicka, trzeba prześledzić jego biografię. Nawet najbardziej sucha i odarta z interpretacji pozwoli się nam domyślić, że Dick od samego początku, niemal od pierwszych dni życia, znajdował się w "grupie ryzyka"; zdecydowanie istniało prawdopodobieństwo, że będą mu doskwierały problemy ze zdrowiem i dobrostanem psychicznym.
Wizjoner? Czyli o wynalazkach i proroctwach Philipa K. Dicka
Philip K. Dick był niezwykle płodnym pisarzem. Stworzył kilkadziesiąt powieści i kilkaset opowiadań. Dla każdego ze swoich utworów kreował odrębne postacie; główną rolę zawsze grała jednak opisana w tekście wizja świata i intryga, w którą wplątani byli bohaterowie. Dick miał ogromną liczbę oryginalnych pomysłów i choć w jego twórczości często pojawiają się te same motywy, potrafił za każdym razem ujmować je w różnorodny sposób.
Jego pisarstwo było wizjonerskie. W przeciwieństwie do większości autorów fantastyki, których pomysły często były wtórne lub naiwne, Philip K. Dick potrafił z jednej strony nakreślić wizję przekonującą i niepokojącą, z drugiej – opatrzyć ją intrygującymi szczegółami, z których niejeden wówczas był fantastyką, dziś zaś stanowi całkiem realną prognozę jutra, przestrogę lub... fakt dokonany.
Geniusz? Czyli o twórczości i filozofii Philipa K. Dicka
Chcąc jak najlepiej poznać i zrozumieć twórczość Philipa K. Dicka, warto choć trochę poznać jego biografię. Miała ona bowiem ogromny wpływ na jego twórczość, a znając pewne szczegóły z życiorysu autora, możemy zupełnie inaczej spojrzeć na jego dorobek.
Znak zapytania w tytule w zasadzie nie jest potrzebny. Zostawiam go tam jednak na wypadek, gdyby tekst ten trafił pod strzechy tych, którzy wciąż odmawiają fantastyce prawa do etykietki "literatura z górnej półki”.
To właśnie kwestionowanie tego prawa w latach 50’ i 60’ XX wieku było jedną z przyczyn początkowych niepowodzeń Dicka na czytelniczym rynku – jego twórczość miała na samym wstępie utrudnioną walkę o popularność i uznanie właśnie dlatego, że wiele osób z lekceważeniem odnosiło się do fantastyki. Niestety, jeśli chcę być uczciwa, muszę przyznać, że to lekceważenie nie wzięło się znikąd i nie było jedynie efektem bezpodstawnych uprzedzeń. Fantastyka to literatura bardzo nierówna; mimo wielu perełek, na jej niekorzyść działa wielka liczba książek po prostu złych, lub tylko naiwnych. Ich istnienie powoduje, że twórcy i twórczynie fantastyki muszą się naprawdę nagimnastykować, aby uznano ich za pełnoformatowych artystów.
Weekend z Philipem K. Dickiem
16 grudnia 1928 roku urodził się Philip K. Dick, człowiek, bez którego fantastyka na pewno nie byłaby taka sama. Z tej okazji zapraszamy Was na Weekend z Philipem K. Dickiem, współorganizowany z portalem Oblicza Kultury.
Z okazji rzeczonego Weekendu opublikujemy kilka artykułów poświęconych pisarzowi, a wszystko zwieńczymy konkursem z nagrodami.
Zapraszamy wszystkich, którzy Dicka już znają, a także tych, którzy chcieliby poznać go bliżej.







