06 Lut Aleja Poległych Muzyków - opowiadanie Anety Jadowskiej

Napisane przez Dział: Felietony Komentarze DISQUS_COMMENTS

Aleja poleglych murzynkow

Dla Lemmy'ego i Davida, którzy przenieśli się z koncertami na drugą stronę.

Galapagos. To może być niezłe miejsce, pomyślałem, zatrzaskując za sobą drzwi. Przez ostatnią godzinę zastanawiałem się, gdzie wyjechać, by mieć względną gwarancję, że tam mnie nie dopadną. Ustronne, niedostępne, nigdy solidnie nie zaludnione… może to Galapagos spełnia te właśnie kryteria… Choć znając moje szczęście duchy zmarłych tam żółwi i waranów też są fanami dobrej muzyki i problemy dopadłyby mnie i tam.

Każdy kolejny dzień stycznia dwa tysiące szesnastego przebijał poprzeczkę ustawioną wysoko przez jego poprzednika w kalendarzu.

Duchy po prostu zbzikowały. Nie mogłem się nigdzie ruszyć, by nie wypływały stadami.

Zamknąłem dokładnie drzwi i przelałem iskrę magii w bariery ochronne. Nie miałem ochoty na nawiedziny. Kolejne.

Może im przejdzie, pocieszałem się. Zapomną. Wytracili sporo energii ganiając za mną po mieście, przekraczając granice terytorialne innych duchów, co pewnie skończy się jakąś cholerną wojną bytów pogranicznych.

Zostawiłem płaszcz na haczyku przy drzwiach, zzułem ciężkie wojskowe buty i padłem na niezasłane łóżko rano. Byłem głodny i zmęczony. Wyprany z energii, wyprany z magii. Odesłałem dziś dwadzieścia trzy duchy. Dwadzieścia trzy duchy. Tyle co zwykle przez dwa, czasem trzy miesiące. Teraz nagle wszystkie dusze tułacze fantazjują o bramie, tunelu ze światłem na końcu, a przede wszystkim – z solidnymi wzmacniaczami i gitarami elektrycznymi po drugiej stronie.

Dopadły mnie nawet na komisariacie. Prowadziłem akurat wysoce nieproduktywną rozmowę z facetem, który, byłem pewien, w porywie pijackiej złości, wsadził swojemu równie wściekłemu i pijanemu kumplowi nóż pod żebra. Przez kilka godzin poiłem go czarną kawą o mocy, którą doceniłby sam szatan, by otrzeźwiał na tyle, żeby powiedzieć, gdzie wyrzucił narzędzie zbrodni i, jeśli będzie łaskaw, przyznał się do wszystkiego, co pozwoliłoby mi zamknąć tę sprawę na dobre. Nim pijackie środowisko działek na Rudaku poweźmie przekonanie o niekompetencji policji.

Gdy mój podejrzany był na tyle trzeźwy, by wiedział już jak się nazywa i gdzie się znajduje, pojawili się oni. Dwaj jeźdźcy apokalipsy, jak nazwałem ich w duchu. W duchu, dobre. Byli duchami jak cholera, co łatwo wydedukować po tym, jak przeniknęli przez drzwi i zaczęli krążyć wokół stołu w pokoju przesłuchań z potępieńczym wyciem i gwizdami.

W dżinsowych kamizelkach obszytych płóciennymi naszywkami z logami zespołów metalowych, często zupełnie nieczytelnych w plątaninie przestylizowanej czcionki, w wypchanych na kolanach gumkowych dżinsach, dowodzących, że męskie rurki nie są wymysłem dzisiejszej młodzieży i mamy ten pomysł na sumieniu, w ciężkich glanach od Szyszki, wyglądali jak kolesie, których kostucha dopadła na Jarocinie, gdzieś na początku lat osiemdziesiątych. Długie, przerzedzone na czubku włosy powiewały im koło widmowych czaszek, gdy przepływali przez podejrzanego, wywołując w nim ciarki i wzdryganie od nagłego zimna.

Zamknąłem notes z nieskalaną bielą kartek czekających na zeznania. Wciąż musiał być pijany, skoro miał podwyższoną wrażliwość na duchy. W sądzie się tym nie wybroniłby, ale ja wiedziałem. A z tymi durniami stojącymi po pas w stole przede mną i tak nie mogłem się skupić.

Zostawiłem pijusa do wytrzeźwienia i wyszedłem z pokoju przesłuchań, korytarzem dotarłem do wyjścia przeciwpożarowego i wyszedłem w mroźny, styczniowy poranek. Całą noc padał miękki, mokry śnieg, który teraz odgarnięty przez służby miejskie w spore pryzmy na poboczach, ciemniał od osadzającego się na nim kurzu i spalin.

Zadrżałem, gdy kropla lodowatej wody skapnęła z daszku nad drzwiami z precyzją snajpera trafiając mnie na odsłonięty kark. Powinienem wziąć kurtkę. Zrobiłem krok w bok, by wyjść za strefę rażenia snajpera i odpaliłem papierosa.

Wiedziałem, że zaraz się tu pojawią. Nie byli dość rozgarnięci, by po prostu pójść za mną, więc będą przepływać przez ściany myląc kierunki, rozpraszając się w pokojach, w których pracują ładne policjantki, czy ktoś słucha radia – wówczas będą złorzeczyć na dzisiejszą muzykę i szmelc, który puszczają w rozgłośniach. Nie zgadywałem. Słyszałem to już w tym tygodniu jakieś dwadzieścia jeden razy.

Dopalałem pierwszego. I już byli. Beavis i Butthead wśród nadprzyrodzonych.
– Staaaaary, musisz nas odesłać – od razu przeszedł do rzeczy ten z jaśniejszymi włosami i twarzą, która zniosła o kilka mordobić za dużo, by nos nie był krzywy nawet po drugiej stronie.
– Kooooniecznie! – dodał błyskotliwie drugi. Wytupując niecierpliwie rytm stopą.
Co znaczyło, że ma drugi, może nawet trzeci stopień energetyczny. Tacy jak on w normalnych okolicznościach unikają spotkań ze mną, bo wcale nie chcą nigdzie odchodzić. Po prostu nie są zainteresowani zaświatami, bo tu jest im całkiem dobrze. Przynajmniej tak było zanim zmarł Lemmy. A teraz Bowie. Pal licho to, że mogę tupać w realnym wymiarze, skoro mogę iść na koncert idola w zaświatach – taką mieli zwykle motywację, by mi zawracać dupę.

Traktuję moje powołanie dość serio i nie odmawiam pomocy duszom, które chcą odejść. Ale mam swoje ograniczenia, konkretny poziom magii i aury, który wymaga odbudowy po kilku uchyleniach bramy, piguły skrótu, medytacji z przesączaniem eteru zza uchylonych bram zaświatów… Odpoczynek i jedzenie też pomagają. Ale racjonalne argumenty, czy próby umówienia się na jutro, za tydzień, czy w lutym nie skutkowały. Oni musieli wszyscy nagle niczym legion duszyczek przenieść się w rewiry, w których być może spotkają swoich idoli.

– Ich tam może nie być – powiedziałem, zaciągając się pierwszym dymem papierosa ze wzbogaconą o ziółka mieszanką.
– Skąd wiesz, o kogo chodzi? – zapytał Beavis.
Zerknąłem na niego unosząc brew. Wielkie logo Motörhead widniało na kieszonce kamizelki po lewej stronie piersi. Drugi miał na plecach błyskawicę i wyspreyowane słowo Ziggy. Nie potrzebowałem skomplikowanej dedukcji, dlaczego akurat teraz poczuli, że już czas opuścić ziemski padół.
– Mówię serio, nie mam żadnego potwierdzenia, że trafili do zaświatów. Lemmy może teraz popijać z Lucyferem przednią whisky z colą. Ziggy Stardust mógł wrócić do gwiazd.
W to, że trafił do nieba wątpiłem, bo regulamin mieli tam morderczy, ale jakoś nie widziałem go w piekle. Miał w sobie za dużo światła i pyłu dawno umarłych galaktyk.
– Nie ma mowy, stary! Oni są tacy jak my, kumasz?! Nie są bogami, aniołami czy diabłami, są ludźmi, jak my! Tylko lepszymi – przyznał ten, którego w głowie nazwałem Buttheadem.

Przytaknąłem.

– Wciąż niewiele wiemy o ich religijności. Plus nie mam żadnego potwierdzenia, że są tam, gdzie idziecie. Ani że traficie w te same rewiry.
– Wciąż lepiej tam, niż tu, gdzie już ich nie ma – oświadczył stanowczo ten z logo Motörhead. – Jesteś szamanem, odsyłasz takich jak my, uchylasz dla nas bramę, więc nie opierdalaj się, tylko rób to swoje czary mary i spierdalamy do Lemmy’ego. Na chwałę rocka i króla dobrego grania!
– I Bowiego, kurwa, nie zapominaj, że król miał towarzystwo cesarza! – ryknął jego kumpel i popchnął go zaczepnie.
Tamten uniósł ręce w pokojowym geście i powiedział:
– Chuj, że brokat i makijaż, był cesarzem!

Może i brzmieli, jakby mieli wciąż dwadzieścia lat, ale umarli pewnie sporo po pięćdziesiątce. I nie odpuszczą. Rozpoznaję fanatyka, gdy go widzę. Zaciągnąłem się dymem i wypuściłem kółeczko, kolejne i kolejne, pozwalając, by wyłapali słodkawy zapach ziół. Bransoletkę miałem na nadgarstku, ukrytą zwykle pod ściągaczem swetra, by nie brzęczała i nie budziła zainteresowania kolegów z komendy, ale ostatnie dni udowodniły mi, że nie ma sensu zostawiać jej gdziekolwiek, bo nie znasz dnia ani godziny.

Zagrzechotałem. Melodia sama wpłynęła do mojej głowy i wypełniła sztywne od mrozu powietrze między mną a duchami. Podejrzanie przypominała „Space oddity” Bowiego. Ale ja byłem zdecydowanie bardziej chłopakiem Bowiego, niż Lemmy’ego. Niejeden trip odbywałem przy jego pokręconej i wielowarstwowej muzyce, która otwierała zamknięte drzwi podświadomości.

I znów, brama się uchyliła. Błękitne pasma eteru spływały po schodach w jedną stronę. Poczułem, jak prześlizgnęły się po mnie, jak węże, które czubkiem języka testują rzeczywistość. Błękitna poświata otoczyła Beavisa i Buttheada. Tak bardzo chcieli odejść, że nie musiałem nawet znać ich nazwisk, wystarczyło uchylić bramę, by chwycili się okazji. Gdyby moja praca zawsze była tak łatwa.

Odeszli w ciągu kilkunastu sekund. Brama zamknęła się przytrzaskując kilka pasm eteru, które wirowały wokół mnie, aż znalazły drogę, by włączyć się w moja aurę. Fioletowy wir energii wokół mnie dawno nie był tak mało frenetyczny, tak blady. Potrzebowałem skrótu, odpoczynku i snu. Wróciłem tylko po kurtkę i telefon, po czym zwinąłem się do domu.

Jeśli odesłanie dwudziestu trzech duchów nie daje ci prawa do urlopu na żądanie, założę pieprzone związki zawodowe, które to dla mnie wywalczą.

*

Przysnąłem i z tego miękkiego miejsca na pograniczu jawy i twardego snu wypełnionego snami wybudziło mnie pukanie.

Przekląłem. A potem jeszcze raz. Ale pukanie było nieznośnie natarczywe. A potem doszedł głos:
– Witkacy, wiem, że tam jesteś, otwórz!

Spełznąłem z łóżka, bo Dora Wilk nie zwykła przyjmować „nie” z gracją, a od kiedy spędza mnóstwo czasu z wilkami, jest nawet bardziej nieustępliwa i warcząca, gdy nie dostaje tego, co chce. I miała klucze do mojego mieszkania i tak.

Stała na progu, potargana i z zaczerwienionymi policzkami, jakby biegła. Spod rozpiętej wojskowej kurtki wychylała się koszulka z czarną gwiazdą na białym tle.
– Nie mogę cię zabrać w zaświaty – powiedziałem stanowczo, domyślając się, czego może chcieć.
Wyraz bezgranicznego zawodu wypłynął jej na twarz.
– Czemu? Raz mnie tam zabrałeś…
– Wtedy chodziło o spotkanie z twoją babką. A nie o uprawianie nekrofilskiego fangirlowania. Poza tym ich tam może wcale nie być – dodałem, nie wiem już który raz w ostatnim czasie.
– Lemmy’ego nie ma. Widziałam się z nim w piekle. Oni tam już zaczęli organizować jam session z Cliffem Burtonem. Ale Bowiego nie ma w piekle, w niebie też nie, pytałam – była wyraźnie wytrącona z równowagi.
Odchyliłem się, wpuszczając ją do środka.
– Są jeszcze inne miejsca dla chłopaka z gwiazd – rzuciłem.
– Ale myślę, że on był jednym z nas, takim jak my, Witkacy. On musi być w tej części zaświatów, zawiadywanej przez Gardiasza… poszłabym do tego chodzącego umrzyka, ale ma do mnie znów jakieś pretensje…
– Ciekawe o co – mruknąłem, nie całkiem sprawiedliwie, bo Gardiasz taki już był. – A serio, nie mogę cię tam zabrać. Nie chcę przechodzić na drugą stronę, nie teraz, kiedy na mnie tam czyhają. Uchylam bramę, odsyłam duchy, ale stopami zostaję po naszej stronie.
Przeklęła. Zostawiła kurtkę na podłodze przy wyjściu i pomaszerowała prosto do mojej wieży stereo. Już po chwili rozbrzmiały pierwsze dźwięki „Blackstar”. Ścisnęło mnie w żołądku ze wzruszenia.
– Nie możesz unikać inicjacji w nieskończoność – powiedziała spokojnym tonem mentorki, którą dla mnie była – znów dzwonił do mnie twój nauczyciel. Mam ci przemówić do rozsądku.
– Co mu powiedziałaś?
– Że jeśli chciał rozmawiać z kimś rozsądnym, pomylił numery telefonu.
Pokiwałem głową, bo to brzmiało jak ona.
– Naprawdę nie zabiorę cię tam. Nie teraz.
– Wciąż mamy jutro i szansę na spotkanie. To więcej niż większość jego fanów ma w zanadrzu. A na razie spotkamy się z nim jak cała reszta.

Dziwna, niespokojna i natchniona muzyka wypełniała pokój. Położyłem się na łóżku, zamykając oczy. Dora położyła się obok. I pozwoliliśmy, by głos Davida zabrał nas do gwiazd.

 

Aneta Jadowska - Nie interesują jej małe wyzwania – skoro już spełnia się dziecięce marzenia o pisaniu powieści, nie ma powodu, by się ograniczać. Tak powstała sześciotomowa seria o Dorze Wilk, toruńskiej policjantce-wiedźmie. Nie lubi bezczynności i nudy, więc kończąc prace nad heksalogią, już obmyśla kolejne powieści.

Czyta wszystko co jej wpadnie w ręce, uwielbia seriale kryminalne i muzykę rockową. Byłaby dziś frontmenką kapeli rockowej, gdyby nie została obdarzona słuchem wystarczająco dobrym, by wiedzieć, że za grosz nie potrafi śpiewać.

Gdyby miała 9 żywotów jak kot, mogłaby zrealizować fantazje o zawodach idealnych: byłaby policjantką, dziennikarką, aktorką, szalonym naukowcem... Ale że na stanie posiada pojedynczy żywot, zajmuje się pisaniem, a jej bohaterowie przeżywają przygody, których starczyłoby na 9 żyć.

Ostatnio zmieniany sobota, 06 luty 2016 22:30