21 Cze Targowisko próżności - felieton Jerzego Rzymowskiego

Napisane przez Dział: Felietony Komentarze DISQUS_COMMENTS

targowisko1

Wydaje się, że awantury wokół Nagrody Zajdla stały się jakąś nową świecką tradycją. Tym razem zaczęło się wyjątkowo wcześnie, bo jeszcze przed ogłoszeniem nominacji. Do burzy wystarczyła tzw. lista pomocnicza, czyli spis tytułów spełniających formalne kryteria do bycia nominowanymi. Mówiąc prościej: ściągawka, co się ukazało.

Jakie są kryteria formalne, aby powieść mogła zostać nominowana do Nagrody Zajdla? W skrócie: musi być premierą, ukazać się w minionym roku i mieć przyznany numer ISBN. Proste. Zaletą tego systemu jest fakt, że wszyscy autorzy fantastyki mają w wyścigu do nominacji równy start. Tymczasem pisarz Rafał Dębski uznał, że wadą tego systemu jest fakt, że wszyscy autorzy fantastyki mają w wyścigu do nominacji równy start.
Czy właśnie coś Wam zazgrzytało? Już wyjaśniam, o co chodzi.

Powieść można wydać na parę sposobów. Najbardziej oczywistym jest znalezienie wydawcy, który uzna ją za na tyle atrakcyjną, że wyłoży pieniądze na publikację. W ten sposób działają Rebis, SQN, Powergraph, Fabryka Słów i inne szanujące się marki. Warto zauważyć, że ukazanie się książki w takim „tradycyjnym” wydawnictwie oznacza, że ktoś kompetentny z branży uznał ją za dostatecznie dobrą, aby w nią zainwestować pieniądze, z nadzieją na sukces i zysk ze sprzedaży.
Drugi sposób to self-publishing – autor inwestuje w wydanie książki własne pieniądze, wszystko organizuje sobie sam. Tu już z poziomem wydania i treści może być bardzo różnie, bo odpada sito jakościowe w osobach redaktorów w wydawnictwach, ale przynajmniej cała sytuacja i odpowiedzialność za publikację jest jasna. Natomiast szczególny przypadek self-publishingu stanowią wydawnictwa „vanity press”. Wmawiają one początkującym autorom, że tradycyjne wydawnictwa są złe i lekceważą debiutantów, a najlepszą drogą do sławy i bogactwa jest publikacja właśnie u nich. Po czym naciągają biednych frajerów, żeby zapłacili im za wydanie swoich książek, niejednokrotnie po zawyżonych kosztach, bywa że bez redakcji i korekty (chyba że za dopłatą), o jakiejkolwiek promocji i szerszej dystrybucji nie wspominając. Jeśli książka rokuje lepiej, wydawnictwo może łaskawie wziąć część kosztów na siebie, ale nie tyle, żeby ponieść jakiekolwiek ryzyko. Tacy naciągacze żerują na próżności (stąd nazwa „vanity press”) i nieznajomości rynku wydawniczego. Większość z nich bez skrupułów opublikuje nawet najgorszy chłam, bo zysk ze sprzedaży nie jest im już potrzebny – swoje zarobili na wydanych naiwniakach.

Sedno całej awantury tkwi w tym, że zarówno książki wydane tradycyjnie, jak te opublikowane własnym nakładem i te wypuszczone przez naciągaczy, spełniają dokładnie te same, wspomniane na początku kryteria formalne. I właśnie stąd wziął się protest Rafała Dębskiego, który w liście otwartym do organizatorów Nagrody Zajdla postawił sprawę na ostrzu noża: albo z list pomocniczych zostaną usunięte pozycje vanity press albo jego książki. Ten gest zyskał poparcie kilku innych pisarzy (m.in. Andrzeja Pilipiuka) i odbił się szerokim echem w środowisku.

Należy Dębskiemu oddać sprawiedliwość: swoim listem przyciągnął większą uwagę do nieuczciwych praktyk wydawniczych (z którymi wcześniej podjęli walkę m.in. Paweł Pollak i mój redakcyjny kolega Marcin Zwierzchowski). Tyle, że zabrał się za to w fatalny sposób, wylewając dziecko z kąpielą.

Po pierwsze: lista pomocnicza nie jest listą nominacji – jak już wcześniej pisałem, to tylko ściągawka z tytułami spełniającymi formalne kryteria (nota bene, te same kryteria obowiązują też w Nagrodzie Żuławskiego). Równie dobrze autor mógłby się domagać usunięcia swoich książek z indeksów Biblioteki Narodowej, bo tam też vanity press jest obecne.

Po drugie: vanity press jest praktyką nieetyczną, ale zasadniczo legalną. Selektywne usunięcie z listy pomocniczej części tytułów, które spełniają kryteria formalne, może być uznane za manipulację i dyskryminację – podział na równych i równiejszych. Szczególnie, gdyby okazało się, że którykolwiek tytuł został zdjęty z listy niesłusznie, bo wydawca uczciwie zapłacił na niego autorowi (choćby po to, żeby strollować Nagrodę Zajdla i zapewnić sobie jej kosztem dodatkowy rozgłos).

Po trzecie: usuwanie tytułów vanity press nie zaszkodzi ich wydawcom – oni już swoje zainkasowali – tylko autorom, którzy przez takie działanie będą podwójnie pokrzywdzeni. Dodatkowo, będzie to woda na młyn krętaczy: widoczny dowód, że „układ” trzymający rynek książki broni się rękami i nogami przed świeżą krwią. „To nie twoja wina, kochany autorze, że twe dzieło nie odniosło sukcesu – to źli wydawcy rzucają ci kłody pod nogi. Ale ty im jeszcze pokażesz – najlepiej następną powieścią, którą u nas wydasz”.

Po czwarte: sposób, w jaki Rafał Dębski – jak by nie patrzeć poczytny autor fantastyki – wyraził swój protest, wyrządza Nagrodzie dużo większą szkodę niż dopuszczenie vanity press do wyścigu o Zajdle. Jeżeli bowiem pisze, że „od wielu lat nagroda Zajdla budzi kontrowersje”, że „została przekroczona kolejna granica”, a w dalszej dyskusji oznajmia, że Nagroda „wisi jego wydawcom ciężkim kalafiorem”, to właśnie on uderza w prestiż najważniejszego literackiego wyróżnienia fandomu. On kwestionuje wartość czegoś, co jest od trzech dekad wspólnym dobrem całego polskiego środowiska fantastów. A to już przestaje być zwykła bezmyślność.

No dobrze, ale pozostaje otwarte pytanie: co zrobić z vanity press? Jak sprawić, żeby powieści wydawane w nieuczciwych firmach nie zdołały umniejszyć Nagrody Zajdla?

Na pewno warto głośno ostrzegać początkujących autorów przed takimi praktykami i wyjaśniać im, że tradycyjni wydawcy przyjmą utalentowanego autora z otwartymi ramionami. Zaś w przypadku samych Zajdli, najlepsze rozwiązanie jest genialne w swej prostocie: bierzcie udział w głosowaniach. Nominujcie tytuły, które Wam się podobały. Wykupcie akredytację na Polcon – choćby wspierającą, umożliwiającą korespondencyjny udział w głosowaniu – i głosujcie na najlepszych. Bo im więcej czytelników zaangażuje się w wybór, tym bardziej wszelkie negatywne zjawiska zostają zepchnięte na margines. Im więcej czytelników wyrazi swoją wolę, tym mniej będzie ona komuś zwisała. Powtarzam to już nie pierwszy raz: prestiż Nagrody Zajdla leży w Waszych rękach i w Waszym zaangażowaniu. Jeżeli przypadkowy grafoman, wydany przez vanity press, kiedykolwiek zdobędzie choćby nominację do Zajdli zwołując pospolite ruszenie swoich krewnych i znajomych, to będzie znaczyło, że ma większą siłę przebicia niż cała społeczność polskich fantastów czytająca dobrą literaturę. I to dopiero będzie wstyd.

Jerzy Rzymowski (redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”)

Ostatnio zmieniany wtorek, 21 czerwiec 2016 13:28