27 Lip Lemoniada - opowiadanie Anety Jadowskiej

Napisane przez Dział: Felietony Komentarze DISQUS_COMMENTS

lemoniada2

Aneta Jadowska pojawiła się na polskiej scenie fantastycznie nagle i pokazała zupełnie nową jakość. Od debiutu w 2012 roku wydała już osiem książek, a dziewiąta – "Dziewczyna z Dzielnicy Cudów", ukaże się niebawem. Mimo to autorce nie brak czasu na liczne podróże, w czasie których spotyka się z fanami oraz na publikację opowiadań. Zapraszamy do zapoznania się z jej najnowszym tekstem, "Lemoniada" – napisanym specjalnie dla Kawernian!

Starał się puszczać mimo uszu hałasy i dźwięki tła, stukot pustych kufli o bar, przekomarzanie się panienek ze skąpymi klientami, którzy liczyli na więcej niż darmowy uśmiech w ramach testów konsumenckich, podniesiony głos Trixie, która dosadnie tłumaczyła jakiemuś pijanemu idiocie, co może mieć na kredyt i dlaczego w jej barze kredytów się nie udziela... Wszystkie te dźwięki i tak wkrótce zatopią się w ciszy, był tego pewien. Już teraz te wyższe tony znikały w niesłyszalnych dla jego uszu wibracjach powietrza.

Grał jeden z klasyków bluesowych, nieszczęśliwe rozstanie, wylane łzy i serce strzaskane u jej stóp pasowało do jego nastroju znacznie lepiej niż rockabilly, którego domagali się natarczywie pijani marynarze. To nie tak, że urodził się z miłością do bluesa, ale ciężko grać Chopina czy jazzowe improwizacje, mając po trzy palce u każdej z rąk. Taki już był. Blues był znacznie bardziej wybaczający. A w rockabillym za wiele było wysokich dźwięków, których od dawna już nie był w stanie usłyszeć.

Gdyby na rozdrożach pojawił się szatan i zaproponował mu układ – dusza za dodatkowe palce i powrót słuchu, zapytałby, gdzie podpisać i czy duszę ma przewiązać wstążeczką. Ale nie był czarnym muzykiem z południa, szatan nie miał w nim upodobania. Płynnie przeszedł w utwór opowiadający o spotkaniu na rozdrożach i tym, co z niego wynikło. Zdusił skurcz zazdrości.

– T-Bone, zagraj coś weselszego albo zbiorowo podetniemy sobie żyły! – zawołał Garbus, jeden ze stałych klientów, i upadł pyskiem w kufel, jakby właśnie zużył resztę energii na ten okrzyk.

T-bone wzruszył tylko ramionami i zagrał pierwsze takty kawałka o tym, że ktoś musi mu pomóc kopać ten grób, bo sam już nie ma siły. Półgłuchy pianista z podrzędnej knajpy na krawędzi cywilizacji ma prawo do własnych wyborów. Kiedy zaczynał, jakieś dwadzieścia lat temu, nie spodziewał się, że tak skończy. Widział oczami wyobraźni sale koncertowe, tłumy fanów oślepionych odbiciem reflektorów w platynowych płytach, wiszących, jedna przy drugiej, na całej ścianie za jego plecami. Miał być nowym klasykiem, wrażliwą i utalentowaną twarzą tyranozaurów reksów, chłopakiem z plakatów promujących równość społeczną. Koniec z wizerunkiem jego gatunku jako napędzanych rządzą krwi agresywnych zwierzaków. Nagrał nawet demo ze ssakami ale nie chwyciło, żadne radio nie chciało tego puszczać, bo zbyt progresywne. Może nie wszyscy wolą słuchać tego, co już raz słyszeli, ale decydenci w rozgłośniach radiowych na pewno. Nie poddał się, nie załamał, miał przecież mnóstwo innych perspektyw.

Nie wyszło. A teraz zmierzało ku nędznemu końcowi. Wkrótce Trixie się zorientuje, że jego umiłowanie do tonacji durowej wynika bardziej z niedosłuchu niż czegokolwiek innego. A wtedy zostanie mu tylko kapelusz i żebranie przy metrze. Już widział te wszystkie roślinożerne dinozaury podchodzące do żebrzącego tyranuzaura z hojną jałmużną.

– Ain’t no grave can hold my body down... – zanucił posępnie.
Hałas w lokalu nieco przycichł. Stary Johny Cash wciąż miał wielu fanów. Być może to była jego rola, myślał sobie, uderzając w klawisze. Popychać inne dinozaury do niechcianej być może refleksji nad własną śmiertelnością. Może nie tego oczekiwali, wpadając na szybkiego drinka po robocie czy zaliczając drugą randkę byle jak, by odłożyć trochę gelda na trzecią, tę, na której inwestycja wreszcie się opłaci. Ale może czasem powinni się zastanowić, co by było, gdyby eskadra welociraptorów nie zdołała zmienić biegu komety zmierzającej wprost na Ziemię. Samobójcza misja uratowała wszystkich pozostałych. Kto jeszcze o nich myślał w pośpiechu i degrengoladzie mijających dni?

Zaintonował kawałek „Fast and furious”, idealnie pasujący do tych małych skurwieli, którzy uratowali świat – nieco pod przymusem, bo całą załogę rakiety zwerbowano w kolonii karnej, gdzie więcej od welociraptorów było tylko tyranozaurów, ale te były za duże do obsługi maszyn i czułych instrumentów. Poza pianinem. Z nim radziły sobie zaskakująco dobrze, gdy tylko wpadły na to, by odłożyć kastety i ścieżkę brutalnego bytu na rzecz sztuki. Czy grania w podrzędnym barze na krawędzi cywilizacji, jak bywało.

Noc zmierzała do kresu. Bar powoli pustoszał. Klienci wychodzili w rzednący mrok chwiejnym krokiem w samotności lub podparci przez jedną z sióstr serca hojnego, które nad ranem zwykle spuszczały ze stawek, bo lepszy rydz niż nic.

– Oh death, have mercy on my soul – zamruczał smętnie. Mijający pianino brachiozaur wrzucił mu do szklanki po whisky napiwek. Nie wiedział czemu, ale zaczął się zastanawiać, czy dostał te monety, bo dobrze grał, czy może po to, by już przestał. Źle, stary, uliczni grajkowie i pianiści z kiepskich lokali nigdy nie powinni myśleć w tych kategoriach...
– T-Bone, kończymy – zawołała Trixie kwadrans później, gdy już tylko jeden, przysypiający nad pustym kieliszkiem klient marudził przy barze. – Zostań ze mną chwilę, musimy pogadać – dodała, a jego sześć palców odruchowo odnalazły takty marsza pogrzebowego. – Bardzo śmieszne, stary, bardzo śmieszne, ale może zagraj raczej „Good morning sunshine” dla tego tu... – Pacnęła ścierką koło głowy śpiącego, ale ten nawet nie drgnął. T-bone kojarzył jego zapitą gębę dość, by podejrzewać, że nawet odegranie Wagnera i galopujących Walkirii nie obudziłoby opitusa. Trixie była od walkirii skuteczniejsza, kilka minut później ostatni klient chwiejnie opuszczał lokal prosto w objęcia taksówkarza, którego właścicielka baru wezwała na rachunek nieszczęśnika.
– Skoro miał dość kasy, by pić do upadłego, stać go na solidny napiwek dla ciebie – Trixie powiedziała taksówkarzowi, a ten uśmiechnął się szeroko i sprawnie przejął półprzytomnego kolesia. Nie pierwszy raz.

Zostali sami w cichym, zadymionym i przesiąkniętym zapachem alkoholu barze. Gdy Trixie postawiła przed nim kieliszek czystej, wiedział, że miło nie będzie. Szefowa nie szafowała znieczuleniem bez powodu. Gdy nalała też kieliszek dla siebie, wlał zawartość swojego w gardło, spodziewając się najgorszego.

– T-Bone, jak długo u mnie grasz? – zapytała zaskakująco ciepłym tonem.
– Dziesięć lat? Dwanaście? – odpowiedział, a ona pokiwała głową.
– Od jak dawna ukrywasz przede mną to, że tracisz słuch?
Cała jego energia uleciała z tym – kto wie czy nie ostatnim – tchnieniem.
– Dwa, może trzy lata? – wyszeptał.
– No właśnie. To nie może dłużej trwać. Rozumiem wszystko, ale zyski lecą na łeb na szyję. Szczęśliwi klienci chętniej sięgają do portfela, chętniej dają się namówić na zabawę, zamawiają lepsze drinki. Ci w depresji zapijają się najtańszą wódą i smęcą mi przy barze o sensie życia. Wysłuchałam ich dość, by wiedzieć, że o sensie pojęcia nie mają. T-Bone, to się musi skończyć.
– Zwalniasz mnie? – zapytał.
– Przeciwnie, mam dla ciebie robotę.
– Nie rozumiem... – i naprawdę nie rozumiał. Zerknął na pusty kieliszek przede sobą – czy to, co wypił, mogło aż tak namieszać mu w głowie?
– Przyjacielu, nie mamy wpływu na cytryny, które dostajemy od losu, ale jak cholera mamy wpływ na to, czy siądziemy w kącie skwaszeni, czy zrobimy lemoniadę. I jak cholera nie pozwalam ci na to pierwsze, bo mi biznes zabijasz.

Skinął głową, bo co więcej mógł zrobić? Róg przy metrze i tak zajmował powiędnięty pterodaktyl z trąbką.
*

Padało. Oczywiście, że tak. Rodzina zmarłego zgromadzona wokół trumny trzęsła się z zimna gdy lodowate krople przeniknęły przez wełniane marynarki i sukienki. Nikt nie wyciągał parasola, jakby pogodzili się z tym, że zmokną, zmarzną i nie ma nadziei. Patrzył na ich ponure twarze i wciąż suche oczy. Długo to nie potrwa.
Kapłan chronił się pod zadaszeniem cmentarnej kaplicy. On również. Rozsiadł się na okrągłym stołeczku i uniósł klapę pianina. Kiedy Trixie powiedziała, że ma dla niego robotę, zakładał, że będzie mył podłogi w kiblach czy wyrzucał awanturujących się klientów na pysk. Coś, przy czym sprawdzą się mięśnie albo reputacja króla drapieżników. Trixie miała znacznie lepszy pomysł i wizytówkę kaplicy pogrzebowej w majętnej dzielnicy. Myślał: no stary, spodziewałeś się, że będziesz kopał groby? Tymi krótkimi łapkami? Było kilka innych fuch mniej kompatybilnych z jego budową ciała, ale hej, pianino też nie było najlogiczniejszym wyborem.

Zaczął grać. Już po kilku taktach usłyszał pierwsze szlochy. Stary blues z dorzecza Missisipi ma to do siebie, że wyciska łzy z oczu. Zwłaszcza, gdy okoliczności sprzyjają. Grał cicho, bez przytupu czy głośnych śpiewów, by nie zagłuszać księdza prowadzącego nabożeństwo żałobne. Ale wiedział, że ciche, depresyjne dźwięki przenikają w krwiobieg zebranych i skraplają się w ich kanalikach łzowych.

Wiedział, że po pogrzebie wdowa podejdzie z kopertą, wdzięczna za piękną oprawę ceremonii.

– To był wspaniały człowiek, T-Bone, widziałeś ilu ludzi po nim płakało? – słyszał wielokrotnie. Kiwał głową i chował dyskretnie kopertę.

Kiedyś marzyła mu się wielka kariera, tłumy na koncertach, chętne fanki czekające za kulisami, tyle seksu ile tylko mógł sobie wyobrazić nastoletni mózg. Dziś ma kilka pogrzebów tygodniowo. I mnóstwo wdów, które nie mają nic przeciwko małemu pocieszeniu.
Lemoniada, stary.

 

Aneta Jadowska - Nie interesują jej małe wyzwania – skoro już spełnia się dziecięce marzenia o pisaniu powieści, nie ma powodu, by się ograniczać. Tak powstała sześciotomowa seria o Dorze Wilk, toruńskiej policjantce-wiedźmie. Nie lubi bezczynności i nudy, więc kończąc prace nad heksalogią, już obmyśla kolejne powieści.

Czyta wszystko co jej wpadnie w ręce, uwielbia seriale kryminalne i muzykę rockową. Byłaby dziś frontmenką kapeli rockowej, gdyby nie została obdarzona słuchem wystarczająco dobrym, by wiedzieć, że za grosz nie potrafi śpiewać.

Gdyby miała 9 żywotów jak kot, mogłaby zrealizować fantazje o zawodach idealnych: byłaby policjantką, dziennikarką, aktorką, szalonym naukowcem... Ale że na stanie posiada pojedynczy żywot, zajmuje się pisaniem, a jej bohaterowie przeżywają przygody, których starczyłoby na 9 żyć.