28 Lip Parszywa siedemnastka, czyli fantastyczne filmowe klapy XXI wieku, cz. 2

Napisał Dział: Felietony Komentarze DISQUS_COMMENTS

filmowe k2a

Przyszła pora na kolejną odsłonę zestawienia filmowych fantastycznych kitów XXI wieku. Tak jak poprzednio, tak i tym razem wybrałam w obrębie każdego roku moim zdaniem najgorszą produkcję. Wybór ten nie był prosty, bo z każdym rokiem kina oferują nam coraz to większą dawkę fantastyki, zarówno tej książkowej, komiksowej, jak i samodzielnych obrazów. W tej części zabraknie fantasy, pojawi się za to sporo kasowych przebojów science fiction, których miejsce w tym rankingu może się pozornie wydawać bezzasadne.

istota

Istota, reż. Vincenzo Natali, 2009

„Cube” w reżyserii Vincenzo Natali zna chyba każdy miłośnik fantastyki, nic więc dziwnego, że jego produkcja z 2009 roku wzbudzała spore oczekiwania. W „Istocie” twórca wziął na warsztat przemaglowany już na setki sposobów, ale wciąż aktualny temat. Dwójka młodych naukowców prowadzi zaawansowane badania nad ludzkim DNA. Omamieni wizją wiecznej chwały ambitni badacze postanawiają skrzyżować ludzkie geny ze zwierzęcymi. Efektem eksperymentu jest Dren – niezwykła istota, która wkrótce okazuje się być śmiertelnie niebezpieczna. Brzmi jak współczesna wersja „Frankensteina”, prawda? Niestety, oprócz samej koncepcji film ma niewiele wspólnego z klasyczną powieścią Mary Shelley. Obecnie coraz bardziej kontrowersyjny temat manipulowania ludzkimi genami został przez twórcę potraktowany po macoszemu. „Istota” nie skłania nas bowiem do refleksji nad aspektem moralnym „zabawy w boga”, serwując zwyczajne, mało wymagające filmidło, momentami przesadnie krwawe, a często zwyczajnie przewidywalne. Oczywiście, w produkcji trafia się kilka perełek, które na moment wynoszą ją ponad przeciętną, ale w ogólnym rozrachunku i konfrontacji z innymi filmami o tej tematyce „Istota” wypada po prostu źle.

 

legiongniot

Legion, reż. Scott Stewart, 2010

Biblijne motywy to materiał bardzo chętnie wykorzystywany przez twórców fantastyki, zarówno na obszarze literatury, jak i filmu. „Legion” to doskonały przykład tego, jak zbyt wybujała wyobraźnia może doprowadzić do filmowej katastrofy. Stewart za wszelką cenę chciał zaserwować nam „świeże” spojrzenie na religię chrześcijańską. W „Legionie” Stwórca zsyła na Ziemię grupę aniołów, których zadaniem jest urządzenie grzesznikom małej apokalipsy. Jeden z archaniołów, o jakże znanym imieniu Michael, szybko zaczyna odczuwać coś w rodzaju litości w stosunku do ludzi, by w końcu sprzeciwić się boskim rozkazom. Samotnie wędrujący po świecie posłannik spotyka Charlie, wątpliwej reputacji dziewczynę do towarzystwa, która ma wkrótce urodzić Mesjasza. Archanioł postanawia ją chronić za wszelką cenę zarówno przed swoimi pobratymcami, jak i armią wygłodniałych zombie, które panoszą się po świecie od momentu przybycia aniołów. Początkowo fabuła prezentuje się nie najgorzej, ale już pierwsze minuty filmu udowadniają nam, że jest on kompletnie bez sensu. Bohaterowie podejmują nielogiczne, często idiotyczne decyzje, a cała historia pełna jest niedopowiedzeń, których celem było zapewne zamaskowanie braku pomysłu na rozwinięcie części wątków. W „Legionie” wszystko jest przerysowane, od dziwnych, podrasowanych komputerowo ujęć, przez puste, sloganowe dialogi, do przesadzonej gry aktorskiej. Film Stewarta jest więc okrutnie kiczowaty, który, z bądź co bądź interesujących motywów, zrobił niskich lotów historyjkę pozbawioną większego sensu.

 

greengniot

Green Lantern, reż. Martin Campbell, 2011

Zielona Latarnia nie należy do grona najpopularniejszych superbohaterów z kuźni DC, ale mimo to podjęto próbę przeniesienia jego przygód na ekrany. W produkcji z Ryanem Reynoldsem w roli głównej Campbell zaserwował swoim widzom typową historię w stylu „od zera do bohatera”. Ot, przeciętny pilot przez przypadek wchodzi w posiadanie magicznego pierścienia i od tego momentu zaczyna należeć do Korpusu Zielonej Latarni, strzegącego pokoju we Wszechświecie. Przez mniej więcej połowę filmu obserwujemy wzloty i upadki naszego bohatera uczącego się nowych mocy, a i tak okazuje się on być zupełnie nieprzygotowany na spotkanie z wrogim Paralaxem. Niby w oklepanych motywach nie ma nic złego, bo widzowie lubią oglądać to, co dobrze znają. Problem w tym, że „Green Lantern” to film niemal pod każdym względem sztampowy. Fabuła jest do bólu przewidywalna, główni bohaterowie nieumiejętnie skonstruowani i pozbawieni wyrazu, a szumnie reklamowane efekty specjalne okazały się w rzeczywistości fatalne i kiczowate. Produkcji brakuje humoru i inteligentnych, oryginalnych dialogów, a postaciom charakteru. Campbell zaserwował nam po prostu bolesny miszmasz oklepanych schematów w pstrokatym opakowaniu, sprawiając tym samym, że kolejne produkcje o Zielonej Latarni będą przez fanów traktowane z dużym dystansem.

 

prometeuszgniot

Prometeusz, reż. Ridley Scott, 2012

Ten wybór może wzbudzać kontrowersje, ale moim zdaniem „Prometeusz” jest najbardziej rozczarowującym obrazem w tym „zacnym” gronie. Powstały na kanwie kultowego „Obcego” prequel miał doskonale przygotowaną i bardzo długą kampanię reklamową, zgodnie z którą mogliśmy się spodziewać kina science fiction na zupełnie nowym, wyższym poziomie. Słowa takie jak „świeży”, „zaskakujący” czy „rewolucyjny” powtarzały się w wywiadach tak często, że trudno było nie mieć wobec tego filmu dużych oczekiwań. Niestety, premiera „Prometeusza” była twardym zderzeniem z rzeczywistością. Tak świetnie przedstawiany w zwiastunach i wywiadach obraz okazał się być do bólu zwyczajny i przewidywalny. Produkcje o naukowcach, którzy gdzieś w dalekim kosmosie odkrywają kolebkę ludzkiej cywilizacji i/lub niebezpieczną rasę obcych są miłośnikom sci-fi bardzo dobrze znane. Bohaterowie filmu nie są jakoś specjalnie interesujący a motyw z robotem, któremu wydaje się, że jest człowiekiem, również był wielokrotnie przedstawiany. Rzecz jasna, sama typowość „Prometeusza” nie jest tym, co sprawiło, że trafił do tego rankingu. W tym wypadku chodzi raczej o bolesną konfrontację oczekiwań z rzeczywistością. Produkcja Scotta była w 2012 roku tą najbardziej wyczekiwaną i jako taka przyniosła najwięcej rozczarowań, bo żadna z obietnic reżysera nie została spełniona.

 

ultragniot

1000 lat po Ziemi, reż. M. Night Shyamalan, 2013

Przyszła pora na kino familijne. Wysokobudżetowa produkcja w gwiazdorskiej obsadzie zapowiadała się obiecująco. Mija tysiąc lat, odkąd ludzie opuścili zniszczoną przez ogromną katastrofę Ziemię. Gdy statek generała Raige’a rozbija się na zdziczałej planecie, on i jego syn muszą stawić czoła dotąd nieznanym zagrożeniom. Ich przeżycie zależy od tego, jak bardzo będą się wspierać. Z założenia miał to być obraz pokazujący złożoność rodzinnych relacji, wystawionych na ciężką próbę. Problem w tym, że owych relacji zupełnie tu nie widać. Zarówno Will jak i Jaden Smith grają sztywno, a dialogi między nimi przypominają bardziej szkolny konkurs recytatorski niż prawdziwą rozmowę. Emocji w tym filmie jest w gruncie rzeczy niewiele, a żołnierska postawa bohaterów i ich pozbawione wyrazu twarze sprawiają, że tego zwyczajnie nie chce się oglądać. Jedynym plusem mogła być ciekawa wizja zniszczonej Ziemi, która jednak szybko okazuje się być bardzo niedopracowana i mocno odrealniona. Oczywiście, „1000 lat po Ziemi” to dobrze wykonana, wysokobudżetowa produkcja, która cieszy oko, ale oprócz tego nie daje innych wrażeń. Biorąc pod uwagę niecierpliwość młodego widza śmiem podejrzewać, że film zwyczajnie by go znudził.

 

transgniot

Transformers: Wiek zagłady, reż. Michael Bay, 2014

Muszę przyznać, że choć za młodu uwielbiałam animowane „Transformersy”, to za ich kinową wersją nigdy nie przepadałam. Cała seria filmów nastawiona jest przede wszystkim na niewymagającą, ale niezwykle widowiskową rozrywkę. O ile za pierwszym razem takie coś da się obejrzeć, o tyle za drugim i trzecim znużenie miesza się z irytacją. „Wiek zagłady” osiągnął moim zdaniem szczyt bezsensowności w warstwie fabularnej, doprawionej niezliczoną ilością wybuchów, które przyprawiają o ból głowy. Trzeba przyznać, że pod tym względem Michael Bay osiągnął chyba szczyt swoich możliwości, fundując widzom niemożliwą wręcz do zniesienia widowiskowość. Na koniec nie sposób nie wspomnieć o „dyskretnym” lokowaniu produktu, który z „Wieku zagłady” uczynił wysokobudżetową reklamówkę, jaka równie dobrze mogła być emitowana w przerwach Super Bowl.

 

fantastycznygniot

Fantastyczna Czwórka, reż. Josh Trank, 2015

„Fantastyczna Czwórka” nie miała szczęścia do srebrnego ekranu. O ile filmowi „Avengersi” czy „X- meni” zdobyli wierne grono fanów na całym świecie, o tyle przygody supernaukowców zawsze przechodziły bez echa. Z pozoru typowa i przyjemna historia o powstaniu niebieskiej ekipy ma w wykonaniu Tranka dosyć ciężki wydźwięk. Poznajemy bowiem geniuszy, którzy byli w szkole obiektem drwin i szykan, a teraz ciężko pracują nad pokazaniem światu, że są coś warci. Ową ciężką pracę oglądamy przez połowę filmu, by zaraz potem na ekrany wparowała już odmieniona ekipa superbohaterów. I tu następne rozczarowanie – Trank nie pokazuje nam, jak postacie poznawały swoje moce. Wygląda to tak, jakby stanie się nadczłowiekiem było czymś naturalnym i dziecinnie prostym. Potem rzecz jasna przychodzi czas na pojawienie się głównego przeciwnika, który na tle innych filmowych superzłoczyńców wypada po prostu nijako. Właściwie większość aktorów gra w sposób bardzo wymuszony, widać, że nie do końca odnajdują się w swoich rolach. Pewną zaletą jest tutaj scenografia – w porównaniu do innych filmów o marvelowskich superbohaterach „Fantastyczna Czwórka” jest nieco mniej kolorowa a przez to bardziej klimatyczna. Niestety, i to wyszło Trankowi raczej przez przypadek, bo wytwórnia obcięła mu budżet, a przyciemniony obraz miał najpewniej za zadanie zatuszować niedopracowane efekty specjalne.

 

5gniot

Piąta Fala, reż. J. Blakeson, 2016

Czas na „zwycięzcę” z pierwszej połowy 2016 roku. Adaptacja bestsellerowej powieści dla młodzieży Ricka Yancey’a o tym samym tytule to sztandarowy przykład niewymagającego kina young adult powstającego na kanwie literackich hitów. Wystarczy, że jakiś tytuł choć na chwilę podbije listy bestsellerów a już znajduje się reżyser, który chętnie taką powieść nakręci. Oczywiście, zrobi to w ekspresowym tempie, by film trafił do kin jeszcze w czasie, gdy moda na książkę trwa. Efekt? Niedopracowany scenariusz, który gubi najważniejsze literackie wątki, niefortunnie dobrani aktorzy i widowiskowe efekty specjalne mające na celu odwrócić uwagę widza od wad scenariusza czy drętwej gry aktorskiej. Filmowa „Piąta Fala” pozbawiona jest przede wszystkim logiki – okrojona, książkowa intryga pełna jest tutaj nieścisłości i ciężko zrozumieć, co tak właściwie reżyser chce nam pokazać. Podobnie rzecz wygląda w przypadku głównej bohaterki – Cassie raz jest pewną siebie dojrzałą nastolatką, by za chwilę bezmyślnie działać pod wpływem strachu i impulsu. Wyraźnie widać, że twórcy adaptacji zwyczajnie się nie postarali, zapewne licząc, że wystarczy nazwisko Yancey’a, by przyciągnąć do kin rzeszę nastolatków.

To już koniec zestawienia filmowych klap XXI wieku. „Parszywa siedemnastka” to oczywiście jedynie reprezentanci złego kina fantastycznego, które niestety rozwija się wraz ze wzrostem popularności gatunku. Co dodalibyście do tego zestawienia, a co waszym zdaniem pod żadnym pozorem nie powinno się tu znaleźć?

Ostatnio zmieniany wtorek, 26 lipiec 2016 13:12