23 Maj Marcin Podlewski - O tym, jak zostałem pisarskim masonem (felieton)

Napisane przez Dział: Felietony Komentarze DISQUS_COMMENTS

podlewski

Niedawno ukazał się kolejny artykuł traktujący o trudach zostania pisarzem. Jakie są to trudy, każdy widzi. Wiadomo też, jak je pokonywać. To przecież Polska, a Polska to kraj biedny i zawistny, kraj o kaprawych oczkach. Kraj, w którym wszyscy wiedzą o co chodzi - bo chodzi o pieniądze. I o znajomości, tudzież plecy - bo bez tego ani rusz w świecie liter.

Nie licząc zatem kasy wydawanej na programowych hejterów i pozytywne recki, najpierw trzeba się jednakowoż wybić w fandomie i zyskać łaski potencjalnego wydawcy. Robi się to prosto - wódką. Rozpija się zatem fandom i wydawcę, któremu dodatkowo załatwia się panienki i bilety do Loży (bo rzecz jasna, jest i Loża - taka z czarnym kozłem), plus dobry koniaczek. Dajesz potem teksty, choćby marne - redakcja wszystko załatwi, korekta wyklepie. Tak to się bowiem robi. Przez kasę, wódę i - ewentualnie - łóżko. Każdy o tym wie.

To znaczy wie o tym każdy, kto ma - wskutek liczby odmów wydania debiutu czy zbyt wielu negatywnych recenzji - bolesną sieczkę w mózgu.

TO JEST SZKODLIWE, PANIE MARCINIE

W zasadzie każdy taki tekst, traktujący o zmowach wydawców, o masonerii literackiej - jest szkodliwy. Wykrzywia rzeczywistość, która bywa czasami ciężka, ale nie jest wyłącznie czarna. Niestety, krzywych zwierciadeł już nie ma - są krzywe okulary. Bo przykre jest to, że pewien procent z Was - choć się do tego nie przyzna - wierzy w to co napisałem na początku tego mikrofelietonu. I kto wie, może nawet ma rację. Ale ma rację w wyjątkach. A wyjątki nie tworzą reguły.

DZIWNE NOCNE JĘKI, CZYLI I JA BYŁEM MŁODZIEŃCEM

Dobrze. Nie zamierzam tak tego zostawić. Pozwólcie, że napiszę na swoim skromnym przykładzie, jak zostać pisarskim masonem.
W połowie lat 90. byłem bardzo młody, bardzo piękny i miałem pryszcze - jak wszyscy. To były cudowne czasy. Kobiety chodziły w rozciągniętych swetrach i wyglądały jak prawdziwe nastolatki. Nie było telefonów komórkowych. W powietrzu wciąż czuć było oddech Madonny, a książki kosztowały 30 tysięcy złotych. Nie było T-Mobile, UPC i Netflixa. Był za to Joy Division, Pet Shop Boys i Throbbing Gristle. I bolesne pragnienie pisania, które potrafiło rozsadzić serce.
Nie miałem pojęcia, że istnieje jakiś fandom. Dla mnie fantastyka to była "Fantastyka" i Tolkien kupiony gdzieś na Największym Bazarze Świata, pełnym afroamerykanów - (a wówczas jeszcze Murzynów, bądźmy szczerzy) - sprzedających swetry i płyty z "empetri". Pisanie kojarzyło mi się wówczas z cierpieniem, jękiem i wyzwaniem, ale też z miłością i pragnieniem. Bloki były szare i siadały na nich kruki. Słońce było czyste. Nie istniał smog.
Wśród wielu obiecujących utworów wsadzanych do szuflady, napisałem wówczas wierszyk "Tragedie ciche" pełen przekleństw i młodzieńczego krzyko-jęku. Kończył się on tak:

Znów łezka w oku?! Dziwne nocne jęki?
Ruszaj młodzieńcze! Nie urastaj w pychę!
Nie jesteś jeden co miał w mózgu brzęki!
Więc bez stękania znieś tragedie ciche!!!

Wiersz ów wydeklamowałem w trakcie wieczorku poetyckiego, który zrobiliśmy z kumplami i - nielicznymi dziewczętami - w bloku, zapalając dziesiątki świec, przez co matka kumpla musiała zeskrobywać wosk z politury. Ale to opowieść na inną okazję. Dość, że fandom nadal to nie był - raczej grupka interesujących przegrywów. Owego przegrywania człowiek uczył się długo - w zasadzie przez większość młodego życia. Ale nie myślcie sobie, że przegryw to sama bida z nędzą. Wręcz przeciwnie. Przegrywy mają pewną pozytywną cechę wspólną. Męczą swój mózg, ćwicząc go biczem samokrytyki. Od tego zacznij zatem, młody pisarzu. Pobiczuj swój mózg. To pomoże.

LAMPA I ISKRA BOŻA, CZYLI MORRISSEY ŚPIEWA O ŚWIETLE

Dokładnie tak. There is a light and it never goes out - warto wierzyć, że owe światło jest - bo może być tam istotnie. Podczas kiedy Morrissey nucił to sobie spokojnie w mojej głowie, zacząłem łazić na mikrospotkanka pod szyldem "Lampy i Iskry Bożej" Pawła Dunina Wąsowicza. Fajne to było: gromada kolejnych przegrywów i nielicznych wygrywów, których dokonań słuchało się z wypiekami na młodej gębie. Czy ktoś ich jeszcze pamięta? Zespół "Meble"? Artura "Cezara" Krasickiego i jego manifest onanistyczny? Dunina, rzucającego cukierki w tłumek? Wszystkie te dziwaczne, kulturowe twory dotykające gdzieś mackami Tymona, Sajnóga i cholera wie, czego jeszcze… Rzecz jasna brylować tam nie brylowałem. Gdyby nie kumpel, siedziałbym zapewne w kącie - ale kumpel, jak to kumple - zmusił mnie - introwertyka - do wrzucenia kilku "życiek" - krótkich opowiadaniowych form w głowę Dunina.
I głowa Dunina zerknęła na owe "żyćka" i znalazła je dobrymi. I wydała je w jednej z "Lamp...".

WYGRAŁEM! NIE, MOMENT....

Sukces! Hurr durr, moje są pałace kryształowe, moja sława i chwała! Jest zwycięstwo, będą kobiety i limuzyny... i tak dalej.
Rzecz jasna, wszystko zniknęło jak łzy w deszczu. Nexus 6 uśmiechnął się i zmarł, gołąb odleciał. "Żyćka" zaistniały, ale ja nie zaistniałem. Napisałem kolejne rzeczy i następne - dziwne płody, horrory, fantastyki - kulawe, zbyt szybko zrodzone monstery - lądujące w szufladzie. A im więcej pisałem, tym większa narastała frustracja. I nie miałem kogo za nią obwiniać bo, dobry Boże, jakże to było kiepskie...
Pamiętam swe pierwsze opowiadanie wysłane do "Nowej Fantastyki" - bodajże "Metamorfa". Pretensjonalny śmieć, choć miejscami i zabawny. Dziś nie tknąłbym nawet kijem. Dwumetrowym.

STUPOR CZYLI NIEUDACZNIE

A w zasadzie stupor wydawniczy. Debiut może już był - niewielki, ale nie było debiutu prawdziwego. Bo i wyobrażenia o takim debiucie miałem nierealne. Nie miałem pojęcia, z czym to się je. I wy też pewnie nie macie.
Mijały lata. Wyobraźcie sobie kartki spadające ze ściennego kalendarza. Szurrr….
Tak czy owak pisałem. Połykając łzy i marzenia. Płodząc kolejne teksty do szuflady, kolejne powieści. Następcę 77 życiek - „Śmierćkę”. Opasłe książki o świecie pozagrobowym, w którym istnieje miasto Gubertagimdaszt. Tetratologię Gliceryna. Opowieści o Gerardzie Prolu. I wiele, wiele innych tworów…
Nie wiem czy wierzycie w teorię 10 tysięcy godzin Gladwella - ale niestety, trzeba pisać, aż owe 10 tysięcy stuknie. I to trzeba pisać sporo. Widać po prostu, jak człowiek coraz mniej pisze gniotów, gdy ćwiczy. Pomijam zatem ów bolesny okres, podsumowując go napisanym wówczas wierszykiem pt. „Nieudacznie”.

Nieudacznie, nieudacznie
Wszystko skończy się i zacznie
Gęby, twarze, jazda rurą
Skryte ciała politurą
Rozsiewają swoje geny
By wysiłek wart był ceny
Jeden stęka, drugi mruczy
Życie jeszcze nas nauczy

PYKNIĘCIE W MÓZGU

Na to czekacie tak naprawdę. Nie dajcie sobie wmówić, że czekacie na wydawcę. Nie wierzcie, że czekacie na okazję, na konkurs, na fandom. Czekacie na pyknięcie w mózgu.
To może być ten moment, kiedy jest wam już wszystko jedno. Kiedy przestajecie się przejmować. Kiedy zaczynacie pisać tak, jak piszecie na fejsie. Bez spięcia pośladów, na luzie. Dlatego, że czujecie, że żyjecie. Prawdziwe pisanie ma niewiele wspólnego z cierpieniem. Pisze się, by nie cierpieć.
A po pyknięciu zmienia się wszystko.
U mnie pyknięcie nastąpiło w momencie, gdy - przynajmniej częściowo - udało mi się dojrzeć emocjonalnie. Faceci dojrzewają później - i jest to prawda. Niektórzy mają szczęście i łapią owe życiowe uspokojenie wcześniej - i to też się zgadza. Ja nie miałem takiego farta. Uspokoiłem się, bo było mi już wszystko jedno. I w takim stanie napisałem „Happy END”. Pomyślałem sobie - niech to już będzie koniec. Nawet jeśli „Happy”. Brutalnie rzecz ujmując: w dupie to mam.
Poza tym byłem wkurwiony. I pozwolę sobie zakląć z pełną premedytacją, a żeby było dosadniej, zaklnę sobie jeszcze. Wkurwiony na te płody w szufladzie. Wkurwiony na własną niemożność. Wkurwiony na własną ambicję. Wkurwiony na pisanie. I wkurwiony na siebie.
Miałem już generalnie, kochani, wyjebane.
Nie wiem co pisać? A napiszę sobie wszystko. Będzie romans, horror, sf, wszystko mi już jedno. I napiszę jedną książkę, a nie dziesięć. Usiadłem zatem i napisałem. Po nocach, rankami, w przerwach gdy spał dzieciak. I napisałem coś, z czego - nareszcie - sam byłem dumny. Bo pisałem już inaczej. Nastąpiło pyknięcie.

PAN NOTATNICZEK

Teraz będzie zabawnie. Bo teraz, kochani, zaczynają się schody. Dotykamy bowiem kwestii debiutu, a debiut - to kwestia roboty, którą można porównać z mrówczym zapieprzem marketingowym.
Ale ja byłem sprytny. Bo miałem Pana Notatniczka.
Dodatkowo czułem, że to co napisałem jest dobre. A kiedy to poczułem, uznałem, że nie ma bata, żebym to zostawił. Spisałem więc listę wydawnictw - a było ich od groma - wziąłem Pana Notatniczka i zacząłem dzwonić.
Trwało to prawie rok.
Poznałem sekretarki odbierające telefony. Panie Basie i Kasie, panów Zdziśków i Waldemarów. Z-ców redaktorów i redaktorów. I kochani, trułem im dupę. Proszę wybaczyć mój francuski, ale tak właśnie było. Zawsze kulturalnie, zawsze grzecznie. Najpierw pytanie o możliwość wysłania tekstu - potem wysyłka i Pan Notatniczek. A w Panu Notatniczku zapiski. Ostatnie rozmowy, telefony i kiedy dzwonić. Skreślenia i nadzieje. Excel.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że jestem Przyjaznym Robotem Marcinem - Martin, The Friendly Droid, że jestem SI piszącą książki - m.in. przez trzymanie wątków za mordę maszynową łapą. Moli mili. Nigdy nie byłem robotem bardziej niż wtedy. Teraz to pikuś. Wówczas wszystko miałem obcykane. Kto kiedy pija kawę, co u rodziny Agnieszki z marketingu, kiedy pani Basia ma klimakterium… i generalnie - kiedy DZWONIĆ. Kiedy męczyć. Bo męczyć trzeba. Typowy wydawca ma ponad 100 e-maili tygodniowo z opowiadaniami i książkami. To już nie lata 90. To Wolna Amerykanka. I wydawca ów nie ma siły tego wszystkiego czytać już, zaraz, ad hoc. Bo nie ma. Rzygać mu się czasami chce. Po ludzku i po prostu.
Tak czy owak obowiązuje prosta zasada. Przestajesz truć wspomniane cztery litery, kiedy dostajesz odpowiedź. W innym wypadku będziesz tylko nienormalnym upierdliwcem. I dostawałem odpowiedzi. Takie, że trzeba czekać. Ale i również odmowne. Choć schizofreniczne:
„Pana książka jest dobra, ale nie możemy jej teraz uwzględnić w planach. Poproszę o ponowny kontakt w roku 2018”
„Wydalibyśmy, gdyby to nie był debiut.” (jeah, czysty „Paragraf 22”, nie?)
„Czy jest pan zainteresowany współfinansowaniem?” (o, na taki szajs uważajcie i omijajcie szerokim łukiem zawsze i wszędzie!)
„Teraz tego nie wydamy, ale czy chciałby pan napisać książkę z uniwersum METRA 2033?” - (autentyk. Przy całym szacunku do uniwersum, miałem w tym momencie „Happy END”, zatem nie skorzystałem…)
I tak dalej.
Mniej więcej po roku masz dość. I wiesz już, że to nie twoja wina. Bo zasuwałeś i dzwoniłeś, ale są przerwy wydawnicze. Są wakacje. Są Święta, a nikt nie pracuje w Święta. I dlatego odpowiedzi nie ma. I rzadko kiedy owa odpowiedź będzie. Na szczęście do mnie w końcu przyszła.

TRUSO CZYLI TRAMPOLINA

To wydawnictwo było maleńkie, ale fajne. I było normalne. Nikt nie kazał mi płacić, wydawca dawał dobre warunki. I tam trafił „HE”. Nie zmienia to faktu, że po podpisaniu umowy, ostatnie trzy wydawnictwa wreszcie odpowiedziały… pozytywnie. Ale wówczas byłem juz zatrusowiony. W przypadku wydawcy jestem raczej monogamistą.
To co szybko zrozumiałem to to, że robota zaczęła się dopiero teraz.
Wspomagałem wydawcę - bo umówmy się, też „zaczynał” w procesie marketingowym. Współorganizowałem promocje. Pomagałem przy patronatach. Robiłem trailery. Łaziłem na spotkania. I, generalnie, dawałem z siebie naprawdę wszystko. A dawałem, bo byłem zdeterminowany.
Cóż, to nie jest tak, że wydajesz książkę i sprawa się kończy. Czasami mnie to wnerwiało, nie ukrywam. Ale Truso było małe. Dziś nawet już nie istnieje. Patrząc jednak z perspektywy czasu widzę, ile ta współpraca mnie nauczyła i widzę też, jak wielkie miałem szczęście, że przy swojej potrzebie wydania nie natknąłem się jeszcze na totalnego raka, znanego Wam może jako „vanity publishing”. Raka, w którym nieliczne wyjątki, potwierdzają bolesną regułę o złośliwych przerzutach.
Zatem może wierszyk? Fragment wierszyka o miłości pt. „Rozstanie” - pełnego walki i wiary w tamtym właśnie momencie:

Kiedyś pokażę, kiedyś zwyciężę
Z mych ust popłynie najsłodszy miód
Lecz nie czekałaś na me sukcesy
Dlatego siedzę, wąchając but

W telewizorze starzec darmozjad
Śmieje się, dzieci tnąc piłą wpół
Strzelam kanały, te same twarze
Oskarżycielsko rwą głowy kur

Byłem zatem i szczęśliwy, i zmartwiony - bo widziałem już, jak niewielkie są możliwości marketingowe mojego pierwszego wydawnictwa. Przynajmniej dopóki w mej głowie nie pojawiła się nazwa. Brzmiała ona: TRAMPOLINA.

HOP!

Skoczyłem więc i wziąłem się znowu do roboty. Skoro miałem za sobą pyknięcie i debiut, zacząłem zasuwać jak mały samochodzik. Pisać opowiadania i doczepiać się do wszelkiego rodzaju antologii. Akurat była na to moda - rozmaite darmówki ebookowe, zbiory. Pisałem więc na potęgę wciąż jadąc na autopilocie. Wydałem jako selfa opowiadanka „Szklana Góra”. Zacząłem poznawać ludzi w grupach na fejsie, którzy organizowali owe rozmaite antologie. Kinga Ochendowska i jej „Halloween 31.10”, „Zombiefilia” itd. itp. Było tego od groma. I moje największe marzenie - „Nowa Fantastyka”, która akurat organizowała konkurs na XXX-lecie. Konkurs, który udało mi się wygrać „Edmundem, po drugiej stronie lustra”.
I to był, moi mili, koniec.

EDMUND, SPOKO Z CIEBIE GOŚĆ

Dziękuję Ci, Edmundzie. Pisałem cię wciąż w wierze, że mogę napisać wszystko. I wysyłałem myśląc, że nie wygram tekstem zaczynającym się - w zasadzie - od gwałtu.
Nie zawiodłeś mnie, synu.
No dobrze. Potem po prostu poleciało. Konkursy, kolejne opowiadania. I rozpoczęcie pisania space opery.

MASONI Z FABRYKI

Zdejmując szaty do końca i pokazując, że król jest w sumie nagi - co widać na moim przykładzie - dochodzimy wreszcie do zdjęcia królewskich majtasów.
Po uzbieraniu walizki pieniędzy dzięki wygranym konkursom, udałem się do Fabryki Słów, gdzie - dzięki mojej wieloletniej znajomości z Michałem Gołkowskim jeszcze z czasów przedszkolnych, dostałem wreszcie upragniony debiut numer 2 - w drugim, poważnym wydawnictwie. Aby tego dokonać potrzebowałem:

1. Czarnej kury
2. Kokainy
3. Dziewicy (było ciężko)
4. Szpeju postapo dla Michała (on tylko za to pracuje)
5. Cygar dla szefów Fabryki Słów
6. Wspomnianej walizki z kasą

Ok. Tak naprawdę nikogo nie znałem. Nie miałem też kur i kokain. Z kasą było też słabo. Znałem tylko Dominikę Tarczoń.

LUDZKA TARCZA POSTAPO

Będzie już krótko. Dominika moi mili, siedzi w nurcie postatpo. I poznałem ją na jednej z grup tworzących wspomniane antologie. Jedna z nich miała być dla FS. Dominika dostała zatem mój tekst, który w konsekwencji trafił do jakiegoś tajemniczego „Gołkowskiego”. Michał, robiący przesiew, tekst ów zauważył i polecił mnie Fabryce. Fabryka wykonała do mnie telefon. Otrzymała fragment „Głębi. Skokowiec”. Tydzień później miałem podpisaną umowę.
Koniec.

PRZETARCIE SZKIEŁ

Prawda jest zwykle inna, jak widać. Jest nudna.
Nie ma cygar kopconych przez złowrogiego wydawcę. Nie ma masonerii. Nie ma układów. Nie ma czarnych kur i dziewic (w sumie, gdzie podziały się dziewice?). Nie ma niczego, jakby piękne powiedział nam pewien pan.
Są proste rzeczy. Jest introwertyk, który - z konieczności - staje się częściowym ekstrawertykiem. Jest zapieprz. Jest 10 tysięcy godzin. Są odmowy i walenie głową w mur.
Jest wreszcie pyknięcie w mózgu i wiara, że to już naprawdę koniec. Koniec tego bezsensownego miotania się. Jest Pan Notatniczek. Jest wydanie w małym wydawnictwie i nie osiadanie na laurach, tylko kolejny zapieprz - może właśnie dzięki temu, że wydawnictwo było małe.
Jest praca, od której bolą łapy, siada kręgosłup i wzrok.
I są wreszcie życzliwi ludzie - tacy jak Dominika i Michał, tacy jak mój kumpel tyle lat temu - którzy popychają cię do przodu. Oraz ludzie, którzy wspierali cię w tym, co robiłeś: żona, dziecko, brat, kot.
I jesteś Ty, który dotarłeś aż do tego miejsca tego felietonu, który pisałem, zamiast wziąć się za uczciwą robotę - a mam jej dziś od groma. Ty, który kiedyś zostaniesz pisarzem. Dlatego, bo już nim pewnie jesteś.
Z całego serca życzę Ci zatem pyknięcia w mózgu.

* * *

No to jeszcze wierszyk. O pięknym młodzieńcu i jego pięknym „kwiatu”. Napisałem go wspólnie z Bratem, dawno temu. Jest z błędami, ale nie ma to żadnego znaczenia. Bo jest wiosna, a ludzie potrzebują kwiatów.

KWIATU

Cudna jest zielona trawa,
Pięknie swieci sobie słonko
Chciałbym być kwiatuszkiem marnym
Albo chociaż cud biedronką…

Kwiat jest inszy niż badyle
Które oku są niemiłe
Inny jest niż zwykła trawa
Kwiat to już poważna sprawa

Piękny kwiatu! Twa łodyga
Swoim okiem ku mnie mryga!
Gdybym był młodzieńcem pięknym
To bym przed Tobą uklęknął
Boś Ty piękny, Piękny Kwiatu!
I dziękuję Tobie za tu.

głębia napór

Ostatnio zmieniany wtorek, 23 maj 2017 21:54