17 Lip Padawanie, groszku, chochole... - opowiadanie Bartosza Orlewskiego

Napisane przez Dział: Opowiadania Komentarze DISQUS_COMMENTS

1307 padawanie2

Możecie przeczytać opowiadanie "Padawanie, groszku, chochole..." autorstwa Bartosza Orlewskiego, miłośnika weird fiction, heavy metalu, mocnej kawy i gier planszowych. Publikował w "Nowej Fantastyce", "Grabarzu Polskim", "Niedobrych Literkach", "Szortalu", "Qfancie" i "Horror Masakrze", a także w antologiach "Po drugiej stronie", "Bizarro Bazar", "Zombiefilia" i "City 3".

Kiedy po raz pierwszy walczyłem z potworami, byłem wrakiem człowieka z przyszłością równie powabną, jak terminalne stadium raka trzustki. Kiedy zaś zmierzyłem się z nimi po raz drugi, byłem zakochanym gnojkiem, który nie chciał umierać. Dlatego za drugim razem – gdy moje życie wisiało na włosku, do którego złośliwy los zbliżał się ze złowrogim błyskiem w oku i piłą spalinową w spoconych łapskach – darłem się wniebogłosy, wykrzykując, jakże bohatersko, pewne szczególne słowo, które towarzyszyło mi od najmłodszych lat:

– Kurwa! Kurwa! Kurwa!
Zacznijmy jednak od pierwszego razu.

*

Dom stał na końcu ulicy pod niebem odartym z pogodnych barw. Kiedy miałem dziesięć lat, wyglądał zwyczajnie. Dwupiętrowy budynek z garażem. Po upływie dwóch dekad dorósł do swojej potwornej natury.
Bill gwizdnął z wrażenia.
– Ogromny – powiedział.
– Będzie większy, jeśli czegoś nie zrobimy – odparłem i zagrodziłem drogę dwójce dzieci. Chłopiec przebrany za rycerza Jedi nadstawił worek z motywem dyni. Dziewczynka w stroju wilkołaka uniosła pleciony koszyk, którego dno było zasłane batonikami.
– Nic z tego, gówniarze! – warknąłem i kazałem im spieprzać. Uciekli, nie oglądając się za siebie. Bardzo dobrze, uciekajcie, pomyślałem i zacisnąłem pięści.
Spojrzałem na dom. Łypał na nas trzema rzędami ogromnych okien, owalnych jak owadzie ślepia.
Stary drań zabrał moich przyjaciół.
I sprawił, że świat o nich zapomniał.
Tak właśnie działał. Jeśli przekroczyłeś jego próg, to mogłeś być pewien jednego: że twoi bliscy zaczęli o tobie zapominać. Rodzice, rodzeństwo, dziewczyna bądź chłopak. Najpierw oni, potem reszta. Dom starannie zacierał ślady twojego istnienia. Zszywał wątki przerwane twoim zniknięciem. Formatował przeszłość. Tworzył nową teraźniejszość. Mniejsza o metaforę. Efekt zawsze był taki sam. Znikałeś z annałów historii.
Widziałem to wiele razy.
Ja.
Johnny Świr.
Johnny Czubek.
Johnny Porąbaniec.
Kumpel Billa.
– Jak się czujesz? – zapytał Bill.
Wiedziałem, o co pyta. Do czego zmierza.
Stary lis.
Zmarszczył brwi i przejechał dłonią po gęstej brodzie.
– Więc? – zapytał ponownie, zdejmując kapelusz i kładąc go na masce dodge'a, którym przyjechaliśmy.
– Nieźle – odparłem. – Moja siostra, Mary, nie żyje. Moi dwaj siostrzeńcy również. Zmiażdżeni. Zmasakrowani. Martwi. Rzuciła mnie dziewczyna. Straciłem pracę. Bank zabrał mi dom. Ale czuję się dobrze. Nie tracę nadziei. Myślę pozytywnie. I rozmawiam z tobą, chociaż nie powinienem, bo to przez ciebie, Bill, zapracowałem na opinię świra i byłem hospitalizowany w zakładzie psychiatrycznym.
– Naprawdę rzuciła cię dziewczyna?
Zadrwił przyjaźnie. Bez złych intencji.
– Racja, Bill. Przecież mnie znasz. Żadnych dziewczyn. Lubię facetów.
Nie żartowałem. Lubiłem. W typie dobrze zbudowanych przystojniaków z programu do obróbki zdjęć.
– Może gdybym był tamtym Billem, poczułbym odrazę, Johnny. Może nawet wpakowałbym kulę w twój przystojny łeb i splunął na twoje świeże zwłoki. Ale nie jestem tamtym Billem. Tamten, cóż, jest martwy. Dłużej niż twoja siostra i jej dzieci.
Przełknąłem ślinę. Niepotrzebnie. Nie zabolało. Powiedział prawdę. Zbudowaną z kilku słów i mnóstwa smutnych faktów.
Tamten Bill, uwieczniony w groszowych powieściach i dziesiątkach filmów, był równie martwy, jak moja siostra i siostrzeńcy, niezauważeni przez literaturę i kinematografię. Natomiast mój Bill, „niewidzialny” przyjaciel, przez którego wylądowałem w pokoju o miękkich ścianach, jak zwykle jawił się jako bardziej rzeczywisty niż moje życie. Które teraz, u progu nawiedzonego domu, nie różniło się zbytnio od snu.

*

Pamiętam, że po osiągnięciu pełnoletności uciekłem od zgorzkniałych rodziców. Ojciec i matka widzieli we mnie przede wszystkim świra. Czubka. Porąbańca od niewidzialnych przyjaciół. Byli przekonani, że zrujnowałem ich małżeństwo. Najpierw opowieściami o Billu i o tym, jak załatwił dwóch łotrów w bocznej alejce w naszej dzielnicy. Potem historiami o nawiedzonym domu. O zniknięciach moich kolegów i koleżanek, których, według lekarzy, nigdy nie miałem. O Elizabeth, z którą przeżyłem swój pierwszy raz, by stwierdzić, że chyba jednak wolę chłopców – a którą dom, ten potwór z końca ulicy, zwabił do siebie i wymazał z rzeczywistości, jakby była niedbale wykonanym rysunkiem, nie osobą z krwi i kości. Osobą, którą doprowadziłem do głośnego orgazmu za pomocą dwóch palców i języka. Osobą o cudownym uśmiechu. Czarę żalu, złości i nienawiści przelała historia o moim chłopaku. Mike i ja. Byliśmy niepokorni i napaleni. Pieprzyliśmy się jak króliki. Aż niebiosa drżały, a piekło świętowało. Hormonalna sielanka nie trwała długo. Po kilku miesiącach dom upomniał się o moją szczenięcą miłość. Dom, którego nikt, nie licząc mnie i ofiar, nie widział.
Nic dziwnego, że gdy nadarzyła się okazja, uciekłem do innego miasta w poszukiwaniu samego siebie i dobrej pracy. Tam, gdzie nie było nawiedzonych domów. Gdzie mogłem zapomnieć o toksycznych rodzicach i tchórzliwej siostrze, która nigdy nie stanęła po mojej stronie.
Minęło pięć lat.
Rodzice zmarli. Siostra przeprowadziła się do narzeczonego, wyszła za mąż, urodziła dzieci. Dorobiła się domu na przedmieściach, w porządnej dzielnicy, a potem została zdradzona i porzucona przez męża, który miał drugi dom w jeszcze lepszej dzielnicy, a w nim inną kobietę. Odwiedzałem Mary i jej dzieci w każde Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia. Między nami bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Jak to w rodzinie, tym bardziej między rodzeństwem. W jednym jednak byliśmy zgodni: nie wracaliśmy do przeszłości.
Przeszłość była martwa. Przebita osikowym kołkiem. Pochowana w naszym rodzinnym mieście. W przypadku mojej siostry – również w grobie jej byłego męża. Drań zasłużył na swoje podziemne gniazdko, jeśli chcecie znać moje zdanie.
Na stare śmieci wróciłem dopiero po śmierci Mary i dzieci. Po trosze za namową Billa. Zaoferował pomoc. Po namyśle uznałem, że nie mam niczego do stracenia. Co mogłem stracić, już straciłem: siostrę, ukochanych siostrzeńców, chłopaka, który zostawił mnie dla młodszego i bogatszego, oraz pracę, którą naprawdę lubiłem. Został mi tylko nawiedzony dom. I mój „niewidzialny” przyjaciel.
Bill.
Chytry lis.
I ja.
Johnny Bujna Wyobraźnia.
Johnny Kłamca.
Johnny Czarna Owca.

*

Zapadał zmierzch. Rozkwitała groza typowa dla końcówki października. Po ulicy śmigały poprzebierane za monstra dzieci. Smakołyki przechodziły z rąk do rąk, lądowały w przepastnych workach, torbach i koszykach. Z werand gapiły się na nas wyrzeźbione dynie, my zaś gapiliśmy się na jedynego potwora w morzu przebierańców.
Stary drań zdawał się odwzajemniać nasze spojrzenia.
– Ogromny – powiedziała Annie.
Przyjechała motocyklem wystylizowanym na śmiercionośną maszynę z przyszłości. Zaparkowała za dodgem. Zdjęła hełm Sędziego z Mega-City One i stanęła obok Billa.
– W rzeczy samej – powiedział Bill. – Nie śpieszyłaś się.
– Annie – powiedziałem.
– Johnny.
– Oryginalny strój – zauważyłem.
– W końcu mamy święto – odparła i wyciągnęła z kabury replikę Prawodawcy.
Annie była dziewczyną Billa. Metr pięćdziesiąt wzrostu, bujne ciemne włosy, dziewczęca twarz i oko celniejsze niż strzała Amora.
Kolejna „niewidzialna” przyjaciółka.
– Założę się, że ten dom jest wewnątrz o wiele większy niż na zewnątrz – powiedział Bill.
– Jak TARDIS? – zapytała Annie.
– Tak. O ile mamy do czynienia z domem.
– Sprawdźmy to – powiedziałem.
– Nie czekamy na Weissmullera?
– Dogoni nas.
Bill położył dłonie na rewolwerach wsuniętych za pas i podszedł do drzwi. W bezpośrednim sąsiedztwie budynku panowała grobowa cisza. Wystarczyło zrobić kilka kroków, a uliczny zgiełk zamierał jak ucięty nożem. Albo czymś ostrzejszym. Czułem, że dom nas obserwuje, czekając na moment, w którym przekroczymy próg.
– Wychodziliśmy z większych tarapatów – mruknął Bill.
– Masz rację, kotku – powiedziała Annie i pchnęła drzwi.
Otwarły się na oścież, nie skrzypiąc.
Weszliśmy do środka.
Przez nieznośnie długi moment staliśmy w ciemnościach. Potem wyjęliśmy latarki. Halogenowe strumienie rozproszyły mrok, wyławiając długi korytarz wiodący na drugi koniec domu. Powietrze było duszne i pełne drobinek kurzu. Ze ścian dobiegały szmery i skrobanie. Podłoga skrzypiała. W mijanych pokojach pojawiały się i znikały widmowe sylwetki. Dom nie zaatakował nas od razu. Poczekał aż wejdziemy głębiej i dopiero wtedy spuścił ze smyczy psy wojny. Zanim to nastąpiło, dotarliśmy do zrujnowanego pomieszczenia wielkości sali balowej, które nie posiadało sufitu i mniej więcej w połowie swojej długości, pod czerwonawym niebem pełnym obcych gwiazd, stykało się z piaszczystym bezkresem.
Wstrzymałem oddech.
Bill, mój „niewidzialny” przyjaciel, zawsze powtarzał, że nie jest tamtym Billem, uwiecznionym w groszowych historiach i dziesiątkach filmów. Billem od dwóch ósemek i dwóch asów, zastrzelonym podczas gry w pokera. Jestem fikcją, mawiał. Większą niż życie, zrodzoną z waszych nędznych wyobrażeń obleczonych w papier i taśmę filmową, transcendującą miejsce swoich narodzin, wolną od waszych oczekiwań. Mimo to dom uderzył w niego pamięcią martwego rewolwerowca. I Bill, mój Bill, zniósł to bardzo źle. Jeszcze gorzej niż Annie, która upadła na kolana i zaczęła szlochać, przygnieciona wspomnieniami swojej słynnej imienniczki. Mój przyjaciel znikł w chmurze szarego piachu.
Zostałem sam na sam z obcą istotą, która eksperymentowała z przeszłością naszego świata.
Nie byłem jednak bezbronny.
Napędzała mnie złość.
Na siostrę.
Za to, że nigdy nie opowiedziała mi o sobie i nawiedzonym domu.
Dopiero z listu otrzymanego po jej śmierci dowiedziałem się prawdy.
Gdy czytałem napisane drżącą ręką wersy, przeszłość podniosła swój paskudny łeb i pomachała do mnie osikowym kołkiem. Pod koniec lektury wiedziałem jednak, że nie mam czego się obawiać. Moja siostra wiedziała o zbrodniach popełnionych przez dom, ale, w odróżnieniu ode mnie, była dla niego niewidzialna. Z jakiegoś powodu, być może ze względu na moje szaleństwo, dom nie potrafił zwabić mnie za swój próg, a ja, będąc nastolatkiem, nie kwapiłem się, aby go przekroczyć. Co innego Mary. Spędziła wewnątrz wiele nocy i poznała wszystkie tajemnice potwornej rezydencji. Niemniej widząc, jak potraktowali mnie rodzice, nikomu o tym nie powiedziała. Później, nie chcąc podzielić mojego losu, zapomniała o monstrum żyjącym na końcu ulicy. Wyparte wspomnienia powróciły podczas rozwodu. Pomyślała o moim pierwszym chłopaku. I poczuła się winna. Rozpadu swojego małżeństwa i śmierci Mike'a. Mogła jej zapobiec. Oczywiście nie w pojedynkę. Nie dałaby rady. Nie była dość szalona. Nie miała Billa ani Annie. Ale razem, połączonymi siłami naszego obłędu, ucięlibyśmy bestii łeb. Musiałaby tylko wskazać mi miękkie podbrzusze nawiedzonego domu.
Kochana Mary.
Pomyliła się w jednej kwestii.
Mimo wspaniałych wspomnień na temat złośliwego dowcipu, łapczywych ust i sprawnych dłoni Mike'a, nie pragnąłem jego powrotu.
Było, minęło.
Miałem inny cel.
– Bill – powiedziałem.
Mój „niewidzialny” przyjaciel wynurzył się spod piasku niczym zombie z kiepskiego horroru. Potrząsnął głową i wyjął zza pasa rewolwery.
– Annie – dodałem.
– Jestem – odparła, wstając z podłogi. W drobnej dłoni ściskała replikę Prawodawcy.
Za naszymi plecami rozległ się ryk. Do pomieszczenia wtargnął przypominający małpę stwór. Z bliska okazał się golemem zbudowanym z resztek mebli. Mierzył ze trzy metry wzrostu, miał kwadratowy łeb zrobiony z biurka i owinięte sprężynami ramiona w kolorze mahoniu. Zaryczał, uderzył pięściami w pierś przesłoniętą drzwiami do szafy i popędził ku nam niczym King Kong szarżujący na tyranozaura.
– Spóźnia się – mruknął Bill.
– Jak zwykle – powiedziała Annie.
– Ale damy radę? – zapytałem.
– Oczywiście – odparł Weissmuller i wrzasnął w sposób charakterystyczny dla swojej najlepszej roli. Golem wyhamował przed półnagim dzikusem, wypuścił parę z nozdrzy i obnażył kły. – Przepraszam za spóźnienie, ale Jane...
– Nie ma sprawy – powiedziałem.
Byliśmy w komplecie.
Annie uniosła Prawodawcę.
Bill rewolwery.
A Weissmuller, mój imiennik, cóż, napiął po prostu stalowe mięśnie.
Bohaterowie mojego obłędu.
I ja.
Johnny Świr.
Johnny Czubek.
Johnny Porąbaniec.
Johnny Bujna Wyobraźnia.
Johnny Kłamca.
Johnny Czarna Owca.
Istota, która była domem, spuściła ze smyczy pozostałe golemy. Nadbiegały z pustyni, wzbijając tumany piachu.
Wskazałem biały punkt widoczny na tle czerwonego nieba i powiedziałem:
– Strzelaj, Annie
Wziąwszy na cel miękkie podbrzusze szalonego demiurga, królowa strzelców pociągnęła za spust Prawodawcy.

*

Później...
...był wieczór.
Pierwszy szew.
Na niebie świeciły znane mi gwiazdy. Na ulicy wciąż świętowano. Cukierki śmigały z rąk do rąk ku uciesze głośnej dzieciarni. Zewsząd spozierały podobne do czaszek dynie. Ja, wśród tego wszystkiego nieco zagubiony i rozkojarzony, paliłem papierosa za papierosem, ściskając w dłoni cholerny telefon, i zastanawiałem się, czy nie pokpiłem sprawy. Wierzcie mi lub nie. Nie miałem w tym wprawy. Nigdy niczego nie rozpruwałem ani nie zszywałem. Tym bardziej czegoś tak delikatnego i skomplikowanego, jak przeszłość. Więc czekałem i paliłem, czekałem i paliłem. Gdy w końcu zadzwonił ten cholerny telefon, odebrałem połączenie i powiedziałem „Słucham”. Wtedy, dopiero wtedy, poczułem ulgę, po czym zwymiotowałem na trawę resztkami obiadu.
Głos mojej siostry. Krzyki siostrzeńców. Stłumione dźwięki czołówki jakiegoś filmu.
– Zaraz będę – powiedziałem.

*

Kiedy po raz pierwszy walczyłem z potworami, byłem wrakiem człowieka z przyszłością równie powabną jak terminalne stadium raka trzustki. Kiedy zaś zmierzyłem się z nimi po raz drugi, byłem zakochanym gnojkiem, który nie chciał umierać.
Pomiędzy pierwszy a drugim razem sporo się wydarzyło.
Nie zostałem superbohaterem.
Nie wypowiedziałem wojny przestępczości.
I nie zmieniłem przeszłości.
Walka z przestępcami zupełnie mi nie leżała. Po pierwsze dlatego, że przestępczość była rzeką złamanych życiorysów, do których nie zamierzałem dokładać własnego. Po drugie dlatego, że w gruncie rzeczy będąc człowiekiem wygodnym, próżnym i w rozsądnym stopniu samolubnym, nie posiadałem zadatków na bohatera. Przygoda z nawiedzonym domem nie okazała się dla mnie tym, czym śmierć ukochanego wujka dla Petera Parkera – nie przeobraziła mojego charakteru. Nie oznacza to, że od czasu do czasu nie czyniłem użytku z moich „niewidzialnych” przyjaciół w celach mających ogólnoludzki wydźwięk. Lufa Colta 1851 Navy w ustach homofoba, a na jej drugim końcu odciągnięty do oporu kurek i wredne spojrzenie Billa to naprawdę bezcenny widok. Sytuacje, w których z powodu mojej orientacji próbowano mnie fizycznie skrzywdzić na szczęście nie zdarzały się często, zawsze jednak, dzięki interwencji starego rewolwerowca wychodziłem z nich bez szwanku. Moi adwersarze wręcz przeciwnie: kończyli na łopatkach, nieprzytomni i ubożsi o kilka zębów.
Jeśli chodzi o przeszłość, to, jak już powiedziałem, nie zmieniłem jej… Zanadto. Tylko trochę. W sam raz, żeby w moim życiu znalazło się miejsce dla mojej siostry Mary i siostrzeńców. Zapobiegłem ich śmierci, zostałem wujkiem roku i całkiem dobrym bratem.
Oczywiście wiem, co w tej chwili sobie myślicie. Skoro uratowałem siostrę, to nie mogłem przeczytać otrzymanego dopiero po jej śmierci listu, w którym ujawniła słabe punkty nawiedzonego domu. Co za tym idzie, nie znając ich, nie mogłem go pokonać i zmienić przeszłości w taki sposób, żeby moja siostra i jej synowie nie zginęli w wypadku samochodowym, prawda? I tak, i nie. Musicie pamiętać, że pokonawszy nawiedzony dom, zyskałem moc demiurga pochodzącego spoza czasu i przestrzeni. Dzięki tej mocy potrafiłem nakłonić Mary nie tylko do tego, żeby tamtego feralnego dnia nie jechała z dzieciakami na basen, ale także do tego, by ujawniła w skierowanym do mnie liście prawdę o niej i nawiedzonym domu. To właśnie zrobiłem. Kazałem napisać jej ten list i wysłać go do mnie. I wiecie co? Podziałało. Nie wiem jak i dlaczego, jednak podziałało, pomimo widma paradoksu. Przecież opowiadam wam tę historię.
Przez chwilę mogłem wybrać dowolny punkt w dziejach i zmienić go tak, żeby wszystko, co wydarzyło się później, potoczyło zupełnie inaczej. Jednak nie zrobiłem tego. Nie zapobiegłem żadnemu z dwudziestowiecznych ludobójstw, zamachowi z 11 września, kryzysowi ekonomicznemu z 2007 ani wojnie domowej w Syrii. Uratowałem siostrę i siostrzeńców. Jakże samolubnie. Jakże nieodpowiedzialnie. „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” – powiedział Stan Lee ustami wujka Bena. Tymczasem jedynym, co uczyniłem, mając tak wielką moc, było naprawienie swojego życia. Nie żałuję dokonanego wyboru. Także z tego powodu, że za pośrednictwem siostry poznałem Toma. Jednak nie uprzedzajmy wydarzeń.

*

Okej, minionki.
Czas na małe podsumowanie.
Pokonałem potworny dom.
Uratowałem od śmierci siostrę i dwóch siostrzeńców.
Nie zostałem superbohaterem.
I nie wypowiedziałem wojny przestępczości.
Zapracowałem jednak na tytuł „Wujka Roku i Całkiem Dobrego Brata”.
Potem zaś, dzięki uprzejmości siostry, poznałem Toma. Znajomość z nim okazała się wisienką na torcie mojego poskładanego do kupy życia.

*

Tom był brunetem w stylowych okularach droższych niż samochód, którym wówczas jeździłem. Brodaczem z wyrzeźbionym torsem. Miłośnikiem gorącej czekolady, gorzkiej mocnej kawy, starych księgarni i śniadań pałaszowanych o północy. Kochał leniwe poranki, leniwe popołudnia i leniwe wieczory. Psy, koty i pająki. Hard rocka i retrowave. Lodziki na przebudzenie i długie pocałunki na dobranoc. Nienawidził tego, co ja. I grał. Namiętnie. W gry video.
Przedstawiła nas sobie moja siostra.
Kochana Mary.
Zabrała mnie na firmowe przyjęcie. Było tam sporo prawników w szykownych garniturach, jednak żaden z nich nie zwrócił mojej uwagi. Pojawił się też wysoki brunet o atletycznej sylwetce, ubrany w czarne dżinsy o zwężających się ku dołowi nogawkach włożonych w wysokie buty z naturalnej skóry, czarną koszulkę z nadrukiem rogatej dłoni i niebieski kardigan. Stał pod ścianą oparty o nią plecami, w prawej dłoni trzymał szklankę ze rżniętego szkła, w lewej otwartą książkę. Czytał. Mary chwyciła mnie pod ramię i, uśmiechając się szelmowsko, pociągnęła w kierunku nieznajomego.
– Tom – powiedziała.
Brunet zamknął książkę, osuszył szklankę z niebieskim drinkiem i błysnął takim uśmiechem, że w moim prywatnym smętarzu dla zmarłych emocji natychmiast zmartwychwstały pogrzebane przed laty motyle. Potem odparł:
– Mary.
– Poznaj mojego brata, Johnny’ego.
– Cześć – wymamrotałem oszołomiony, nim podałem mu dłoń.
Miał mocny uścisk.
– Tom jest szefem działu informatycznego naszej firmy – powiedziała Mary. – Johnny zaś właśnie stanął na nogi i rozpoczął pracę w księgarni na rogu 42 i 69, którą koniecznie musisz odwiedzić. Mają w niej ogromny dział dedykowany fumetti z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku.
– To prawda? – spytał Tom.
– Tak – wybąkałem, zastanawiając się o co pyta: o moje życie, pracę czy włoskie komiksy. – Wśród ciągnących się pod sam sufit stert komiksów znajdziesz sporo oryginalnych numerów Druuny, Valentiny i Corto Maltese.
– Super – Tom uśmiechnął się szeroko. – Jestem fanem Druuny. A ty, Johnny, co lubisz?
Spojrzałem na okładkę książki, którą czytał. Lavie Tidhar. „Gorel and the Pot-Bellied God”.
– Przeczytałem „Osamę” i „Stulecie przemocy”. Do teraz nie mogę zdecydować, która z nich jest lepsza.
Tom jedynie zamruczał w odpowiedzi, jednak jego spojrzenie mówiło, że jest zaintrygowany.
– To ja zostawię was samych – wtrąciła się Mary i oddaliła szybkim krokiem ku koleżankom z biura.
Przegadaliśmy resztę wieczoru, całą noc i poranek.
Śniadanie zjedliśmy u niego. Potem zasnęliśmy w pozycji na łyżeczkę.
Po przebudzeniu wyskoczyliśmy na obiad do włoskiej restauracji.
Po obiedzie zaprowadziłem go do księgarni, w której pracowałem. W niedzielę była zamknięta, miałem jednak klucze, więc bez problemu weszliśmy do środka.
Pokazałem mu obiecane sterty starych włoskich komiksów.
Kiedy kartkował podniszczony egzemplarz „Morbus Gravis”, w którym przed ponad trzydziestu laty zadebiutowała kruczowłosa i na ogół roznegliżowana Druuna, poszedłem zamknąć drzwi. Klucz zostawiłem w zamku, żeby nikt nie mógł ich otworzyć z zewnątrz. Gdy wróciłem z papierowym ręcznikiem i paczką prezerwatyw, Tom leżał na kocu rozłożonym na ziemi pomiędzy starymi komiksami.
– Wiesz, że strasznie nabałaganimy.
– Wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Po wszystkim posprzątamy.
– Okej. Zatem zróbmy to – powiedział i przyciągnął mnie ku sobie.
W takich oto okolicznościach Johnny Świr, znany też jako Johnny Czubek, Johnny Porąbaniec, Johnny Bujna Wyobraźnia, Johnny Kłamca i Johnny Czarna Owca, znalazł miłość. Moi „niewidzialni” przyjaciele: Bill, Annie, Weissmuller i paru innych, których dotąd nie przedstawiłem, gdyż nie było ku temu okazji, byli ze mnie dumni. Wszyscy mi gratulowali, poklepywali po plecach i powtarzali, żebym tego nie spieprzył. Obiecałem im, że tego nie spieprzę.
Spotykałem się z Tomem przez sześć tygodni, zanim poprosił mnie, bym się do niego wprowadził. Zgodziłem się bez wahania.
Przeprowadzka do stumetrowego loftu potrwała cały dzień. Pod wieczór, po kilku godzinach rozpakowywania kartonów z moim życiem rozpisanym na ciuchy, książki, komiksy, gry oraz inne gadżety, Bill chrząknął porozumiewawczo, ćmiąc cygaro, i odciągnął mnie na bok.
– O co chodzi? – zapytałem.
– Cieszę się twoim szczęściem, dzieciaku. Jednego jednak nie rozumiem.
– Mianowicie?
– Tom lubi facetów tak jak ty, prawda?
– Spostrzegawczy jesteś, Bill.
– Jednak babki też go podniecają. Chociażby Druuna.
– Wiem, Bill. Sam na nią lecisz.
– Jak to możliwe?
– Ale co, Bill? To, że Tomowi staje na jej widok czy to, że tobie również?
– To pierwsze.
– Cóż, przyjacielu, mój facet jest biseksualnym i biromantycznym poliamorystą.

*

Tak, wiem, co sobie pomyśleliście.
Po pierwsze, zrobiło się wam przykro, bo też chcielibyście zobaczyć minę Billa, gdy oznajmiłem mu, że Tom jest biseksualnym i biromantycznym poliamorystą. Zapewniam was, że stary rewolwerowiec nigdy wcześniej nie zrobił zabawniejszej miny.
Po drugie, zaczęliście zastanawiać, w jakim kierunku zmierza moja opowieść. Dumaliście, dumaliście i dumaliście, aż nagle zaczęło się wam wydawać, że znacie odpowiedź na to pytanie. Przecież złożyłem obietnicę, że opowiem o dwóch razach, gdy walczyłem z potworami. O pierwszym już opowiedziałem. O drugim właśnie opowiadam, trzymając się zasady, by nie wspominać o niczym, co nie ma znaczenia dla dalszego rozwoju akcji. Skoro zaś Tom jest biseksem, to, zgodnie z przywołaną zasadą, niebawem w nasz szczęśliwy związek wkroczy kobieta fatalna, która skradnie mojemu facetowi serce, a potem – tadam! – postanowi je zjeść, gdyż okaże się złem wcielonym, któremu zmuszony będę stawić czoła. Oczywiście wygram, a miłość zatriumfuje. I wszyscy będą żyli szczęśliwie, dopóki nie znikną końcowe napisy.
Tak to sobie, minionki, poukładaliście, nim wasz wzrok zawędrował do następnego akapitu.
Brawo!

*

Cóż, w nasz szczęśliwy związek wkroczyła kobieta.
Miała na imię Laura. Uśmiech, który sprawiał, że oczy Toma świeciły się jak choinkowe lampki, a sutki sypały iskrami niczym zimne ognie. Sięgające do łopatek naturalnie kręcone włosy, pachnące bzem i agrestem. Spojrzenie, od którego Tom topił się jak lodowy tort w rozgrzanym piekarniku.
Co jednak najważniejsze, nie była potworem ani kobietą fatalną.
Nie była nawet problemem.

*

Poznali się za pośrednictwem trzeciej odsłony serii „Dark Souls”.
Tom grał ciężkozbrojnym rycerzem, Laura szybkim i zwinnym zabójcą.
Nim spotkali się w grze, awatar Toma zginął grubo ponad tysiąc razy, Laury zaś zaledwie pięćset. Na przejście pierwszej i drugiej części „Dark Souls” Tom poświęcił niemalże czterysta godzin, dlatego uważał się za starego wyjadacza. Jednak, moim zdaniem, przeceniał swoje umiejętności. Grając w „Dark Souls 3” użył z trudem zdobytego Czerwonego Saponitu, żeby poinformować innych graczy, iż ma ochotę na walkę. Jako pierwsza odpowiedziała Laura. Starli się na okrągłej platformie z widokiem na tonące w chmurach góry. Laura nader szybko i bezceremonialnie uświadomiła Tomowi, że jest od niego lepsza. Tom nie pogodził się z porażką. Odnalazł Czerwony Saponit pozostawiony przez Laurę i podjął wyzwanie. Wcześniej trenował z innymi przeciwnikami. Wygrywał. Jednak z Laurą ponownie przegrał.
Przegrał z nią po raz trzeci.
Czwarty.
Piąty.
I szósty.
Przegrał z nią tyle razy, że na forum dedykowanym serii „Dark Souls” jeden z administratorów założył wątek poświęcony potyczkom Toma i Laury, zatytułowany „Wszystkie porażki Żelaznogłowego Krzyżowca”. Laura grała awatarem o imieniu Jabu_Jabu. Nagrywała każdą walkę z Tomem, a powstałe w ten sposób filmiki wrzucała do sieci. Notowały tysiące odsłon i komentarzy. Tom szalał z wściekłości. Nie potrafiłem go pocieszyć. Pewnego dnia w swojej skrzynce mailowej znalazł wiadomość od Laury. „Spotkajmy się”. Tom oniemiał z wrażenia. Pamiętam, że z udzieleniem odpowiedzi zwlekał przez cały dzień. Doradziłem mu, żeby się zgodził. W końcu, późnym wieczorem, po kilkunastu godzinach nerwowego bębnienia o budowę laptopa, odpisał: „Zgoda. Gdzie?”.
Umówili się w restauracji „Na końcu wszechświata”, w której tuż za drzwiami gości witała replika robota Marvina z filmu „Autostopem przez galaktykę”. Laura, jak się później okazało, była miłośnikiem twórczości Douglasa Adama. Dlatego też podczas pierwszego spotkania rozmawiali między innymi na temat serialowych adaptacji powieści Adamsa o przygodach holistycznego detektywa Dirka Gently’ego. Rozmawiali także o grach z serii „Dark Souls” i wszystkich porażkach Toma. I o wielu innych rzeczach. Skutek tej rozmowy był taki, że Tom wrócił do domu z szerokim uśmiechem na twarzy i błyskiem w oczach. Zamknął za sobą drzwi. Dał mi soczystego buziaka. Potem poszedł do kuchni i wziął z szuflady paczkę fajek.
– Zapalimy? – zapytał.
Wyszliśmy na balkon.
Niebo było gwiaździste. Uśmiech Toma natomiast zagadkowy. Miasto drzemało u naszych stóp. Zapaliliśmy.
– O czym chcesz mi powiedzieć? – zapytałem.
– Cóż... – zaczął.
Opowiedział mi o swojej nemezis.
Miała na imię Laura. Uśmiech, który sprawiał, że jego oczy świeciły się jak choinkowe lampki, a sutki sypały iskrami niczym zimne ognie. Sięgające do łopatek naturalnie kręcone włosy, pachnące bzem i agrestem. Spojrzenie, od którego topił się jak lodowy tort w rozgrzanym piekarniku.
Tom opowiadał, opowiadał i opowiadał. Buzia mu się nie zamykała. Słowa, które wyrzucał z siebie w gorączkowy sposób, ulatywały w noc. Ja stałem tuż obok wpatrzony w niego jak labrador w wymarzoną przekąskę.
– Jestem zakochany – powiedział na sam koniec.
– Widzę – odparłem, zastanawiając się, kiedy mą klatkę piersiową przeszyje ukłucie zazdrości.
Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Byłem całkowicie spokojny. I to nie na skutek szoku.
Widziałem radość w oczach Toma, wzbierającą za każdym razem, gdy wypowiadał imię Laury. Choć pewnie niektórzy z was mi nie uwierzą, cieszyłem się jego szczęściem.
– Ty i ja – powiedziałem. – Między nami nic się nie zmieniło?
Tom pokręcił głową.
– Wszystko jest po staremu – odparł spoglądając na mnie spod długich ciemnych rzęs, które tak bardzo mi się w nim podobały.
Tydzień później Laura zamieszkała z nami.

*

Niezłe tempo, prawda? Cóż, jeśli Tom czegoś lub kogoś pragnął, robił wszystko, że ta rzecz lub osoba znalazła się jak najbliżej.
Początkowo Laura wprowadziła się do loftu tylko na próbę. Jej poprzedni związek zakończył się z hukiem. Potrzebowała nowego lokum. I środowiska, w którym mogłaby podleczyć rany oraz zapomnieć o ostatniej miłosnej porażce. Potrzebowała też dostępu do sieci, najlepiej w formie superszybkiego łącza, żeby mogła oddawać się swojej wielkiej namiętności, czyli sieciowym grom komputerowym. Loft Toma spełniał wszystkie te warunki, dodatkowo sam Tom, jak zawsze czarujący i elokwentny, zrobił na niej dobre wrażenie. Dlatego podjęła decyzję o przeprowadzce.
– Tylko na tydzień – powiedziała. – Potem znajdę sobie coś innego.
– Gdzie pracujesz? – spytałem, gdy przenosiliśmy kartony z jej rzeczami do windy.
Odgarnęła z czoła kosmyk kręconych włosów i zmierzyła mnie spojrzeniem, pod wpływem którego poczułem ciarki na plecach. Następnie, co było bardzo dziwne, zerknęła w prawo, tam gdzie stał Bill, ćmiąc cygaro. Potem spojrzała w lewo, na Annie rozmawiającą z Weissmullerem. Na koniec skupiła wzrok na mnie.
– Nie chcesz wiedzieć, groszku.
Tak, też nie mogłem uwierzyć, że nazwała mnie groszkiem.
Została na dłużej niż tydzień.
Właściwie mieszkała u nas przez sześć miesięcy, zanim nadszedł dzień, w którym po raz drugi stoczyłem bój z potworami. W tym czasie nie dość, że zadurzyła się w moim chłopaku, to jeszcze sprawiła, że myśl, iż moglibyśmy bez niej mieszkać, i że kiedyś faktycznie mieszkaliśmy, zaczęła wydawać się nam nierzeczywista.

*

Do pracy zakładała białą bluzkę bez rękawów, niebieską rozkloszowaną spódniczkę i niebieskie sportowe buty. Zabierała ze sobą ciemnoniebieską sportową torbę, lustrzanki i telefon. Wychodziła niezmiennie o szóstej trzydzieści, wracała zaś o różnych porach. Na ogół późnym popołudniem, pomiędzy szesnastą a osiemnastą. Zdarzało się jednak, że uprzedzała Toma, iż wróci dopiero po północy. Tom czekał na nią z kolacją. Ja wtedy albo spałem, albo leżałem w łóżku, czytając książkę lub komiks.
Pewnego dnia wyszedłem tuż po niej, żeby dowiedzieć się, gdzie pracuje. Tomowi powiedziała, że w hospicjum jako pielęgniarka. Jakoś w to nie uwierzyłem. Sam nie wiem, dlaczego. Tak czy inaczej, postanowiłem ją śledzić. Wiem, wiem, nie miałem w tym doświadczenia, zdałem się jednak na pomoc moich „niewidzialnych” przyjaciół. Bill był tropicielem. Powiedział, że pomoże.
No i pomógł.
Tamtego dnia Laura wyszła jak zwykle o szóstej trzydzieści.
Odczekałem minutę i zjechałem windą na ulicę.
Laura akurat przechodziła przez jezdnię, zmierzając szybkim krokiem w kierunku przystanku autobusowego. Niebawem dotarła do skrzyżowania i skręciła w lewo. Dopiero wtedy odesłałem windę na górę i przebiegłem na drugą stronę ulicy.
– Szybciej – ponaglił mnie Bill.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, zza moich pleców dobiegł znajomy głos.
– Cześć, Blu!
Pomyślałem, że to niemożliwe, że przecież dopiero skręciła za róg, że miała za mało czasu, by mnie podejść, że dzieje się coś dziwnego i że tym razem to nie ja stanowię epicentrum tego zjawiska.
Odwróciłem się na pięcie, próbując zrobić zdziwioną minę.
– No hej…
Spoglądała na mnie spod zmrużonych badawczo powiek. Na jej szerokich ustach pląsał niedający się zinterpretować uśmiech.
– Śledzisz mnie? – spytała.
Zaschło mi w gardle.
– Skądże. – Tylko tyle zdołałem z siebie wydusić, zanim zdałem sobie sprawę, że rumieniec oblał moje policzki.
– To dobrze, Blu. Bardzo dobrze. Bo, widzisz, dziewczyny, zwłaszcza niezwykłe, takie jak ja, muszą mieć swoje tajemnice. I świat musi to uszanować. A skoro świat, to tym bardziej taki żuczek jak ty, Blu.
– Dlaczego nazywasz mnie Blu?
Podeszła bliżej. Popatrzyła w oczy.
– Twoje tęczówki – powiedziała. – Są intensywnie niebieskie. Jeszcze nigdy takich nie widziałam. Masz piękne oczy.
Nie wiedziałem, co odrzec, więc wymamrotałem podziękowanie.
Laura zachichotała i spojrzała w prawo ponad moim ramieniem.
– Nadjeżdża mój autobus. Do zobaczenia w domu, Blu.
Wsiadając, odwróciła się na moment i puściwszy oczko, pokazała mi język.
Autobus odjechał.
– Cholera! – zakląłem. – Bill, jak ona to zrobiła?
Stary rewolwerowiec wzruszył ramionami.
– Też chciałbym to wiedzieć, synu.
Milczeliśmy przez chwilę.
Pierwszy odezwał się Bill.
– Powiedziała prawdę, Johnny.
– O czym, Bill?
– O twoich oczach. Są obłędnie niebieskie.
– Spierdalaj, Bill.

*

Spaliśmy razem. Tom, Laura i ja. Tom pomiędzy nami. Czasami jednak, na skutek igraszek moich i Toma bądź Toma i Laury, dochodziło do nieoczekiwanej zmiany miejsc. Wtedy budziłem się z jej włosami na twarzy. Pachniały bzem i agrestem.
Czasami w weekendy wstawałem pierwszy. Przygotowywałem śniadanie, a w tym czasie – gdy krzątałem się w kuchni, ze słuchawkami w uszach, nucąc riff z „Money for Nothing” Dire Straits – Laura i Tom kochali się bądź pieprzyli, w zależności od tego, na co mieli ochotę. Zupełnie mnie to nie kręciło, tzn. seks heteryków, lubiłem jednak patrzeć na twarz Toma, gdy dochodził w jej ustach, gdy pieścił jej cipkę, gdy zanurzał usta między jej pośladkami. Gdy robił jedną z tych rzeczy, które lubił robić z kobietami i kobietom. Wyglądał wtedy na rozmarzonego. Kiedyś go o to zapytałem. Odparł, że w takich chwilach, zakotwiczony penisem lub językiem w kochance, czuje zew możliwych światów i przemierza je myślami, te wszystkie nieprzeżyte życia, z których każde mógłby przeżyć, gdyby gdzieś i kiedyś ktoś lub on wybrał inaczej.
– Niczego jednak nie żałuję, po prostu rozkoszuję się samą myślą, iż jestem epicentrum rozgałęziających się rzeczywistości. Jednocześnie czerpię radość z przyjemności sprawianej partnerce.
– To fajnie, Tom – powiedziałem. – Kiedy jesteś ze mną czujesz to samo?
– Nie, Johnny. Wówczas ty, i tylko ty, jesteś horyzontem moich myśli i starań, ku któremu zmierzam.
Czasami w weekendy pierwsza budziła się Laura. Przygotowywała śniadanie, a w tym czasie – gdy krzątała się w kuchni, ze słuchawkami w uszach, słuchając „Black Betty” Ram Jam – Tom i ja kochaliśmy się bądź pieprzyliśmy, w zależności od tego, na co mieliśmy ochotę. Niezależnie od tego, co robiliśmy, po wszystkim wtulał głowę w mój brzuch, wdychał mój zapach, mierzwił moje włosy łonowe, a ja głaskałem go po plecach.
Czasami w weekendy pierwszy budził się Tom. Wkładał szlafrok, szedł na balkon i zapalał szluga. Nie wiem, o czym wtedy myślał. Podejrzewam, że obserwował pogrążone we śnie miasto. Być może wcale nie myślał. Jedynie zaciągał się fajką, bawił dymem, spoglądając sennym wzrokiem na ulicę. Być może po prostu był. Spełniony. Szczęśliwy. Tak czy inaczej, potem brał prysznic, przebierał się w bokserki i znikał w kuchni, żeby przygotować nam śniadanie. O tej porze zazwyczaj już nie spałem. Laura również. Leżeliśmy obok siebie, gapiąc się na sufit i słuchając krzątaniny Toma.
Pamiętam, że pewnego razu, gdy z kuchni dolatywał zapach smażonego boczku, wsparłem się na łokciu i popatrzyłem na Laurę, która leżała na boku, zwrócona do mnie plecami. Sądziłem, że śpi. Nie spała.
– Możesz spytać, jeśli chcesz – powiedziała. – Śmiało.
– Spytać o co?
– Skąd pochodzę.
– Skąd pochodzisz?
– Z wielu miejsc i czasów – odparła nie odwracając głowy.
– Brzmi nierealnie.
– Więc zadaj sobie pytanie.
– Jakie?
– Czy jestem realna?
Pomyślałem, że to dobre pytanie. Położyłem się na plecach i zacząłem rozmyślać. Nie wracałem do tego tematu zbyt często. Przywoływał bowiem bolesne wspomnienia. Jednak od czasu do czasu, naprawdę rzadko, zastanawiałem się, czy mimo wszystko moi rodzice nie mieli racji, widząc we mnie jedynie wariata, czubka, pomyleńca. Być może dawno temu wysłali mnie z tego powodu do szpitala psychiatrycznego i nigdy nie opuściłem jego murów, więc nic z tego, o czym wam opowiadam, nie miało miejsca bądź – co wychodzi na jedno – wydarzyło się tylko w moim umyśle. Przygoda z nawiedzonym domem, uratowanie Mary i jej synów, romans z Tomem, znajomość z Laurą. Wszystko. Za każdym razem, gdy o tym myślałem, czułem się tak, jakbym szedł wąską kładką nad otchłanią. Przekonany, że zaraz w nią runę, a gdy to nastąpi, to już nigdy, ale to nigdy nie zdołałam wrócić do punktu wyjścia: do tej wersji rzeczywistości bądź mojego umysłu, w której zacząłem rozmyślać nad swoim zdrowiem psychicznym.
Tamtego dnia przed upadkiem uratowała mnie Laura.
Jej dłoń zacisnęła się wokół mojej.
– Jesteśmy prawdziwi, Blu. Nie poddawaj się.
Sześć słów.
Dwa zdania.
I po strachu.
Kiedy uniosłem powieki, powitał mnie uśmiech, który w tamtej chwili wydał mi się najpiękniejszy pod słońcem.
– Dziękuję – powiedziałem. Moje oczy zwilgotniały. – Dziękuję.

*

Po tamtej rozmowie zaakceptowałem Laurę z całym bagażem jej tajemnic. Więcej jej nie śledziłem ani nie próbowałem wypytywać o przeszłość. Widziałem, że Tom jest szczęśliwy, kochając ją i mnie. Kiedy on był szczęśliwy, ja również byłem. Tak to działało. Prosty mechanizm, rozpisany na trzy osoby.
Nie ukrywaliśmy, że tworzymy związek. Poliamoria Toma była powszechnie znana i akceptowana zarówno w jego firmowym środowisku przez jego przyjaciół i znajomych, moją siostrę, jak również naszych sąsiadów. Laura nie miała z nią żadnego problemu, ja, jak już wiecie, również. Z kolei moi „niewidzialni” przyjaciele, Bill, Annie, Weissmuller i tych kilku innych, których tożsamości nadal nie ujawniłem, życzyli mi jak najlepiej i nie wtrącali się w nasze sercowe sprawy. Czasami tylko służyli niezobowiązująco poradą. Przodowała w tym Annie, której chyba najbardziej zależało na tym, żeby w moim miłosnym życiu nie pojawiła się żadna skaza.
Laura miała piękny uśmiech, zielonobrązowe oczy, w których płonęły figlarne ogniki, i wielkie serce. Troszczyła się o mnie i Toma. Niemalże zawsze tryskała zaraźliwym optymizmem. Pokochałem ją jak przyjaciółkę.
Okazało się, że lubimy te same filmy, piosenki, a nawet gry komputerowe, choć w te ostatnie, w odróżnieniu od niej, grałem sporadycznie, gustując w starociach z czasów pierwszej i drugiej konsoli marki Playstation. Okazało się też, że potrafimy rozmawiać ze sobą w bardzo bezpośredni sposób, bez wstydu i zażenowania, właściwie na dowolny temat. Śmieszyły nas podobne rzeczy. Oboje uwielbialiśmy kawę, w szczególności espresso, i piliśmy ją bardzo często. Właściwie nie było dnia, w którym kofeina nie krążyłaby w naszych żyłach.
Toma bardzo radowało to, że zaprzyjaźniłem się Laurą. Zwierzył mi się, że cierpiałby, gdybym jej nie zaakceptował. Odparłem, że gdybym był na jego miejscu, prawdopodobnie również straciłbym dla niej głowę. W odpowiedzi dał mi buziaka i powiedział:
– Kocham cię, groszku.
Tak, on też nazwał mnie groszkiem.
Odwzajemniłem pocałunek i zaciągnąłem go pod prysznic.
Właśnie tam zastała nas Laura, gdy wróciła z pracy.
Jak widzicie, wszystko było w porządku.
Cud, miód i orzeszki.
Sielanka.
Dopóki nie nadeszło następne Halloween.

*

I tak oto małymi krokami, zmierzamy do chwili, kiedy w mojej opowieści padnie tytułowa kwestia: „Padawanie, groszku, chochole…”.
Wcześniej pojawią się potwory, a ja będę darł się wniebogłosy, wykrzykując, jakże bohatersko, pewne szczególne słowo, które towarzyszy mi od najmłodszych lat:
– Kurwa! Kurwa! Kurwa!
Wiem, wiem. Zmierzam do tego momentu okrężną drogą, poprzez krótkie love story, którym – czego nie potrafię wykluczyć – już dawno mogliście się znudzić. Tak czy inaczej, wszystko o czym dotąd opowiedziałem służy temu, żebyście zrozumieli, dlaczego pod koniec tej historii Laura mianowała mnie swoim przybocznym.
Zatem potwory!

*

Na początek sprawię wam zawód.
Przepraszam.
Jeśli jednak liczyliście na to, że przed kulminacyjną sceną zaserwuję metafizykę świata przedstawionego, dzięki której stanie się jasne, skąd się biorą i jaką rolę odgrywają w nim potwory, to się bardzo, ale to bardzo pomyliliście. Nic z tego! Dlaczego? Z wielu względów. Wam niech wystarczą dwa. Po pierwsze z filozofii jestem zerem. Nie mam pojęcia o metafizyce. Z etyki też kiepski jestem. Po drugie, cóż, rozejrzyjcie się! Znacie metafizykę waszego świata? Czy raczej poznaliście mnóstwo wzajemnie się wykluczających teorii próbujących oddać najgłębszą i najistotniejszą strukturę rzeczywistości, w której odmętach rzekomo drzemie Prawda, ale nie wiecie, i raczej nigdy się nie dowiecie, jak rozstrzygnąć, która z nich jest prawdziwa? Nie musicie odpowiadać. To były retoryczne pytania.
Skoro już to wyjaśniliśmy, muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się, iż zwyczajne spotkanie przy grze planszowej może zmienić się w krwawą jatkę.
Tak.
Nic się wam nie przewidziało.

*

Pamiętacie, że Tom i Laura namiętnie grali w trzecią część „Dark Souls”? Cóż, kiedy Tom dowiedział się, że wyszła planszowa adaptacja pierwszej odsłony tej serii, oznajmił mi i Laurze, że musimy w to zagrać. Niezwłocznie. Laura i Tom byli miłośnikami gier komputerowych. Jednak to mnie i Toma łączyła pasja do planszówek. Dlatego powiedziałem:
– Jasne, Tom. Załatwię egzemplarz jeszcze w tym tygodniu.
Zacząłem, jak zwykle, od lektury recenzji. Niestety nie zachęcały do zakupu, chociaż na filmach z unboxingu gra prezentowała się znakomicie, jak przystało na wysokobudżetowy produkt. Rozesłałem więc maile do znajomych z zapytaniem, czy ktoś nie wszedł w jej posiadanie.
Odpowiedział Peter.
Mam. Grałem. Może być.
Odpowiedział bardzo lakonicznie. Mimo to zaproponowałem spotkanie.
Najbliższy piątek. O 20:00. Loft Toma.
Odpisał po kwadransie.
Przyjdę.
Poinformowałem Toma, że gramy w najbliższy weekend. Był uradowany. Ja nieco mniej, bo o ile ucieszyłem się, że nie muszę wydawać pieniędzy na grę zbierającą niezbyt pochlebne recenzje, o tyle fakt, że mieliśmy zagrać z Peterem budził moje obawy. Nie zrozumcie mnie źle. Znałem Petera dłużej niż Toma i sporo nas łączyło, między innymi podobny gust literacki. Obaj przejawialiśmy słabość do twórczości Iana McDonalda. Peter uwielbiał „Rzekę bogów”, ja wolałem pierwszy tom „Luny”. Obaj lubiliśmy francuskie komiksy, w szczególności albumy Christina i Mézièresa. Można by długo wymieniać. Chodzi o to, że od pewnego czasu docierały do mnie dość niepokojące informacje na temat dziwnego zachowania mojego znajomego.
Podobno Peter, mocno stąpający po ziemi agnostyk ze skłonnością do ateizmu, zaczął interesować się okultyzmem. I bywać w gotyckich klubach. Powiadano, że całkowicie zmienił image. Z typowego brodatego hipstera w kraciastej koszuli, dopasowanych dżinsach i butach drwala przeobraził się w mrocznego księcia nocy o podkrążonych oczach, bladej cerze i wydatnych kłach. Podobno wyprzedał swoją kolekcję rzadkich filmowych plakatów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczył na remont piwnicy, którą przekształcił w pomieszczenie będące skrzyżowaniem świątyni, kazamatów i buduaru dominy. Podobno zaczął gadać od rzeczy. Bełkotać. Mówić językami. Nosić ceremonialne szaty i kolekcjonować noże o szerokich i długich ostrzach. Podobno uwierzył w Mity Cthulhu. Rzucił fuchę baristy i zaczął handlować kokainą.
Podobno.
Z tych „podobno” dałoby się ułożyć niepokojąco długą listę.
W każdym razie Peter, jeśli w plotkach było choć ziarno prawdy, nie sprawiał wrażenia osoby, z którą chciałoby się spędzić wieczór. Posiadał jednak grę, w którą pragnął zagrać Tom. Mogłem więc przymknąć oko na docierające do mnie pogłoski i udawać, że nie ma powodów do niepokoju.

*

Na ulice powróciła groza typowa dla końcówki października. Smakołyki przechodziły z rąk do rąk, lądowały w przepastnych workach, torbach i koszykach. Pod oknami niósł się gwar dziecięcych głosów.
Nas tam nie było.
Siedzieliśmy w lofcie Toma udekorowanym adekwatnie do święta, którym żyło miasto. Z regałów i parapetu gapiły się na nas wydrążone dynie. W ich oczodołach płonęły stylowe, czarne świeczki.
Na długim prostokątnym stole stygła rozłożona gra. Na sąsiednim leżały wytrawne łakocie: orzeszki i chipsy, obok zaś napoje. Po orzeszki i chipsy można było sięgać do woli pod warunkiem, że przed powrotem do gry starannie wytarło się palce mokrą chusteczką, a następnie papierowym ręcznikiem.
Sama gra prezentowała się wybornie. Mnóstwo imponujących szczegółami figurek, solidna modularna plansza, dobrej jakości planszetki reprezentujące postaci graczy, designerskie kostki o wielu barwach, stosy kart z ekwipunkiem, a wszystko utrzymane w stylu charakterystycznym dla digitalnego pierwowzoru. Tom grał rycerzem, ja wojownikiem, Peter heroldem, Laura z kolei zabójcą. Ułożyliśmy planszę, wybraliśmy dwóch bossów (małego i dużego w nomenklaturze gry), których mieliśmy pokonać, po wejściu naszymi postaciami na startowy kafelek planszy wylosowaliśmy pierwsze spotkanie, rozstawiliśmy szeregowych wrogów i…
No i się zaczęło.
Walcz. Broń się. Powtórz.
Oczyść kafelek planszy.
Zdobądź dusze pokonanych wrogów.
Duszami zmodyfikuj cechy swojej postaci.
Znajdź lepszy ekwipunek.
Walcz. Broń się. Powtórz.
I zgiń.
Zgiń.
Zgiń.
Z powodu kiepskich rzutów kośćmi. Rzadziej na skutek błędnej taktyki.
Zdecydowanie za dużo zgonów, pomyślałem po dwóch godzinach gry, w trakcie których oczyściliśmy raptem dwa kafelki planszy. Tom był zachwycony. Laura stwierdziła, że spodziewała się lepszej rozrywki. Peter sprawiał wrażenie znudzonego. Nigdy nie rozumiałem fenomenu oryginalnego „Dark Souls” i raczej nie zapowiadało się na to, że polubię planszową adaptację tej gry. Za bardzo przypominała cyfrowy pierwowzór.
Pewnie chcecie wiedzieć, ile prawdy było w plotkach na temat Petera. Cóż, ku mojemu zaskoczeniu pogłoski o drastycznej zmianie wyglądu okazały się wyssane z palce. Peter nadal nosił postawione na sztorc włosy i brodę drwala. Przyszedł jednak ubrany w powłóczystą żółtą szatę z kapturem. Kiedy zapytałem, o co chodzi z tym strojem, odparł, że to niewinne przebranie z okazji Halloween.
Tom i Laura założyli czarne koszulki z fragmentami poematów Charlesa Bukowskiego. Na koszulce Laury widniał napis: „She’ mad but she’ magic”. Natomiast u Toma można było przeczytać: „I no longer know where you are/and I walk on and wonder where/the living goes/when it stops”. Poezja Bukowskiego należała do tematów, o których mój chłopak i jego dziewczyna mogli gadać godzinami, przerzucając się ulubionymi cytatami. Nie podzielałem tej pasji. Wolałem prozę, komiksy. Tom czasami dokuczał mi z tego powodu, mówiąc, że muszę mieć płytkie wnętrze, skoro nie ma w nim miejsca dla czegoś tak niezwykłego jak poezja. W takich chwilach zwykłem odpowiadać, że ma całkowitą rację. Byłem prostym chłopakiem o płytkim wnętrzu, zaś moje potrzeby, w szczególności jedna z nich, jawiły się jako nieskomplikowane: odkąd pamiętam, chciałem być i czuć się kochany. Tom zaspokajał tę potrzebę jak nikt przedtem. Do pełni szczęścia potrzebowałem prozy i komiksów. No i dobrych lodzików, od czasu do czasu.
O dwudziestej drugiej zrobiliśmy przerwę.
Tom wyszedł na balkon, żeby zapalić.
Laura zaparzyła cztery filiżanki ristretto.
Włączyłem muzykę. Z głośników popłynęły dźwięki „After Dark”. Aromat mocnej kawy o oleistej strukturze drażnił moje nozdrza. Zamknąłem oczy i przywołałem wspomnienie striptizu w wykonaniu Santanici Pandemonium.
– Zrób głośniej – krzyknął Tom.
Spełniłem jego prośbę i zacząłem pląsać. Niebawem dołączyła do mnie Laura.
Tom upił łyka kawy i patrzył z uśmiechem na nasze wygibasy. Moje były nieporadne, nigdy bowiem nie miałem drygu do tańca. Laura poruszała się równie zmysłowo jak filmowa wampirzyca.
Peter nie zwracał na nas uwagi. Przeglądał książki Toma. Dopiero po chwili zorientowałem się, że założył kaptur. Z początku zupełnie to zignorowałem, potem jednak, kiedy dostrzegłem Billa dającego mi znaki, uznałem zachowanie Petera za niepokojące. Wtedy też poczułem, że włosy na karku stają mi dęba. Bill tymczasem kręcił głową i powoli wyciągał z olstrów colty. Annie, z okazji Halloween ponownie przebrana za Sędziego z Mega-City One, odbezpieczała Prawodawcę. Weissmuller napinał stalowe mięśnie, szykując się do epickiego skoku przez stolik z przekąskami.
Z głębin żółtej szaty, którą miał na sobie Peter, wystrzeliły ociekające śluzem macki. Cztery wyłoniły się spomiędzy jego nóg i to one uniosły go w górę, tuż pod sufit. Pozostałe znokautowały moich „niewidzialnych” przyjaciół oraz Toma, po czym zwróciły się w moją stronę, jakby były niezależnymi od woli Petera drapieżnikami szukającymi kolejnej ofiary.
Nie tylko Peter przeszedł przemianę.
Loft też się zmienił. Zniknęła ściana, na której wisiały antyramy z reprodukcjami pulpowych obrazów Rafaela Gallura. W jej miejsce pojawił się piaszczysty bezkres pod czerwonawym niebem pełnym obcych gwiazd. Taki sam, jak w nawiedzonym domu.
– Cholera – powiedziałem, cofając się przed węszącymi w powietrzu mackami.
Peter się zaśmiał. Odłożył książkę na półkę i spojrzał na mnie przez ramię.
– Wygląda znajomo, prawda?
Skóra na jego twarzy zwisała jak niedopasowana i częściowo stopiona maska.
– Kurwa!
– Tak, to słowo pasuje do sytuacji, w jakiej się znalazłeś, Johnny.
– Kurwa!
– Wiesz, co teraz zrobię?
– Kurwa!
– Połknę twoją duszę! Połknę twoją duszę! Połknę twoją duszę! – wykrzykiwała z rozbawieniem istota, która z pewnością nie była Peterem. – Zemsta będzie słodka.
– Zemsta? – spytałem.
– Zabiłeś Harry’ego.
– Kogo?
– Pamiętasz zeszłe Halloween? Harry lubił przebieranki. Nawiedzony dom był jedną z jego najlepszych.
– Demiurg, którego zabiłem, miał na imię Harry?
– Zaraz tam demiurg. Zwyczajny potwór. Jednak wołaliśmy na niego Harry. Wolisz usłyszeć jego prawdziwe imię?
– Niespecjalnie. Co zrobiłeś z Peterem?
– Pochłonąłem jego duszę.
– Więc już nie pogadam z nim o komiksach Christina i Mézièresa?
– Raczej nie.
– Drań.
– Jestem kim jestem.
– I połkniesz moją duszę.
– Żebyś wiedział, robaku, że tak zrobię! Połknę twoją duszę. Połknę twoją duszę. Połknę twoją duszę.
Wtedy mnie olśniło. Wyszczerzyłem się i powiedziałem:
– Mścij się do woli, żałosny skurwysynu. Przed chwilą zacytowałeś Henriettę z drugiej części „Evil Dead”.
Potwór zamilkł. Zmierzył mnie pełnym nicości spojrzeniem, po czym, rozłożywszy macki w geście parodiującym przyznanie się do błędu, westchnął melancholijnie.
– Bingo! Domyślasz się dlaczego to zrobiłem?
Pokręciłem głową.
– Masz dwie możliwości, Johnny. Wybrać możesz tylko jedną. Oto pierwsza. Albo jesteś świrem, mega-świrem, i prawie wszystkie twoje wspomnienia są kłamstwem. Albo, i to jest druga możliwość, ty i ja, twoi przyjaciele, także ci „niewidzialni”, jesteśmy prawdziwi, ja zaś próbuję zrobić ci wodę z mózgu, ponieważ jestem strasznym skurwielem z otchłani, o której pisał jeden z waszych żałosnych filozofów. I zaraz, już za momencik, połknę twoją duszę. Jednak w pierwszej kolejności pochłonę dusze twoich przyjaciół, a ty będziesz patrzył na ich cierpienie.
Gdybym miał przy sobie spiłowaną śrutówkę, wymierzyłbym ją w obwisłą twarz potwora i przed pociągnięciem za spust powiedział:
– Połknij to!
Nie miałem jednak śrutówki, więc milczałem.
– Dobrze się zastanów, Johnny, nim wybierzesz. Możesz milczeć. Nie przeszkadza mi to. Ja lubię gadać. Nie to, co Harry, który był milczkiem. Ponurakiem. I nie znał się na ironii. Mimo całej powagi, jaką wkładał w nasz fach, zdołałeś go zabić. Ty i ci twoi cholerni „niewidzialni” przyjaciele. Rozwaliłeś mojego najlepszego kumpla, gówniarzu. Takich rzeczy się nie wybacza. Dlatego cię szukałem. Gdy w końcu znalazłem, nie mogłem wybrać lepszego momentu na zemstę niż pierwsza rocznica śmierci Harry’ego.
Nie odpowiedziałem.
– Widzę, że się zastanawiasz, Johnny. Bill, Annie i Weissmuller nie są twoimi jedynymi „niewidzialnymi” przyjaciółmi. Masz ich więcej. Chociażby tych szykownie ubranych ponuraków lubiących wymachiwać Chicagowskimi Maszynami do Pisania. Przywołaj ich. Dla ciebie to żaden problem. Niech wypełnią powietrze ołowiem. Niech napiszą zakończenie tej historii.
Potwór miał rację.
Mogłem to zrobić.
Mogłem przywołać gangsterów z czarno-białych filmów, które oglądałem w dzieciństwie, i kazać im walczyć.
Problem w tym, że ogarnęły mnie wątpliwości. Znowu znalazłem się na wąskiej kładce przerzuconej nad otchłanią, która szeptała, że jestem szalony. W mgnieniu oka wróciły do mnie wszystkie moje ksywki.
Johnny Świr.
Johnny Czubek.
Johnny Porąbaniec.
Johnny Bujna Wyobraźnia.
Johnny Kłamca.
Johnny Czarna Owca.
Potwór, kimkolwiek był, wiedział co powiedzieć, żeby cały świat, który sobie zbudowałem, uciekł spod moich stóp i zawisł w zasięgu wzroku zredukowany do jednego z członów ponurej alternatywy.
– Widzisz, Johnny, niezależnie od tego, co wybierzesz i w co uwierzysz, ja i tak pochłonę twoją duszę. Jednak najpierw… – Potwór oblizał obwisłe wargi. – Zajmę się twoim ukochanym Tomem.
W stronę mojego chłopaka wystrzeliły dwie sprężyste macki.
Skoczyłem, żeby przeciąć im drogę, a wówczas jedna z nich uderzyła mnie w skroń.
W mojej czaszce wybuchła bomba.
– Johnny, Johnny, Johnny. Niegrzeczny z ciebie chłopiec. Dlatego zmieniłem zdanie. Twoją duszę połknę jako pierwszą.
Zanim łapczywa czerń zalała moją świadomość, usłyszałem pokrzepiający dźwięk przeładowywanej śrutówki.
– Hej, dupku – rzuciła Laura. – Połknij to!

*

Sen.
Albo śmierć.
Nie byłem pewien, czego doświadczam.
Możliwe, że obu tych zjawisk jednocześnie.
Śniłem i umierałem.
Umierałem i śniłem.
Spadałem.
Przez czerń bez początku i końca.
Przez pustkę pozbawioną podpisu autora.
Przez cmentarzysko urwanych historii, niedokończonych opowieści, pomysłów, które umarły w zalążku.
Mknąłem krętymi ścieżkami mojego umysłu, przebijając się przez sceny z obejrzanych filmów i fragmenty przeczytanych książek. Przez ulubione kadry, dialogi i opisy. I wiedziałem, że muszę coś zrobić, jeśli chcę uniknąć zderzenia z drzemiącą na dnie rzeczywistością. Z ostatecznym policzkiem dla mojej nieposkromionej wyobraźni.
Potwór miał rację.
Powinienem wybrać.
Więc wybrałem.

*

„Czasem pusta strona oferuje najlepszą możliwość”.

*

Kiedy uniosłem powieki, Laura klęczała obok Toma i gładząc go po twarzy, powtarzała:
– Padawanie, groszku, chochole…
W mojej prawej skroni pulsował tępy ból. Raziło mnie światło. W ustach czułem suchość. Uniosłem się na łokciach i powoli rozejrzałem. Dookoła leżały kawałki macek, a podłogę, ściany i meble pokrywał bordowy śluz. Powietrze cuchnęło zgnilizną. Skrzywiłem się i usiadłem. Bill sprawdzał swoje colty, Annie kompletowała arsenał Sędziego z Mega-City One. Weissmuller stał na skraju pustynnego bezkresu i wodził wzrokiem wzdłuż horyzontu. Wyglądało na to, że wypatruje niebezpieczeństwa.
Tom otworzył oczy, a wtedy Laura uśmiechnęła się i pocałowała go w usta. Potem podłożyła mu poduszkę pod głowę i powiedziała:
– Śpij, bączku.
Zasnął.
– Mój łeb – wymamrotałem.
– Wstawaj, Blu. – Laura przeładowała śrutówkę i podała mi dłoń. – Mamy robotę do wykonania.
– Robotę?
– Dokonałeś wyboru, prawda?
– Tak.
– I chyba domyślam się, jakiego. Nie jestem jedną z twoich fantazji. Jednak wiem, że potwory istnieją i mają chrapkę na nasz świat. Przez kilka lat mieszkałam we Wschodnim Teksasie, nieopodal Nacogdoches. Pracowałam w Mud Creek Shady Rest Convalescent Home. I byłam świadkiem bardzo dziwnych rzeczy. Opowiedziałam o nich lokalnemu pisarzowi. Facet napisał na podstawie mojej opowieści nowelę, którą później zekranizowano. Główną rolę zagrał Bruce Campbell.
– Bez jaj. Mówisz o „Bubba-Ho-Tep”?
– Tak.
– Nowela została opublikowana w 1994. Ile wtedy miałaś lat? Trzy?
– Zdecydowanie więcej, Blu. Wyglądam na dwadzieścia sześć lat i tyle oficjalnie mam. Pochodzę jednak z wielu miejsc i czasów. Widziałam cuda, o których nie śniło się pisarzom z najdzikszą wyobraźnią. Długo szukałam kogoś takiego jak ty. Kogoś obdarzonego mocą, wyjątkową mocą przekuwania własnych fantazji w rzeczywistość. Kogoś, kto zostałby moim przybocznym.
– Co?!
– Potwór uciekł, Blu. I jeśli zaraz czegoś nie zrobimy, wróci z kolegami. Może nie dzisiaj i nie jutro, ale kiedyś na pewno.
– Zatem jaki masz plan?
– Pamiętaj, że to nie zabawa, Blu. Nie jesteś szalony. Nigdy nie byłeś. Po prostu posiadasz wyjątkową moc, dzięki której jeszcze jako dziecko, oglądając ulubione filmy i seriale lub czytając ulubione powieści i opowiadania, powołałeś do życia Billa, Annie, Weissmullera oraz innych „niewidzialnych” przyjaciół, których dotąd nie ujawniłeś. Wierz mi, Blu, mam nosa do takich spraw. Zajmuję się tym od bardzo dawna.
– Naprawdę?
– Tak. Nie wymyśliłeś mnie. Jestem niezwykłą dziewczyną, pełną tajemnic i niespodzianek. Poza tym kocham Toma i troszczę się o jego chłopaka.
Pokiwałem głową.
– Wierzę ci. Co mam zrobić?
– Potrzebujemy transportu i wsparcia.
Ze wsparciem nie było problemu.
Postanowiliśmy, że Bill, Annie i Weissmuller przypilnują Toma na wypadek, gdyby potwór wrócił podczas naszej nieobecności. Sześciu szykownie ubranych włoskich ponuraków, uzbrojonych w Chicagowskie Maszyny do Pisania, miało zapewnić nam dostateczną siłę ognia.
Teraz potrzebowaliśmy jedynie transportu.
Czegoś niezawodnego.
Szybkiego.
Opancerzonego.
Czegoś szalonego.
– Lauro – powiedziałem. – Poznaj Maxa.
Max, jak przystało na przedstawiciela swojego rodzaju, pojawiał się zawsze wtedy, gdy go potrzebowano i tylko po to, żeby zmienić bieg wydarzeń na korzyść najsłabszych. Był milczącym przystojniakiem w zniszczonej skórzanej kurtce i nosił spiłowaną dwururkę w olstrze na prawym udzie. Stalowym wzrokiem mierzył horyzont i uśmiechał się zdawkowo. Przede wszystkim zaś zawsze miał pod ręką zabójczą furę. Na przykład, tak jak teraz, Tatrę T815 przerobioną na pustynną Maszynę Wojny.
Max pomachał do nas z kabiny, po czym otworzył drzwi i zeskoczył na ziemię.
– Gotowi do drogi? – spytał, mierząc stalowym spojrzeniem horyzont.
Popatrzyłem na Laurę. Spoglądała na mnie spod zmrużonych badawczo powiek, a na jej ustach pląsał tajemniczy uśmiech. Otworzyła ciemnoniebieską sportową torbę, którą zabierała do pracy, i wyjęła kij bejsbolowy.
– Masz – powiedziała.
– Louisville Slugger – odparłem.
– Legenda.
– Co mam z nim zrobić?
– Będziesz wiedział.
Wziąłem zamach i zamarkowałem odbicie.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
– Znakomicie wyważony.
– Jest twój.
Zajęliśmy wolne miejsca w kabinie. Max wskoczył za kierownicę i uruchomił silnik. Gangsterzy usadowili się na platformie z cysterną.
– Powodzenia! – krzyknął Bill, gdy ruszaliśmy. – Zaopiekujemy się Tomem.

*

Wiem, wiem. Obiecałem wam dwie walki z potworami i dotrzymałem słowa jedynie częściowo, gdyż za drugim razem walczyłem tylko z jednym potworem. Przyznaję się do błędu. Nie zamierzam jednak zmieniać raz spisanych słów. Nie jestem zawodowcem. Po raz pierwszy opowiadam tak długą historię, jak niniejsza, i – wybaczcie mi brak skromności – uważam, że radzę sobie całkiem dobrze.
Zatem…

*

…kiedy po raz pierwszy walczyłem z potworami, byłem wrakiem człowieka z przyszłością równie powabną jak terminalne stadium raka trzustki. Kiedy zaś zmierzyłem się z nimi po raz drugi, byłem zakochany gnojkiem, który nie chciał umierać. Dlatego za drugim razem – gdy moje życie wisiało na włosku, do którego złośliwy los zbliżał się ze złowrogim błyskiem w oku i piłą spalinową w spoconych łapskach – darłem się wniebogłosy, wykrzykując jakże bohatersko pewne szczególne słowo, które towarzyszyło mi od najmłodszych lat:
– Kurwa! Kurwa! Kurwa!
Potem jednak dopadłem potwora, który zabił Petera. I nie okazałem draniowi litości.
Po wszystkim, gdy stałem nad zwłokami bestii, ściskając w dłoniach kij bejsbolowy, z którego skapywały krople zielonkawego posocza, Laura powiedziała, że mam zadatki na superbohatera.
Odparłem, że pragnę spokoju, zimnych drinków i dni upływających na niewinnym leniuchowaniu w towarzystwie ukochanego. Zabijanie potworów wyklucza, a przynajmniej rażąco ogranicza, leniuchowanie.
Stwierdziła, że jedno z drugim da się pogodzić. Musimy jedynie wypracować kompromis i odpowiedzieć Tomowi na kilka ważnych pytań.
Z tym ostatnim, ku mojemu zaskoczeniu, nie było problemu. Tom bowiem ucieszył się jak dziecko z wymarzonego prezentu, gdy dowiedział się, że ludzie, których kocha, mają zadatki na superbohaterów. Powiedział, że chce poznać moich „niewidzialnych” przyjaciół, a ja, zakochany w nim po uszy, spełniłem jego prośbę, więc Bill, Annie, Weissmuller i pozostali zostali również przyjaciółmi Toma.
Będąc człowiekiem wygodnym, próżnym i w rozsądnym stopniu samolubnym, nie posiadałem zadatków na bohatera, dlatego, ku rozczarowaniu Toma i Laury, nie zostałem superbohaterem. Jednakże sporadycznie pomagałem przyjaciółce polować na potwory. Tom, jak przystało na miłośnika „Stulecia przemocy”, „Soon I will be Invicible” i „All My Friends are Superheroes”, prowadził kronikę naszych niedzielnych przygód.
Miłość, seks i popkultura.
Mój chłopak był zachwycony.
Mieszkaliśmy z Laurą pod jednym dachem przez wiele następnych lat, podczas których nasz poliamoryczny związek funkcjonował jak dobrze naoliwiona i nieco szalona maszyna. Oczywiście, jak przystało na człowieka, którego ulubionym – i nader często celebrowanym – uczuciem było saudade, zdawałem sobie sprawę, że coś tak kruchego jak miłość nie trwa wiecznie, a z biegiem czasu, nawet jeśli nie wygaśnie, na pewno przybierze inną formę. Jeśli nasze wspólne życie przypominało sen – niekiedy zaś miało ten charakterystyczny dla snów walor odrealnienia – to raczej taki, który po przebudzeniu wywołuje uśmiech na twarzy. Wiadomo jednak, że każdy sen – choćby najlepszy, najdłuższy, uparcie powracający w kolejnych odsłonach – kiedyś dobiegnie końca. Pewnego dnia uniesiemy powieki, a zamiast słonecznego blasku wpadającego przez rozchylone żaluzje, powita nas zimny i szary poranek.
W dniu, w którym odeszła Laura, padał – a jakże! – deszcz. Ogromna ulewa nawiedziła na kilka godzin miasto. Ulice zmieniły się w potoki. Odwołano lekcje. Zamknięto szkoły. Strażacy i policjanci mieli ręce pełne roboty.
Laura nie zostawiła pożegnalnego listu. Po prostu zniknęła, zostawiając większość swoich rzeczy. Przeczuwałem, że kiedyś to nastąpi – że pewnego dnia, ot tak, bez słowa, zniknie, żeby za jakiś czas komuś innemu powiedzieć, że jest niezwykłą dziewczyną z wielu miejsc i czasów.
Tom płakał, a ja próbowałem go pocieszyć, w sercu zaś, podobnie jak on, czułem pustkę, może nieco mniejszą, Laura bowiem była tylko moją przyjaciółką, a nie kobietą, która zawładnęła połową serca. Pamiętam, że Tom lubił ją porównywać – zwłaszcza w kontekście seksu – do rwącej rzeki i wodospadu. Początkowo uznałem, że przesadza. Później jednak, gdy obserwowałem, jak Laura przemeblowuje nasze życie, nie jeden raz zdarzyło mi się pomyśleć, że patrzę na żywioł, który z tajemniczych powodów postanowił przybrać ludzką postać. Jeśli w tym porównaniu było choć trochę prawdy, nie mogłem mieć pretensji, że odeszła.
I nie miałem.
Tamtego dnia patrzyłem przez okno na smutny świat. Głaskałem ukochanego po głowie i śpiewałem cichutko ulubioną piosenkę Laury:

When you get older, plainer, saner
Will you remember all the danger
We came from?

Nie mogłem zrobić nic więcej.

Bartosz Orlewski - Miłośnik weird fiction, heavy metalu, mocnej kawy i gier planszowych. Publikował w Nowej Fantastyce, Grabarzu Polskim, Niedobrych Literkach, Szortalu, Qfancie i Horror Masakrze, a także w antologiach Po drugiej stronie, Bizarro Bazar, Zombiefilia i City 3. Z zawodu prawnik.

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 17 lipiec 2017 13:37