07 Lut Naturalna kolej rzeczy część 2

Napisał Dział: Opowiadania Komentarze DISQUS_COMMENTS
Wicher uginał drzewa do samej ziemi. Śnieg sypał tak, że nie było widać nic w odległości kilku metrów. Samolot jechał już po pasie startowym. John podniósł się z ziemi. Chwiał się na nogach, ale w tej chwili stanął prosto. Dumnie. Paliwo z baku samolotu ciekło, zostawiając za sobą tłusty ślad. Policjant wyciągnął paczkę papierosów i wziął jednego do ust. Przypalił i zaciągnął się. Zamknął oczy i odetchnął głęboko, zupełnie jakby tytoniowy dym był czymś, do czego tęsknił przez całe lata. Wreszcie spojrzał na unoszący się już samolot. Uśmiechnął się.
-Yupikayey motherfucker! -Powiedział, po czym rzucił papierosa w sam środek kałuży paliwa. W mgnieniu oka pas ognia pomknął za maszyną. Głośny, jasny wybuch oznajmił pobliskiemu miastu, że nie da się latać płonącym samolotem. Symfonie spadających odłamków, trzasków płomieni, strażackich i policyjnych syren, oraz wszelkiej maści hałasów, jakie towarzyszą katastrofie lotniczej, przerwał dzwonek telefonu.
Tomek westchnął. Podniósł pilota ze stołu i wcisnął przycisk pause. Sięgnął po komórkę i wcisnął zieloną słuchawkę.
-Tak?
-Oglądałeś wiadomości? -Zapytała bez zbędnych ceregieli delikatnym głosem Maria.
-Pytasz o to wielkie drzewo, które wyrosło przed Pałacem Kultury?
-Tak.
-O to, o którym trąbi cały kraj, a teraz już prawdopodobnie większa część cywilizowanego świata? -Ciągnął dalej Tomek przekraczając próg kuchni.
-No mówię przecież.
-Nigdy w życiu nie słyszałem. -Oznajmił z pełną powagą nalewając wody do czajnika.
-Nie zgrywaj się. To poważna sprawa.
Pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji. Piskliwy dźwięk oznajmił, że drzwi zaraz zostaną otwarte i należy zachować ostrożność.
-Co to za dźwięk? -Zapytał.
-Drzwi. -Wyjaśniła rzeczowo. -Jestem w pociągu.
-Zaraz. -Zastygł na moment w bezruchu. -Ty chyba nie jedziesz do centrum? -Upewniał się ustawiając czajnik na gazie.
-Oczywiście, że jadę. Muszę zobaczyć, z czym mamy do czynienia.
Tomek pokiwał głową. Otworzył lodówkę i wyciągnął z niej batona. 
-Jest siedemnasta, w centrum roi się od policji, wojska, epidemiologów, naukowców, polityków i może jeszcze sfrustrowanych pracowników poczty. Cholera wie. Może rozpędzili już tłum i zarządzili kwarantanne, ale jeśli nie to gapie siedzą pewnie do samego stadionu legii. -Tłumaczył starając się odpakować batona jedną ręką. -Nie dopchałabyś się tam nawet, gdybyś była papieżem.
Tomek miał w sobie ogromną charyzmę i miał też argumenty, z którymi Maria nie mogła się nie zgodzić. Dopiero jego słowa sprawiły, że ochłonęła i zaczęła się zastanawiać nad tym, co robi.
-W takim razie, co proponujesz? -Zapytała po chwili ciszy.
Tomek uśmiechnął się. Trudno powiedzieć, czy dlatego, że udało mu się obnażyć błąd w myśleniu swojej przyjaciółki, czy dlatego, że wreszcie rozpakował tego cholernego batona.
-Wpadnij na kawę. Pomyślimy. -Powiedział, kiedy czajnik zaczął krzyczeć i oznajmiając swojemu właścicielowi, że jest mu za gorąco. 

Siedzieli w salonie. Maria nie przepadała za nowoczesnością, mimo to w mieszkaniu Tomka czuła się swobodnie. Niemal jak w domu. Mimo że na początku drażnił ją zupełnie nagi, szklany stół, do którego nie pasowało żadne nakrycie, otaczające go białe, skórzane fotele, wszechobecne kafelki, stokroć chłodniejsze od puchatych dywanów, które tak kochała, to obecność jej przyjaciela sprawiała, że zapominała o tym wszystkim. A kiedy negatywne uczucia wracały, spoglądała  na ogromne akwarium stojące pod ścianą. Jedyną gustowną rzecz w salonie. To ja uspokajało.
Milczeli jakiś czas zupełnie bez skrępowania. Maria popijała kawę wbijając wzrok w okno. Tomek próbował wyłowić łyżką coś, co mąciło spokój tafli jego kakao.
-Co to jest twoim zdaniem? -Zapytał marszcząc brwi i zaciskając usta. Sprawiał wrażenie, jakby wydobycie nierozpuszczonej grudki brązowego proszku było dla niego sprawą honoru i nie lada wyzwaniem.
-Jakaś iluzja. -Powiedziała nie odrywając wzroku od panoramy miasta za oknem. -Zachodzę tylko w głowę po co.
-Cholernie silna iluzja. -Zniechęcony odłożył łyżeczkę na podstawek filiżanki i wychylił całą jej zawartość duszkiem. -Objęła całą Warszawę. Kiedy rano wracałem z roboty, mało nie spowodowałem wypadku, przez ogromny korzeń wyrastający z ziemi na samiutkim środeczku Radzymińskiej.
-Tak. Mówili w wiadomościach, o tych pęknięciach w ziemi. -Oderwała wzrok od szyby tak gwałtownie, jak się odrywa plaster od skóry, żeby mniej bolało. -Uderzyłeś w to samochodem?! -Wyglądała, jakby ją olśniło.
-Nie, gdzie tam. Mam nowego Pegota, zapłaciłbym za lakier więcej, niż miasto wydało na te cholerną nawierzchnię. Wyminąłem gada i zatrzymałem się na poboczu. Czemu pytasz?
-Bo wtedy miałabym potwierdzenie mojej teorii. Nie mógłbyś sobie zniszczyć samochodu o zaklęcie iluzji.
Tomek wyciągnął się na fotelu i splótł dłonie za głową.
-Nie wiem, jak to jest z czarami, ale te badyle były oślizłe i twarde, kiedy podszedłem, żeby zobaczyć co to, więc chyba są prawdziwe.
-Nie w tym rzecz. Iluzji nie da się wykryć zmysłami. Właśnie na tym polega istota tej szkoły magii. -Wyjaśniła Maria zapalając papierosa.
-Chyba nie kumam.
-Zaklęcia iluzji działają na ludzką podświadomość. Iluzja nie powoduje, że materializuje się przed tobą wielkie drzewo. Zaklęcie po prostu silnie zaburza percepcje ofiary, sprawiając, że ta widzi, słyszy, lub czuje coś, czego nie ma prawa postrzegać. Dlatego nie ma znaczenia, czy dotykałeś tych kniei czy nie.
Tomek zastanawiał się chwilę. Wytłumaczenie Marii zdawało się logiczne, ale czegoś w tym wszystkim nadal nie rozumiał.
-Dwa pytania. -Powiedział. -Pierwsze. Skoro to coś działa w ten sposób, że wmawia nam coś czego nie ma, to jakim cudem nie niszczy na przykład samochodów, kiedy się z nimi zderzą? Z tego, co mówisz wynika, że skoro mogę dotknąć czegoś, czego nie ma, to mogę się też o to uderzyć, a zaklęcie wmówi mi, że naprawdę mnie boli. Dlaczego więc to samo zaklęcie nie jest w stanie mi wmówić, że przeżyłem wypadek samochodowy po zderzeniu z iluzją?
Maria pośpiesznie dopiła kawę i zaciągnęła się papierosem. Z wiadomych względów nie miała na co dzień zbyt wielu okazji, żeby porozmawiać o czarach, toteż kiedy tylko takowa się nadarzyła, kobieta brnęła w nią jak najgłębiej.
-Bo to już nie jest iluzja. -Stwierdziła tonem pani profesor wykładającej właśnie na auli uniwersyteckiej. -Jak już wspomniałam iluzja zaburza percepcję. Może ci wmówić, że widzisz cyklopa w środku hipermarketu, że słyszysz płacz dziecka będąc w przestrzeni kosmicznej, czy też czujesz zapach palonego siana na samym środku oceanu. Twój samochód nie ma percepcji, więc czar na niego nie zadziała. A tobie nie wmówi, że uległeś wypadkowi, bo za manipulacje żywymi organizmami odpowiada zupełnie inna szkoła magii. Dominacja.
Tomek podniósł filiżankę i już chciał zamoczyć usta w jej zawartości, kiedy przypomniał sobie, że jakiś czas temu wypił całe kakao. Odstawił naczynie rozczarowany.
-Drugie pytanie. -Zaczął. -Czy z racji profesji, jaką wykonujesz, nie powinnaś być odporna na tego rodzaju zaklęcia, albo przynajmniej umieć je rozpoznać bez cienia wątpliwości?
-Nie i tak. Nie można być do końca odpornym na magię. Jeśli magik rzucający zaklęcie jest silniejszy i wprawniejszy w danej szkole niż ofiara, zaklęcie zadziała jak powinno.
Chłopak przełknął ślinę i wolno odstawił filiżankę nie mogąc oderwać od Marii rosnących z każdą sekundą oczu. Ta dopalała już papierosa. Wyglądała, jakby czuła się już lepiej.
-Zakładając, że to iluzja i że widziałaś to cholerne drzewo, to ktoś, kto je stworzył musi być bardzo silny, skoro nie oparłaś się zaklęciu. Się znaczy jesteśmy w dupie.
-Niekoniecznie. -Uspokajała rudowłosa. -Może być po prostu lepszy w tej szkole magii, ale jego zaklęcie może być dla mnie słabiutkie i kiedy znajdę się w pobliżu jego źródła, rozpoznam je bez trudu. A może nawet rozproszę.
-A co jeśli nie? -Tomek do końca nie był pewien, czy chciał zadać to pytanie.
-To jesteśmy w dupie. -Maria potwierdziła jego obawy. Chłopak westchnął. Za oknem zrobiło się już ciemno. Podszedł do ściany i wcisnął przycisk. Światło nowoczesnego żyrandola rozświetliło  salon. Za pomocą drugiego przycisku opuścił żaluzje.
-Co robimy? -Zapytał siadając na swoje miejsce.
-Muszę się dostać do tego drzewa. W ten sposób zyskam pewność jakie to zaklęcie i może uda mi się namierzyć tego, kto je rzucił. -Odparła bez zastanowienia.
-Dziś nie ma sensu tego robić. Za dużo tam wojska. Jeśli to faktycznie jakiś perfidny czar, to musimy dać mundurowym czas na to, żeby nie znaleźli żadnego skażenia. Wtedy sobie pójdą, a my będziemy mieli możliwość się tam dostać. -Wyjaśnił Tomek. -Możemy spróbować jutro.
Maria zmarszczyła brwi.
-Uważasz, że jutro już nikt nie będzie tego pilnował?
-Będzie. Policja i zapewne kilku naukowców. Pilnować tego złotko, to oni będą jeszcze długie miesiące.
-Oby nie. -Powiedziała podchodząc do akwarium. Wyprostowała się i splotła ręce za plecami. -Mam nadzieję, że uwiniemy się z tym do końca tygodnia.
-Dlaczego my?! -Oburzył się Tomek. -To robota Ozjego. To on jest arcymagiem miasta. Niech kmini i działa.
-Zapewne już działa, ale nie mam zamiaru stać z założonymi rękami, kiedy jakiś czarnoksiężnik demoluje moje miasto. Jak znam Olgierda, to zaczął od sprawdzenia arcymagów z innych miast. Pewnie już wierci dziurę w brzuchu Kronokarowi. -Uśmiechnęła się na myśl o telepatycznych zaklęciach Ozza penetrujących umysł Kronokara w poszukiwaniu jakiegoś dowodu jego winy. A skutkowało to paskudnymi koszmarami u ofiary.
-Uważasz, że to sprawka chłopaków z Płocka? -Dopytywał się Tomek.
-Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale Olgierd na pewno już je wyciągnął. Nie cierpi Kronokara i Płocka do tego stopnia, że zdziwiłabym się, gdyby było inaczej.
Mężczyzna wiercił się w fotelu nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Nie dawał tego po sobie poznać, ale był zdenerwowany. Jak zawsze, kiedy Maria wciągała go w jakieś magiczne intrygi. Wszak o magii nie miał zielonego pojęcia.
-Czemu nazywasz go Olgierd? -Zapytał. Od dawna nie dawało mu to spokoju, ale zawsze zapomniał zapytać. -Przecież facet nazywa się Ozz Vanrumpel.
Maria mało nie zakrztusiła się własna ślina. Spojrzała na Tomka tak, jak matka patrzy na syna pytającego, dlaczego nie wolno mu nadmuchać tej żaby.
A wyobrażasz sobie, żeby w spisie obywateli widniało nazwisko Vanrumpel? Dowód musiał mieć. A w dowodzie ma Olgierd Wamruski.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-Nie mogę się przyzwyczaić.
-On też. -Oznajmiła rudowłosa.
-Dobra, mała. Robimy tak. Jak się atmosfera oczyści, ruszamy pod drzewo. Jeśli moje przypuszczenia się sprawdzą, będzie tam garść policjantów i trochę naukowców. Omamisz ich jakimś zaklęciem albo wywarem, rozejrzymy się i spadamy do Ozjego. -Tomek był dumny ze swojego planu. Wiedział, że jest tak prosty, że nie ma możliwości, żeby coś się nie udało. A jednak.
-Nie da rady. -Ucięła Maria.
-Jak to nie da rady?! -Ledwo powstrzymał się od wrzasku.
-Mogę rzucać zaklęcia na ludzi tylko w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia i za przyzwoleniem arcymaga, pod którego podlegam. Znasz zasady.
-Do jasnej cholery, to jak chcesz to inaczej zrobić? Zamówisz im panienki i każesz nie zwracać na siebie uwagi? -Bulwersował się przyjaciel Marii. Naprawdę nie lubił plątać się w takie sytuacje.
-Gdybym mogła użyć czarów, nie przyjeżdżałabym do ciebie. Miałam nadzieję, że coś wymyślisz. W końcu jesteś zawodowym złodziejem, nie w takie miejsca się dostawałeś.
Zajęła miejsce przy stole. Spojrzała na rozgniewane oblicze Tomka. Uśmiechnęła się słodko i zalała go błagalnym wzrokiem. Aby uzyskać lepszy efekt wsparła się dłońmi o stół ukazując odsłonięty dekolt.
-Przecież jesteś najlepszy. -Znała go jak nikt. Doskonale wiedziała, że wystarczy dotknąć jego ambicji, wspomagając się przy tym kobiecym wdziękiem, żeby zrobił dla niej wszystko. I on wiedział, że ona to wie.
-A niech cię diabli, wiedźmo jedna! -Jak oparzony zerwał się z fotela. Sięgnął po komórkę leżącą na szafce obok telewizora. Wybrał numer. Maria dumna z siebie rozsiadła się w fotelu i z niekrytą satysfakcją obserwowała poczynania kolegi.
-Gruby? Słuchaj, jest robota. -Zaczął. Tak bardzo chciał wyglądać na kogoś ważnego i wpływowego, że mało nie strącił głową obrazu przedstawiającego coś na kształt słonia wpisanego w krzesło, kiedy szpanersko opierał się o ścianę. Maria zachichotała. Udał, że tego nie widzi. -Mamy jeszcze na melinie legitymacje UOPu?... To świetnie. Wpadnę do ciebie jutro ze znajomą, cykniesz nam po fotce... Do legitymacji, a do czego?! -Starał się udawać oburzenie. -Potrzebne też będą garnitury i czarny żakiet plus spódnica... Nie! Dla pederasty! Oczywiście, że dla kobiety!
Maria roześmiała się głośno.
-Do tego czarne BMW... A tu cie zaskoczę. Nie musi być na rządowych tablicach. Zaparkujemy tak, żeby nikt nie zwrócił na to uwagi... Dobra. Załatwisz?... Jutro ci powiem o co kaman... Tak. Wszystko ci wyjaśnię... No to się staraj. Cześć. -zakończył rozmowę i odłożył telefon. Popatrzył na Marie. Sam nie wiedział, co go bardziej wkurzało. To, że znowu przez maślane oczka i fajne cycki dał się wciągnąć w jakieś gówno po same uszy, czy to, że ta ruda wiedźma patrzy na niego i z trudem powstrzymuje się od śmiechu.
-Załatwione. -Powiedział wreszcie. Jutro przed południem ruszamy do Grubego. Maria pokiwała głową. Na jej twarzy malował się wyraz przejaskrawionego nieco, ale jednak uznania.
-No to co? Kolacja, jakiś film i spać, bo jutro rano trzeba wstać. -Powiedział uśmiechając się nieśmiało. Maria wstała i ruszyła w stronę korytarza.
-Nie zostajesz? -Upewniał się Tomek zawiedzionym głosem. Dziewczyna uśmiechnęła się.
-Puśka sama w domu siedzi. Zrobi mi cholerny bałagan, jak nie wrócę. Widzimy się jutro. -Powiedziała znikając za rogiem holu.
-Ta... -Wymamrotał Tomek pod nosem.

Ostatnio zmieniany środa, 09 luty 2011 23:27