13 Lut Tomik bajek Czarownicy - Wstęp - O śmiałości i dojrzałości

Napisał Dział: Opowiadania Komentarze DISQUS_COMMENTS

 

 Tomik bajek Czarownicy



Książka wygląda jakby była zlepiona z różnych części, przy czym wstęp i spis treści są pisane na papierze dużo bielszym i gładszym od reszty. Rękopis. Oprawa twarda, obleczona ciemną skórą, ma wyżłobiony tytuł z przodu. Tom pachnie mocno i specyficznie, trochę ziołami, trochę starością, trochę spalenizną. Sprawia wrażenie rzadko czytanego.

 

 

Wstęp

 

Otóż, moje drogie Dzieci, w rękach trzymacie teraz właśnie księgę jedyną w swoim rodzaju. Spisane są w niej  historie wymyślone przez Leśną Wiedźmę po to, aby mogły z nich czerpać wiedzę o świecie jej trzy córki. Znaleziono owe rękopisy w chacie w Dolinie Kruczej, porzucone widocznie w wielkim pośpiechu. Przejrzawszy je przed lekturą można zauważyć, że części z nich brak -  prawdopodobnie zostały przetrzebione przez mole lub myszy. Dlatego czytajcie uważnie. To, czego nie ruszyły gryzonie ani owady, musi być bowiem chronione mocnymi czarami od zapomnienia i kto wie, co przydarzy się temu, kto ośmieli się znieważyć nieuwagą ważkie przestrogi wiekowej a oznajomionej z niejednym sekretem Czarownicy. Skoroście już zdecydowały, czytajcie - czytajcie do końca, nie roniąc ni wyrazu i czerpcie do woli z tajemnic odkrytych przed Wami dzięki śmiałości Podróżnika po Ostępach.

 

Podpisano:

Sierpień Wędrowiec

 

 

 

 

 

Z bajek dla Cyprycjady:

 

O śmiałości i dojrzałości

 

Moja Cypris, posłuchaj historii o dziewczynie takiej jak ty, ale żyjącej w mieście siedemnaście mil od naszego lasu. Była to szlachcianka, stąd portreciści przedstawiali ją zawsze zgrabniejszą niż w rzeczywistości się prezentowała, butna i rozkapryszona, gdyż tylko takie spotyka się we dworskich salonach. W tym jednak cię przypominała, że nie pierzchliwa, nikomu nie ustępowała drogi tylko dlatego, że groźnie nastroszył wąsy. 

W pałacyku gdzie mieszkała, od urodzenia miała do dyspozycji siedemdziesiąt pokoi i czternaścioro służby, aby nigdy się jej nie nudziło. Tak samo jak ty, była pilnie edukowana i tak samo jak tobie, jej matka czytała jej bajki - tylko że zupełnie inne niż nasze, dworskie. W nich nikt nikogo nie krzywdził, nikomu niczego nie zabierał ani nikogo nie okłamywał.

Z czasem dziewczyna przekonywała się, że prawdziwy świat jest inny, ale zanim w pełni to zrozumiała, minęło wiele lat. Kiedy kończyła ósmą wiosnę, nie zdawała sobie jeszcze nawet sprawy z tego, że tuż pod oknami jej ulubionej sypialni wyrastają trujące pnącza, co dzień usuwane rankiem przez ogrodnika (i co dzień jakimś cudem odrastające), znajdującego przy tym doskonałą okazję do podglądania dorastającej panienki. Zdarzyło się, że owemu ogrodnikowi wypadł z kieszeni pęk kluczy do szop z nasionami i szklarni, gdy zanadto pochylił się przez parapet szlachcianki tuż nad wezgłowie jej łoża. Zbudziło ją to i otworzyła szeroko modre szlacheckie oczęta, ale twarz winowajcy tylko przed nią mignęła, natychmiast znikając za trzaskającą okiennicą.

Pomyślała oczywiście, że był to książę z opowieści matczynych, który zapewne zachwycił się jej urodą i chciał ją śpiącą pocałować, ale spłoszył się, gdyż niechcący zbudził niewiastę. Obejrzawszy zgubę rzekomego panicza od razu zawołała służącą, aby ją uczesała i ubrała. Chciała poszukać swego księcia i oddać nieostrożnemu klucze, bo wydały się jej bardzo ważną rzeczą, jakiej brak mógł właścicielowi narobić dużo przykrych kłopotów. 

Wezwana opiekunka natychmiast rozpoznała przerdzewiałe wytrychy, gdy tylko weszła do pokoju panienki. Nie odezwała się jednak ani słowem, poza zwykłym „Dzień dobry, waćpannie! Co waćpanna dziś chciałaby założyć?”, mimo iż w lot pojęła, co zaszło przed chwilą. Służba we dworkach jest zawsze lepiej poinformowana o wszelkich bezeceństwach zachodzących w domu państwa niż ktokolwiek z najstarszych nawet włościan. Właśnie dlatego miała  kategoryczny zakaz odbywania wszelkich rozmów z kimkolwiek na ten temat. Zwłaszcza z ostatniego pokolenia chlebodawców.

Po całej codziennej rannej ceremonii toalety, młoda dziedziczka z kluczami w dłoni udała się w świat za nieistniejącym księciem. A ponieważ nigdy w życiu nie opuściła dworku, zaś historyjki jej matki starannie przemilczały istnienie wszystkiego, co znajdowało się poza hermetycznym kloszem rodzinnego gniazdka (zostawiając te sprawy dla uszu doroślejszych nieco panienek), dla naszej niewinnej szlachcianki świat stanowił jej siedemdziesiąt pokoi z niewielkim dodatkiem skrawka darni na zewnątrz, otoczonego wysokim murem ze wszystkich stron. Ruszyła więc spiesznie, wiedząc, że przemarsz przez nie wszystkie zajmie jej więcej niż jeden dzień, a każdą mijaną w drodze osobę pytała, czy nie widziała może tego, kogo chce odnaleźć. Naturalnie, nikt jej nie zrozumiał, musiała zatem obyć się bez wskazówek. Ale, że była równie odważna, jak ty w jej ówczesnym wieku, nie przelękła się czekających ją wyzwań.

Po trzech godzinach skrupulatnych poszukiwań, rozpoczętych już w sypialni, utkwiła w pokoju, jaki widziała pierwszy raz. Żadna żądza nie zagnała jej do tej pory tak daleko od miejsca, w którym zwykła sypiać, zatem zgubiła się we własnym domu.

Nie dbając o to, jęła odkrywać te nowe przestrzenie, co tak ją pochłonęło, iż ani się obejrzała, a nadszedł zmrok. Wówczas dopiero poczuła, że jest głodna i spragniona.

Usiadła w fotelu o rozmiarach pasujących do wzrostu małej dziewczynki – w końcu to jej i tylko jej pokój – i długo wołała służbę, domagając się najpierw obiadu z deserem, podwieczorkiem i kolacją, potem tylko kolacji, aż wreszcie samej wody.

Nikt jej nie słyszał, nikt o niej nie pamiętał.

Zapłakała więc rzewnie, a widząc, jak wiele wylewa łez, podstawiła pod twarz koszyczek splecionych dłoni, zebrała trochę wilgoci i napiła się. Potem znużona usnęła w fotelu, nagle doceniając jego miękkość, dotąd jakby nie zauważaną.

Następnego dnia zbudził ją świergot ptaków, gdyż nikt nie zawarł okiennic przed wieczorem. Zupełnie ją to zaskoczyło, zaraz też przypomniała sobie, w jakim położeniu się znajduje. Uczuła ssanie w żołądku. Wczoraj dokładnie rozejrzała się po pokoju, w którym właśnie się przebudziła i zbadała wszystko co w nim było, wiedziała więc, że nie ma co liczyć na jakiekolwiek jedzenie, póki z niego nie wyjdzie. Porzuciła bowiem nadzieje, że ktoś jej cokolwiek przyniesie.

Do wyboru miała dwoje drzwi – te, którymi weszła i drugie, naprzeciwko poprzednich. Nie chciała zawracać z obranej drogi – w izbach, przez które doszła na owo miejsce, również nie było jedzenia ani księcia. Natomiast nowe drzwi kusiły ją zapachem dobywającym się spod nich. Przeszła przez nie, a w pomieszczeniu po drugiej stronie znalazła kawałek kiełbasy leżący na niewielkiej deseczce na podłodze. Był czysty i miły w dotyku, dopóki na dłoni dziewczęcia nie zatrzasnęła się pułapka. Szlacheckie dziecko krzyknęło głośno przerażone, co prędzej cofnęło rękę, lecz bezskutecznie – to nie usunęło bólu. Dopiero po dłuższej szamotaninie panienka, przez matkę nie dopuszczana do wrzeciona, by nie ukłuła  się w palec, zdołała uwolnić się z potrzasku. Mocno zacisnęła skaleczoną dłoń rąbkiem sukienki i otarła świeże łzy. Zjadła przynętę na myszy. Pieczenie ran trochę ustąpiło, odważyła się więc spojrzeć na nie, musiała jednak najpierw odkleić materiał od skóry - krew zdążyła zaschnąć. Szarpnęła krótko i zobaczyła, że z jej ręką nie jest bardzo źle. Zlizała parę kropli krwi – miała metaliczny smak i zapach, a była tak czerwona, jak żadne jabłka czy maliny. Ty, Cyprycjado, wiesz to doskonale od dawna, ale słuchaj pilnie, co zdarzyło się później.

W momencie, kiedy krzyknęła ostatnim razem, dziewczynka została usłyszana, wbrew przekonaniu, że wszyscy ją opuścili. Po skrzypieniu pałacowej podłogi za drzwiami wiodącymi na korytarz dla służby poznała ludzkie kroki. Zawołała więc uszczęśliwiona „Jestem tutaj!”. Osobą, która również bardzo się ucieszyła słysząc oznakę życia we dworku, okazał się być, znany niegdyś także w naszej okolicy, rozbójnik Szyrocha. Tego dnia plądrował wraz ze swymi ludźmi dworek, uprzednio odpowiednio według bandyckiej etykiety potraktowawszy mieszkańców. Mogłoby się wydawać, że dworek taki zasiedla masa ludzi, co jest dużym utrudnieniem dla włamywaczy, ale większość z nich była tylko idiotami, z jakimi wyszkolony łajdak łatwo i szybko sobie radzi.

Możesz przewidzieć sama prawdopodobne zakończenie tej opowieści, dość mało bajkowej w istocie. Powiem tu jeszcze tyle, że jak wspomniałam, modrooka od momentu na którym skończyłyśmy, ma jeszcze co najmniej parę lat życia przed sobą i to w dużo szerszym świecie, niż zdążyła poznać do ósmych urodzin. Inna rzecz jest dużo ważniejsza, kochana córko. Zastanów się i powiedz, czy twoim zdaniem opisane ci dziecko mogło uniknąć złego losu?

Ostatnio zmieniany środa, 09 luty 2011 23:25