13 Lut Tchnienie

Napisał Dział: Opowiadania Komentarze DISQUS_COMMENTS

Wybiła północ. Mimo to w domu Rzęsickich nadal wszyscy spali. Nie, to nie było takie całkiem normalne i oczywiste, zdecydowanie było się czemu dziwić. Pozagaszane światła w każdym pomieszczeniu obszernego, umeblowanego w zachodnim stylu domu jednorodzinnego, czyniły tę noc wyjątkową od tygodni. Zwykle o tej porze panował w tym miejscu ruch – mały, bo mały, ale jednak – a także świeciły się żyrandole: przynajmniej w kuchni, a czasem i w salonie. Mrok i sny zostawały na górze, na piętrze, na dole zaś krzątał się pan domu, Czarek. Słychać było wówczas ostrożne kroki w kierunku kuchni, ciche otwarcie drzwi nowiusieńkiej lodówki, odgłos spożywania lodów w wiaderku, a potem coraz mniej dyskretne odgłosy aktywności fizycznej – kolejno: biegu w miejscu, brzuszków, pompek, skoków na skakance i wreszcie drugiej tury truchtania w miejscu, z jednoczesnym boksowaniem niewidzialnego przeciwnika.

Rzecz być może dziwaczna, zdaniem zwykłego zjadacza chleba, tym niemniej dziwaczniejsze było to, że dziś ów zjawisko było nieobecne.

Tej nocy, o tej szczególnej porze, brakowało tego wszystkiego.

Czarny kot o siwym brzuchu wskoczył na biały płot otaczający posesję Rzęsickich, patrząc w kierunku domu wciąż jeszcze młodego małżeństwa. Reszta jego wielokolorowych towarzyszy zaraz poszła jego śladem, część z nich zeskakując zaraz na drugą stronę płotu. Wszystkie koty milczały i jak jeden wpatrywały się wielkimi oczyma w dom Czarka i Elwiry, jak zahipnotyzowane. Co mogło je tu wszystkie zwabić? Bóg jeden wie. Albo się domyśla… Być może powodem była właśnie ta niecodzienność, anomalia w nocnym życiu Czarka, która zawsze stawiała go na nogi dokładnie o północy.

A przybyły wszystkie okoliczne okazy, zarówno te z ulic, jak i te udomowione. Białe, czarne, w prążki, w paski, pół-perskie, syjamskie, pospolite, dzikie i oswojone. Niebywałe… wszystkie koty zebrały się pod jednym numerem. Numerem państwa Rzęsickich, niedawno wprowadzonych do nowo postawionego domu piętrowego, z równo przystrzyżonym trawnikiem i basenem na tyłach posesji. Projekt jakby żywcem przeniesiony z amerykańskich dzielnic na przedmieściach bogatych miast. Trudno się dziwić, rodzina Rzęsickich wzbogaciła się właśnie na zachodnim kontynencie, z tego faktu też zrodził się pomysł zabłyśnięcia w ojczyźnie własnym domem o zdecydowanej domieszce amerykańskiego ducha.

Skoro już mowa o duchach… Stojące w ciemnościach wnętrze domu, jeszcze zanim wybiła trzecia trzy, powitało nieznaczny ruch i obecność subtelnych dźwięków o dziwnym brzmieniu. Wszystko miało miejsce głównie w salonie, przedpokoju i kuchni, choć i schody na piętro wyraźnie zaskrzypiały same z siebie. Gdzieś zakołysała się zasłona; gdzieś indziej zaszurało krzesło. Dalej powstał podmuch powietrza muskający paprocie w donicach w co poniektórych kątach domu; jeszcze dalej ktoś jakby się odezwał, szepcząc. Westchnął, znowu coś powiedział, a na koniec wrzasnął.

Cezary otworzył raptownie oczy. Nigdy wcześniej się tak nie budził. Zawsze rozchylał powieki powoli i ze spokojem, z wewnętrznym przekonaniem, że wszystko jest na swoim miejscu, łącznie ze wskazówkami zegara, i nadszedł czas, by powstać. Tym razem bynajmniej nie wszystko wydawało się uspokajające i na swoim miejscu. Od razu to wyczuł; nie umknął jego uwadze również fakt, że obudził się lekko spocony i drżący. Podniósł się, sięgając po zegarek na biurku obok łóżka i rozczytał z niego, że jest trzecia trzy. Przetarł twarz dłonią – jego czoło okazało się nieco zroszone potem. Zaspałem – pomyślał. Trudno mu było w to uwierzyć. Mimo wszystko zegarek nie kłamał.

Spojrzał na Elwirę na miejscu obok. Spokojnie spała, przewrócona na bok. Dzieci z pewnością też. Czarek wstał z łóżka, stopy wsunął w trochę za duże, komiczne kapcie o wielkich różowych pomponach, otrzymane od dzieci na urodziny parę miesięcy temu, i wyszedł z sypialni. Kierując się schodami do wielkiego salonu, zastanawiał się, jak mógł być tak nieodpowiedzialny i pozwolić sobie na tak długi sen? Czy mogło to jednak w jakikolwiek sposób odbić się na tym, co zamierzał? Chyba nie, prawda? Czy mógłby to być jakiś zły znak?… Cezary zadawał sobie te pytania czysto odruchowo, nie zastanawiał się długo, gdy je formułował. To było tak, jakby oto gdzieś, choćby głęboko w podświadomości, znajdowała się wiedza – nawet nie przeczucie, a czysta wiedza – że odpowiedzi na nie są bardzo ważne.

Ziewał i przecierał zaspane oczy, gdy zbliżał się do lodówki po swoje ulubione lody truskawkowe, które zawsze czekały na niego w zamrażalce. Poczuł silny chłód, gdy zaglądał do wewnątrz, i pożałował, że nie włożył szlafroka. Zaglądając za to do zamrażalki, ze zdziwieniem stwierdził, że jest pusta! Nieee, no to już przesada – przeszło mu przez głowę i trzasnął drzwiczkami zamrażalki, a potem lodówki. Przeszedł się z kuchni do salonu, dopiero teraz po drodze zapalając światło, i siadł ciężko na białej, skórzanej kanapie. Twarz miał spuchniętą od snu i niewyspania, a w połączeniu ze skrzyżowanymi na piersi przedramionami, robiła wrażenie złej i oburzonej. Czarkowi nie podobało się, że nie ma jego lodów i właśnie się zastanawiał, co, a raczej kto, jest tego przyczyną. Elwira nie jadała lodów, odchudzała się. Mały Luke nie sięgał jeszcze na tyle wysoko, by dopaść się do nich, za to adoptowana Marie w kwestii jedzenia (jak i w każdej niemal kwestii) przyjmowała identyczną postawę, co Elwira. Nie było sensu wspominać o Kasi (która zdecydowanie wolała wersję „Kate”) gdyż ta była obecnie na dyskotece z przyjaciółmi i miała wrócić dopiero rano, albo i nawet później. Lodów przed wieczorną imprezą na pewno by mimo wszystko nie tknęła. Co więc pozostawało?

O, Boże, jak ja się nie wyspałem – Czarek zakrył twarz dłońmi. To będzie trudna noc, pomyślał.

Wstał i przeszedł do niewielkiego pomieszczenia, przeznaczonego w zamierzeniu projektu domu na garderobę, a które służyło mu jako mini siłownia. Wciąż gryzła go chęć rozwikłania zagadki zniknięcia lodów truskawkowych, ale był na to zbyt zmęczony i niejako rozstrojony wewnętrznie. Musiał poćwiczyć; po treningu wszystko przychodzi łatwiej, myślenie się poprawia, człowiek może normalnie funkcjonować. Uruchomił mechaniczną bieżnię i przyłożył dłoń do kaloryfera. Oddalił się od lodówki już o spory kawał i to spory kawał temu, dziwiło go więc, czemu wciąż przeszywa go takie zimno. Z trudem wyczuł, że kaloryfer jednak grzeje, i to całkiem mocno. Mimo to z minuty na minutę robiło mu się coraz zimniej. Zrobił małą rozgrzewkę ścięgien nóg i rozmasował mięśnie, po czym wskoczył w adidasy, a potem na bieżnię. Biegnąc w miejscu, rozmyślał o swojej zbyt późnej pobudce. Zwykle, bo każdej nocy, potrafił budzić się punkt 0:00, nie sprawiało mu to żadnych problemów. Tym razem powodem zaburzenia tej rutyny był niechybnie późny seans filmowy, jaki Czarek odbył wraz z żoną w łóżku. Przenieśli telewizor do sypialni i mieli zamiar puścić „coś z dreszczem” – Elwira lubiła takie filmy. W telewizji leciał akurat jakiś stary, ale klimatyczny horror, który okazał się nazbyt wciągający i tyle też straszny, by zmienić na coś innego. Film opowiadał o wilkołaku-szatanie – jak to określał go teraz w myślach Czarek. Raczej niecodzienna kreacja głównego straszydła; a jednak wilkołak-szatan i sztampowa fabuła spełniającej się apokalipsy robiły pożądane wrażenie. Cezary, biegnąc w miejscu i wspominając film, którego nazwy nie znał, czuł ciarki na plecach. Te wspomnienia przypomniały mu o czymś jeszcze straszniejszym.

Cezary miał dzisiaj koszmary. Nie pamiętał szczegółów, ale mógł powiedzieć przynajmniej tyle, że śnił o wydarzeniach mających miejsce w mroku jego mieszkania. Pamiętał, że chodził po nim, a nawet biegał. Z kimś rozmawiał, choć nawet tego kogoś nie widział – było zbyt ciemno. Ten ktoś chyba mu nawet odpowiadał. Dalej, mógłby przysiąc, wyśniła mu się scena ucieczki po domu; tak, dokładnie to – uciekał. Ktoś lub coś go goniło, chyba nawet krzyczał z tego powodu we śnie. Film ewidentnie na niego podziałał i wyśniony koszmar musiał być właśnie jego zasługą. Eh, szlag by trafił telewizje. Żona uparła się, że właśnie dziś muszą, i to bez wyjścia MUSZĄ wreszcie spędzić wspólnie wieczór; „razem, przy rozmowie, winie i dobrym filmie, nie koniecznie familijnym” (przez co Czarek rozumiał trochę bardziej wybujały pod kątem ograniczeń wiekowych gatunek, niż horror, ale cóż… Ja naiwny – pomyślał teraz).

Cholera, jak zimno – komentował w myślach jedyny czuwający w domu członek rodziny Rzęsickich. Poszedł zajrzeć, co u dzieci. Spały jak wymordowane, czternastoletnia Marie była lekko odkryta. Czarek poprawił zsuniętą z niej kołdrę, przy okazji przykładając wierzch dłoni do jej policzka. Była rozgrzana, w pokoju z pewnością było ciepło, ale jakoś nie dla Cezarego.

Zszedł z powrotem na dół, nalał sobie mleka i przygotował kanapki. Zmusił się, by, zaraz po jedzeniu, zacisnąć pośladki i wznowić trening, który miał go przecież przebudzić – co było niezmiernie ważne.

Nieco ponad pół godziny później siedział już na swoim ulubionym, bardzo wygodnym fotelu obitym brunatną skórą, które służyło mu niejako za rekwizyt do przenoszenia się do „innego świata”. Bo tym właśnie zajmował się Cezary nocami. Po to były mu te nocne pobudki, posiłki i ćwiczenia fizyczne – wszystko sprzyjało i prowadziło do wprowadzenia się w stan OOBE. Zgłębiał tą umiejętność już od stosunkowo dawna, dokładnie od paru miesięcy i kilku dni, więc częstotliwość sukcesów w próbie Wyjścia zbliżała się na jego wykresie bardzo, ale to bardzo blisko stu procent. Cezary był perfekcjonistą i człowiekiem do granic ambitnym, dzięki czemu w ogóle do czegoś doszedł – jak powtarzał. Samozaparcie, upór i siła woli w połączeniu z wielką chęcią poznania świata i jego tajemnic prowadziły go do nieuniknionego sukcesu także i w tym przedsięwzięciu, jakim było wyjście z ciała ciałem astralnym.

Siedział na środku pokoju gościnnego, dokładnie nad nim świecił czterożarówkowy żyrandol. Zamknął oczy i wprowadził się w stan fizycznego relaksu. To nie było trudne, trudniej było okiełznać umysł, który szalał jak dzika małpa w klatce – głupia i nieokiełznana w chęci głupawych zabaw, skacząc z jednego miejsca w drugie; nie potrafiąc, cholera, się po prostu zamknąć. Cezary dążył do oczyszczenia umysłu z wszelkich myśli. Wyciszenia tego niekończącego się monologu w głowie, bezsensownie płynącego łańcuszkiem bla bla bla bla, badania rzeczy zupełnie odległych i nieistotnych, przypominające natrętne powtarzanie refrenu piosenki, którą się nawet nie specjalnie lubi. Każdy człowiek miał ten problem z własnym umysłem, problem zaciętej płyty, która ciągle musi o czymś nadawać, i każdy bardzo łatwo mógł się o tym przekonać. Przegnanie tych natręctw myślowych okazywało się być wielką sztuką, którą posiedli m.in. mnisi z Tybetu, ale za to sztuką, która potrafiła obudzić w człowieku nadświadomość i umiejętność połączenia się z własną, prawdziwą, kosmiczną tożsamością.

 

Wyszedł. Był Poza już długie minuty, ale wciąż siedział na fotelu, a nawet nie otwierał oczu. Przyzwyczajał się do wibracji, która go otoczyła i kołysała, chłonąc zmysłami wszystkie oznaki tego, że już Wyszedł. Dopiero jednak, gdy przekonał się na niezaprzeczalne sto procent, że jego ciało śpi, zaś forma astralna, duch, jaźń, energia, czy jakkolwiek to nazwać, pozostaje czujna i gotowa do podróży, otworzył oczy. Był gotowy. Gotowy badać astral, Świat Energii i Duchów.

Gdy naparł do przodu i faktycznie odłączył od swej materialnej postaci, uleciał ponad nią i odwrócił się do niej, by na siebie spojrzeć. Uczucie było wciąż nie do opisania, mimo że Czarek robił tak przy każdym Wyjściu. Wibracja, która przeszywała jego astralne ciało, przyśpieszyła swą częstotliwość, jednocześnie słabnąc na sile. W parę chwil, Cezary poczuł taką Błogość, Radość… i Miłość, Miłość napływającą do niego zewsząd z miliardów źródeł na Ziemi, a także posyłaną przez jego samego z powrotem do tych miejsc… że następnym zajęciem, jakiemu się poświęcił bez reszty na kilkadziesiąt minut, było latanie.

Leciał przez salon, przez kuchnię i z powrotem; kręcił się w powietrzu, odczuwając skoki drgań w sobie i wokół siebie, przyprawiające o skoki w intensywności nieprzerwanej ekstazy; lawirował pod sufitem, nurkował niżej, pod stół w jadalni, obok krzeseł, ku schodom, w górę, w górę na ich szczyt, a potem znowu w dół, wyrównując lot z poziomem paneli. Podleciał do okna w jadalni i siłą woli, jaką dysponował, pociągnął astralnym odpowiednikiem dłoni za astralnego odpowiednika klamki okna i uchylił je od góry. To wystarczyło, by przecisnął się na zewnątrz. Tam przestrzeń do latania była jeszcze większa; i choć w astralu czekało wiele, zapewne nieskończona ilość możliwości do spędzenia czasu, a przy okazji zbierania doświadczenia życiowego i wiedzy o wszechrzeczy, niedawny zastrzyk Miłości do siebie i wszystkiego wkoło (co również, jak rozumiał, było poniekąd nim) sprawił, że on pragnął jedynie latać. Czuć wolność, nieograniczenie. Czuć cud życia. Cud istnienia.

Uczyniwszy jedno szybkie kółko wokół domu, spostrzegł coś niesamowitego – szarańczę kotów, rozłożonych na całej niemal szerokości jego trawnika, a także na części płotu, omijając jedynie brukowany chodnik. Koty patrzyły na niego, milcząc. Wyglądały, jak widownia, skupiona wyłącznie na swym zadaniu. Ale widownia do czego?

I wtedy poczuł… coś. Nie miało to konkretnej formy, czy dającej się odebrać treści, myśli, ale samą aurę – czarną i złowróżbną. To coś było jak krzyk, który go dziś obudził – nagłe i pełne grozy. Krzyk? – pomyślał. Nie pamiętam krzyku… Rozmyślania przerwała mu kolejna fala nieokreślonego uczucia, że coś jest nie tak, że coś złego, potwornie złego pojawiło się w pobliżu – wszechobecna Wibracja przybrała na sile, ale nagle nie była już taka przyjemna, a przeciwnie. To uczucie, to zaburzenie w nastroju, gwałtowne jak wspomniany krzyk, było podwójnie silniejsze w przekazie od wibracji miłości, której się przed chwilą poddał, a która prysła jak marny czar marnej wróżki. Strach – oto, co zastąpiło Miłość i Błogość.

Pomyślał o oknie do jadalni i już tam był – wisząc metr nad ziemią przy oknie, które, choć powinno być otwarte, okazało się zamknięte. Zdziwienie o mało nie sprawiło, że Czarek spanikował. To nie byłoby jednak takie złe, bo za każdym razem, gdy zbyt duży, bo niebezpieczny dla zdrowia strach lub jakikolwiek dyskomfort „psychiczny” zdoła opętać eksperymentującego z OOBE, nawet w trakcie jego bycia Poza, fizyczne Ja potrafi przyciągnąć do siebie Ja astralne i przerwać całe zjawisko w jedno mgnienie (nie licząc się z niczym). To jak hamulec bezpieczeństwa, za który, jeśli nie my, świadomie, to ktoś inny, „inny pasażer” powiedzmy (lub może raczej sam konduktor), pociągnie za niego i zatrzyma pędzący w złym kierunku pociąg. Niestety, Cezary nie mógł w tym wypadku na to liczyć, był chyba zbyt doświadczony i mimo wszystko opanowany. Oprzytomniał zatem zupełnie, z powodzeniem przegnał strach i zaczątki paniki, i zaczął szukać wyjścia z sytuacji – czyli wejścia do własnego domu. Okrążył go w ułamek sekundy, nie znajdując jednak żadnej szczeliny, przez którą mógłby się przecisnąć. Zamiast tego dostrzegł coś, co rozerwało jego niedawno skupioną w sobie przytomność i odwagę na strzępy. Patrząc w miejsce, gdzie stał jego ulubiony, wygodny fotel, na którym zostawił swoje ciało… spostrzegł, że teraz go brakuje. Fotel stał osamotniony; ciała zaś nie było ani na nim, ani nigdzie w pobliżu.

Cezary następny ruch wykonał zupełnie bezwarunkowo. To był odruch, bodziec na tak wielki szok, który towarzyszy obawie… wyobraźcie ją sobie… utraty swego ciała za życia.

Zderzył się z oknem w salonie, przez które spoglądał na fotel, i wraz z intensywnym hałasem przedostał w ten sposób do środka. Odwrócił się, przypatrując rozbitej szybie okna, zdziwił ogromnie, lecz zaraz potem puścił w niepamięć to, co właśnie uczynił, a co było chyba bardziej niecodzienne i niesamowite, niż zebranie kociej populacji całej wsi przed czyimś domem. Astralne byty potrafią przenikać materie zupełnie jak duchy w filmach; ale tych, których trzyma przy ziemi ciało fizyczne, obowiązują pod tym względem pewne wyraźne bariery.

Cezary puścił się do gorączkowych poszukiwań swego ciała. Zaglądając w każdy kąt kuchni, potem jadalni, potem salonu i przedpokoju, ścigał się ze swoimi myślami. Co mogło się stać?! Wszyscy śpią; nikt by go poza tym nie ruszył z fotela, bo byłby wiotki jak lalka i ciężki jak worek ziemniaków; kobieta i mały chłopczyk by temu nie podołali, a już na pewno nie zniknęliby w tak krótkim czasie! Zatem CO? Lunatykowanie?… Przecież to nie to – pomyślał natychmiast. On nie spał. Mógł to tak nazywać, ale to nie sen; poza tym nie zwykł lunatykować. A jeśli?…

Wyobraził sobie siebie kroczącego jak lunatyk, ślepy i głuchy na wszystko, niczym zombie kroczący sztywnym krokiem. I właśnie z tą wizją go olśniło… A groźba śmierci ze strachu, nawet w obecnej sytuacji de facto „braku możliwości śmierci z racji braku ciała”, zionęła mu w twarz niby prawdziwy oddech pogańskiej kostuchy.

Nie – przebrnęło mu tylko przez myśl, żałośnie, z tępym, pustym wydźwiękiem załamania i niedowierzania przede wszystkim. Następującą potem chwilę ciszy, pustą pauzę w tym całym szaleństwie, rozerwał wybuchł kobiecego wrzasku. Dobiegał z piętra…

Ciało astralne Czarka odwróciło się gwałtownie i pomyślało o Elwirze. Wnet, jak na przyśpieszonej taśmie video, astral jak na życzenie przeniósł Czarka na górę, prowadząc wzdłuż salonu, a potem po schodach, i postawił w progu drzwi do ich sypialni z Elwirą. To, co Cezary potem ujrzał, było szczytem grozy tego niemożliwego koszmaru. Elwira nadal leżała w łóżku. Teraz jednak już nie spała. Chwytając się za otwartą cięciem krtań, wiła się w agonii, próbując, na marne, wydusić z siebie krzyk bólu; krwawiąc obficie, dusząc własnymi sokami. Krew w astralu podobno wygląda jak smoła, ale to widocznie mit, bo Czarek widział idealnie czerwoną, przy czym magicznie jaskrawą, świecącą plamę, która rosła na pościeli wokół jego żony. Od razu widać było, jakaż nieskończona energia łyska się w tej życiodajnej substancji.

Przed nią, przed konającą Elwirą, przy prawej krawędzi łóżka Czarek widział sprawce jej kaźni – Jego, Jego samego. Czarka. A raczej jego ciało, kierowane przez coś, o czym Czarek nie miał nawet pojęcia, że naprawdę istnieje; półnagie, bo pozbyło się szlafroka. W samych kapciach i bokserkach, stało chwiejnie na prostych nogach, zwieszając głowę tak, jakby usnęło w pozycji pionowej. W jednym z kołyszących się w zwisie rąk trzymało duży kuchenny nóż do warzyw. Krew kapała z jego ostrza, jakby zarżnął nie tylko Elwirę, lecz…

O, Boże, Dzieci! – pomyślał duch Czarka i zaraz pognał do pokoju naprzeciwko sypialni, otwierając drzwi na oścież.

Obraz… obraz krzyczących z wielu miejsc jaskrawoczerwonych plam i chlapnięć: na ścianach, podłodze, pościeli na lóżkach, wyróżniających się w zupełnym mroku pokoju… obraz jedynie właśnie krwi i półcieni, i pól kształtów zgaszonych ciał dziecięcych… podziałał na Cezarego, niczym niski głos Boga czytający wyrok: Piekło.

Znalazł się w Piekle. Zaprawdę poczuł się, jak zaproszony wbrew swej woli do komnat samego Szatana, punktualnie na świeży wernisaż sadystycznych malatur jego najnowszych dzieł. Dzieł z nim i jego rodziną w roli głównej…

Smutek. Pierwszy raz poczuł smutek w tym innym świecie, świecie duchów, gdzie wszystko, co pochodzi z Serca, jest dwa razy intensywniejsze i po prostu czystsze. Było jak średniowieczne koło tortur, łamiące mu po kolei wszystkie kości. Wibracja żalu i straty nie do opisania wypruwała mu trzewia energii wszechświata, której był manifestacją, i sprawiało ponadto, że zapadał się w głąb tej straty z każdą sekundą coraz bardziej i bardziej, niby w bezdenną studnię.

Odgłosy, jakie dotarły nagle do Czarka, były mu jak chlust zimnej wody w twarz. Natychmiast trafnie rozpoznał, czym były ciche, odległe o kilkanaście metrów drapania. Klucz ocierał się o metal zamka do drzwi. Ktoś próbował wejść do domu.

Ciało astralne Czarka odwróciło się w kierunku frontowych drzwi swojego domu, a potem spojrzało na swoje fizyczne ciało, stojące nadal nad jego dogorywającą małżonką. Zdziwił się już wcześniej (lecz tylko podświadomie wówczas) czemu nie widzi duchów swych bliskich, którzy przed chwilą skonali i powinni być, siłą rzeczy, w pobliżu. Teraz szybko odpowiedział sobie na to pytanie – a właściwie zrobiła to za niego scena, której stał się raptem świadkiem. Coś, jakaś wielka siła, która ukradła jego ciało pod jego nieobecność, wsysała właśnie przez usta życiowe tchnienie jego zamordowanej żony – jej duszę. Wessała ją jak odkurzacz i… i… i pożarła, Boże!, pożarła ją, jak kawał mięsa. Nie towarzyszył temu żaden dźwięk w astralu czy realu, Czarek czuł za to, czuł na swej aurze, że dzieje się coś nieskończenie przerażającego. To była ta sama myśl-uczucie, które kazało mu wcześniej wracać do ciała.

Ciało Cezarego odwróciło się i spojrzało w kierunku, z którego płynęły odgłosy prób otwarcia drzwi domu. Jego oczy… Te oczy powiedziały Czarkowi ostatecznie wszystko. Miały zupełnie czarny kolor (nawet w miejsce białek), ale jeśli się przyjrzeć wnikliwiej, na dnie tej czerni widać było prawdziwe oblicze duszy siedzącej w owym ciele – odległej, czarnej jak smoła lecz otulonej płomieniami, przynoszącymi tej piekielnej duszy widoczną wesołość i ekstazę.

To był Demon. To istota demoniczna, zły duch, jak się go prosto zwało w mitach, opętał i przejął ciało fizyczne Cezarego, teraz dokonując na żywych bezkarnego spełnienia swych piekielnych marzeń, żądzy ludzkiej krwi. A raczej żądzy ludzkiej rozpaczy, bo ta była cenniejsza… Ujrzał swoją szansę zapewne już dawno temu; kręcił się w pobliżu Czarka i wybrał odpowiedni moment, teraz ciesząc się sukcesem skradnięcia śmiertelnikowi jego fizycznej formy. Dzięki której mógł przecież tak wiele, tak wiele!…

Demon w ciele Cezarego ruszył marszem ku frontowemu wejściu domu, a duch Cezarego rzucił się nań natychmiast; siłą woli, którą wcześniej zbił szybę w salonie, spychając go ze schodów.

Kate za drzwiami usłyszała głuchy łomot czegoś ciężkiego, przetaczającego się po stopniach schodów. Instynkt bezbłędnie podsunął jej wyjaśnienie, czym dokładnie było to, co usłyszała. Zlękła się, zaniepokoiła i otrzeźwiała natychmiast, gdyż stawiła się pod domem na lekkim rauszu – teraz jednak wnet jej przeszło. Już parę chwil wcześniej, gdy mijała tłum spokojnie siedzących kotów na swoim podwórku, „faza” zaczęła jej przechodzić, a uczucie zdziwienia pobudziło przytępioną alkoholem pracę mózgu.

Skupiła się na trudnym zadaniu trafienia w mroku w dziurkę zamka. Tymczasem wewnątrz domu poobijane ciało Czarka wstało bez oznak choćby nieznacznego osłabienia, mocniej za to zaciskając pięść na uchwycie kuchennego noża. Wznowiło marsz w stronę Kate, a ciało astralne jej ojca teleportowało się tuż przed drzwi, które ta otwierała. Kate w końcu się powiodło – przekręciła klucz, nacisnęła klamkę i pociągnęła do siebie jednoskrzydłowe drzwi. Zaraz po tym, jak ujrzała zbliżającego się do niej z salonu tatę z jakimś świecącym metalowo przedmiotem w ręce, jakaś niewidzialna siła wyrwała jej z ręki klamkę drzwi i trzasnęła nimi, zamykając je na powrót. Kate aż pisnęła; i przez ten pisk doszedł ją równocześnie o tyle słabo brzmiące, co uciszone owym piskiem ostrzeżenie, gdzieś z przestrzeni, krzyczące desperacko…

UCIEKAAAJ! – zawył w astralu Cezary. Odwrócił się do demona, zebrał w sobie cały gniew, jaki w nim do niego dziś urósł, i rzucił się na niego z wyciągniętymi „rękoma”. Pchnął demona z całych sił, jakie mógł w sobie skupić, lecz ten, choć upadł, zaraz wstał i przemówił telepatycznie do Czarka: Odejdź. Głos demona, choć spokojny, barwą przypominał jeden z tych w filmach o egzorcyzmach, który płyną z ust opętanej osoby.

NIEEE! – brzmiała odpowiedź Czarka. Pchnął swoje ciało jeszcze raz, a demon w jego wnętrzu raz jeszcze upadł na plecy, a potem wstał i powtórzył spokojne: Odejdź.

Wynoś się z mojego domu! Precz z mojego domu, siło nieczysta! Precz z mojego CIAŁA!!! Zostaw moją rodzinę. Zostaw moje dziecko!

Gdy następny raz pchnął swoje własne ciało, te odpowiedziało przy tym próbą ataku nożem. Cios szczęśliwie chybił, ale Czarek wiedział, że gdyby stało się inaczej, demon autentycznie mógłby uczynić jego duchowej postaci krzywdę. I to niemałą. Słyszał o tym, że ostra krawędź potrafi zranić energię astralną, pod warunkiem jedynie, że owa krawędź jest metalowa. Czarek nie znalazł potwierdzenia tego w swych doświadczeniach z bycia Poza, ale mimo to wolał nie wypróbowywać tej powszechnej prawdy.

Kiedy tylko demon wstał, Czarek rzucił się na niego, skupiając w sobie wszystkie dostępne z Astralu siły, i chwycił go za nadgarstek lewej dłoni, dzierżącej nóż. Demon natychmiast stawił opór; fizyczna twarz Czarka zmieniła się w maskę rozwścieczenia. ODEJDŹ! – zagrzmiał byt z piekielnych otchłani. NIE SSSSTAWAJ MIĘDZY KSIĘCIEM A JEGO POŻYWIENIEM, INACZEJ SSSSAM SSSSTANIESZ W PŁOMIENIACH JEGO GŁODU!

Prrreeecz! – wrzasnął w odpowiedzi Cezary; jego siły nie słaby, a wprost rosły i demon przegrywał z nim szarpaninę. Kate już jakiś czas temu otworzyła ponownie drzwi swego domu i patrzyła teraz z przerażeniem na scenę, w której jej własny ojciec walczył z powietrzem o życie. Jej odruchową reakcją na taki widok, widok rodzica kipiącego jakimś szczytowym szaleństwem nie z tego świata (które odbijało się w jego oczach, tak mocno odmienionych…) było zakrycie rękoma twarzy i drżenie na całym ciele, nie mogąc ruszyć się do ucieczki czy pomocy. Cezary zdołał powalić swoją fizyczną postać na podłogę, zaś tam udało mu się wreszcie skierować ostrze noża ku jego krtani i chwilę potem nakreślić nim na niej głęboką kreskę, kiełkującą krwią. Twarz demona, na moment przed tym decydujących ruchem swego przeciwnika, wyciągnęła się ku niemu i wrzasnęła świdrująco głośno – głosem, jakby tysiąca potępionych dusz, wołających z Wiecznego Dołu.

 

EPILOG

 

Nim wstał świt, wokół domu rodziny Rzęsickich aż roiło się od policji i pogotowia. Tymczasem nawet gdyby się mocno uprzeć, nie dało się dostrzec w pobliżu żadnego pojedynczego kota. Wszystkie kotki i kocury tej wsi, które jeszcze nie dawno tu się zebrały, podniosły kupry i rozeszły się zgodnie w swoją stronę, gdy tylko dramat Cezarego Rzęsickiego doczekał się finału. Finału, trzeba pamiętać, szczęśliwego – bo los mógł pokazać, że wielkie horrory, jakie pisze samo życie, doprawdy nie mieszczą się w ludzkiej wyobraźni. Koty odeszły, gdy były już nie potrzebne. Wykonały swoją robotę. Siły, którymi potrafią dzielić się z innymi bytami w astralu, koty rzadko użyczały ludziom. Lecz gdy diabeł zstępuje ze swych głębin i z powodzeniem wykorzystuje swe niecne podstępy, by zawlec ludzki los pod ołtarz zła dla swej czystej uciechy, łamiąc przy tym święte prawa równowagi, zwanej inaczej boską nieingerencją, nawet zwierzęta nie mogą być temu obojętne.

Kate siedziała na brązowym fotelu obitym skórą, na środku pokoju gościnnego, patrząc tępo przed siebie. Przed nią kucał Oficer Adam S. Radnecki, już pół minuty przedłużając milczenie własnych po słowach „bardzo mi przykro”; licząc na to, że świadek jednak weźmie się w garść. Zdążył wypytać wcześniej Kasię o tyle rzeczy, jakie przyszły mu do głowy w pięć, może w siedem minut, w czasie których świadek wydawał się zdolny a i chętny do zeznań. Później było już tylko to bezmyślne spojrzenie i katatoniczny bezruch.

Radnecki wstał od dziewczyny, a jego miejsce zajęli sanitariusze ze służby pogotowia. Podszedł do swojego kolegi, śledczego Pękali, patrzącego na plamy krwi, prowadzące do przedpokoju, gdzie znaleziono martwego właściciela domu.

- Facet wstał w nocy, poszedł do kuchni po nóż i wybił całą rodzinę, a potem popełnił samobójstwo, najpewniej w chwili nagłego załamania, po ujrzeniu żywej, błagającej w dodatku o życie córki, która wróciła z dyskoteki do domu – reasumował Pękala. - Mała miała cholerne szczęście. Nawet głupi fakt palących się świateł w salonie być może zaważył o fakcie, że nadal żyje.

- Skąd wiesz, że błagała o życie – spytał Radnecki. – Mi nic takiego nie powiedziała.

- Wiem, że nie powiedziała, bo przysłuchiwałem się twojemu przesłuchaniu. Wysnuwam tylko taką hipotezę, w oparciu zresztą o to, że świadek mówiła o tym, jak widziała ojca w momencie popełniania podrzynania sobie gardła. Facet ewidentnie był… sam wiesz, jak na takich mówimy… natchnionym chwilowo psychopatą. Chwila natchnienia minęła, gdy córka pokazała ojcowi swoją twarz i przerażenie, to pewne.

Radnecki nie był tak przekonany.

- Dziewczyna mówiła coś jeszcze – zauważył – wyraźnie to pamiętam, zdajesz się o tym zapominać.

- Trudno brać pod uwagę wszystkie szczegóły w zeznaniach świadka, kiedy zdarzenie wiąże się z taką traumą. Młody mózg dziecka… bo to jeszcze dziecko, Adaś, dziewczyna ledwo skończyła 17 lat, nie zapominajmy… potrafi odrzucić rzeczywisty obraz zdarzenia i wmówić sobie jakąś fałszywą alternatywę, pełną fantastycznych detali, tylko po to, by złagodzić szok.

- Dziewczyna twierdzi, że ojciec zmagał się z samym sobą, jakby z niewidzialnym przeciwnikiem. Siłował się, by nie dopuścić do tego, co go spotkało.

- Twierdzi też, że został opętany przez demona, co sam jej powiedział z otwartą krtanią. Dość niesłychany wyczyn, nie sądzisz?

Radnecki przestąpił z nogi na nogę i pokręcił głową.

- Daj spokój, Adaś, pacjent dorobił się pieniędzy, domu z basem i sześćdziesięciocalowej plazmy w sypialni, a zasłużył najwyżej na kaftan z za długimi rękawami, plastikowe sztućce i pokoik bez klamki, wymiary dwa na dwa. Czego tu się więcej doszukiwać? Czas pokaże, że nie ma w tym nic nowego.

Radnecki patrzył na wciąż zawieszoną dziewczynę z ogromnym, uwidocznionym na twarzy współczuciem do niej.

- Najciekawsze jest to – podjął dalej Pękala – że klient naprawdę przeczołgał się lub przeraczkował potem przez kawałek salonu i całą długość przedpokoju ku wyjściu na zewnątrz. Zapewne, by chwycić powietrze… Wykrwawił się dopiero przy stopach własnego dziecka, które oszczędził. Kurwa, co za hardkor.

Wzrok Radneckiego wrócił z powrotem na twarz Pękali. Zawitał w nim teraz jednak wielki chłód.

- Chodzi mi o to, że nie możemy domyślać szczegółów, które mogą prowadzić do błędnych tropów i zatrzeć prawidłowe – zaczął Radnecki. – Ta dziewczyna straciła w nocy całą najbliższą rodzinę i być może już nigdy nie dojdzie po tym do siebie. Dowiedzmy się i udowodnijmy, co dokładnie tu zaszło, bo, cholera, to, że sprawa nie jest bynajmniej niczym nadzwyczajnym i nieznanym z archiwów policyjnych spraw na całym globie, to jedno, ale że gówno tak naprawdę wiemy o tym, co takie sytuacje powoduje, to drugie. I tym drugim trzeba się w końcu zająć, stwierdzam, bo istnieje tysiące rodzin, takie jak ta.

- Okej, okej. Rozumiem cię, wyluzuj. Daj trochę na wstrzymanie, ile razy mam ci to powtarzać?

- Powtórzysz to jeszcze jeden raz, a połamie ci nos. – To powiedziawszy, Radnecki oddalił się, wkraczając do fotografowanego przedpokoju, na podłodze którego widniał obrys zwłok Cezarego Lasher Rzęsickiego, lat trzydzieści trzy… oraz ślad jego ostatniej pielgrzymki na kolanach. Stanisław Pękala za to podszedł do poszkodowanej, imieniem Kasia Kate Lasher Rzęsicka. Przykucnął przy niej, jak wcześniej uczynił to Radnecki, i zapytał o coś w obecności dwójki sanitariuszy.

Dziewczyna popatrzyła na niego wielkimi oczyma. Po czym wybuchła taką furią, że gdy rzuciła się na niego z pięściami, sanitariusze ledwo utrzymali ją na miejscu.

- Ty skurwysynie, gówno rozumiesz! NIC nie rozumiesz, słyszysz?! NIC, kurwa! Ty pierdolony… - wstrzymała się, zabrakło jej tchu, jednocześnie biorąc głęboki wdech na resztę słów: - You fuckin’ dick! You damn fuckin’ shithole! You fuckin’… - nie przestawała wyzywać go po angielsku i grozić na zmianę: I’ll kill you! I’ll kill you, motherfucker, You’re fuckin’ dead!

- Co się stało, cholera? – zapytał Radnecki, nabiegając szybko.

- Nic – podniósł ręce w obronnym geście Pękala. – Spytałem tylko, czy jej ojciec miał jakieś hobby.

- I co ci odpowiedziała?

- Obe.

- Obe?

- Tak – wzruszył ramionami. Para mundurowych pomagała już sanitariuszom pogotowia zabrać dziewczynę na dwór. - Kiedy spytałem, co to takiego, powiedziała, że akronim, pochodzący od jakichś angielskich słów.

- I co?

- I wtedy mnie zaatakowała.

- Jeśli mogę coś zasugerować… – podniósł się spokojny, zimny głos jednego z ów dwójki sanitariuszy – …to trzeba było odpuścić sobie dalszego komentarza z cynicznym skrzywieniem na twarzy: „Ah, język angielski. No tak, Ameryka i te sprawy, dobra, okej, rozumiem.”

Radnecki zmierzył Pękale piorunującym wzrokiem. Pękala wiedział doskonale, gdzie podrażnił wrażliwość dziewczyny. Zbladł.

 

Radnecki wyszedł na dwór, na idealnie przystrzyżony trawnik Kasi Rzęsickiej i jej martwej rodziny, zostawiając Pękale z połamanym nosem na podłodze salonu. Wezwał go tu bowiem młody okularnik w białym fartuchu i rękawiczkach lateksowych z brygady techników. Zamiast zajmować się wnętrzem domu, badał podwórko i coś zauważył…

- No co jest? – spytał Radnecki.

- Uśmieje się pan.

- Szczerze wątpię.

- No więc – zaczął technik, poprawiając okulary na nosie – chodzi o koty…

Radnecki podniósł brwi.

 

 

 

KONIEC

Ostatnio zmieniany środa, 09 luty 2011 23:24