17 Lut Tomik bajek Czarownicy - O błądzeniu koniecznym

Napisał Dział: Opowiadania Komentarze DISQUS_COMMENTS

O błądzeniu koniecznym



Miska z czosnkiem gotowa? Nanizaj trochę ząbków na sznurek i zawieś je nad drzwiami, a niemili goście nie pojawią się między nami... Już, już. To naprawdę działa. Jeśli się przychodzi tylko z zamiarem prawienia złośliwości, ostra czosnkowa woń zniechęca. Gdyby przeciwnie, miał kto jaki interes do Leśnej Wiedźmy, wnidzie pomimo. Zawieszone? Znakomicie. Zmiażdż dwa ząbki, resztę odstaw i wracaj do mnie.

Bardzo młoda kobieta, kiedy zachodzi w ciążę, z reguły już dużo wie o dzieciach, bo nie jest jedynaczką, albo w sąsiedztwie dopomagała opiekować pacholęta. Ja ci przedstawię szczególny przypadek - wyjątkowo stara to historia - dziewczęcia, co nie widziało nigdy maleńkich dziatek. Mało tego, zauważywszy raz, że brzuch jej się coraz to nadyma niemal z każdym dniem, zakryła go spódnicami i obmyślała jak uciec z domu, by nikt jej nie znalazł. Nie kochała tego, kto dał jej rosnące w niej maleństwo i przeklęła go. Zaś samotne panny-matki poważaniem ciemnego ludu się nie cieszą. Wolała więc to niż konieczność znoszenia szyderczych spojrzeń sąsiadek przez resztę życia, a tym bardziej od utyskiwań ojca i matki, oburzenia braci. 

Pewnego szczególnie upalnego dnia, sporządziła duży tobół z chlebem i winem, i wyszła z domu mówiąc, że idzie zanieść to chłopom pracującym w polu. Za pagórkiem zasłaniającym widok ze wsi na uprawy, skręciła do zagajnika. Szła nieprzerwanie, póki nie opadła z sił - wówczas posiliła się częścią tego, co wzięła, a później usnęła w zagłębieniu pod wystającymi z ziemi korzeniami wielkiego dębu. 

Krążyły po okolicy pogłoski, że w tym lesie urzęduje babka znająca się na czarach. Ją chciała znaleźć dziewczyna i odbyć u niej praktyki, jeśli ta się zgodzi. Wyobrażała sobie, że żywot wiedziony poza wsiową społecznością musi znacznie bardziej cieszyć, był wizją czegoś nieznanego, nowego. W dodatku, uwolniłby ją od cudzych osądów. 

Od rana nazajutrz znów zagłębiła się w las, podobnież przez następne i następne długie letnie dni. Nie rezygnowała z dążenia do celu dopóki, gdy nie skończył się jej prowiant. Choć jagód było wbród, nie wystarczały by dać jej sił do dalszej drogi.

Tymczasem we wsi panowało poruszenie. Szukano zaginionej dzieweczki, aż kapłan zwołał ludzi na modły za jej potępioną duszę - uznał, że musiały ją wraz ciałem porwać złe duchy. Wytłumaczył to tym, iż żądają one więcej respektu dla siebie, niż się im ostatnio okazuje. Nieliczni, którzy wezwania do odprawienia ceremonii (i koniecznie sowitego opłacenia odprawiającego ją) nie usłuchali, podejrzewali lokalną czarownicę o dokonanie porwania. Część z nich bała się jej tak bardzo, że woleli się nie narażać - zostali we wsi. Pozostali, w tym bracia śmiałej dziewczyny, skrzyknęli się i wyszli grupkami do lasu, by odnaleźć babkę. Kapłan wyklął buntowników, reszta wieśniaków od tego dnia obchodziła ich szerokim łukiem... właściwie, to już inna sprawa; Tych, co zapuścili się za uciekinierką w las, a się w nim nie pogubili, zostało trzech i byli niesłychanie wytrwali - jak ona. Krew z krwi, rodzina.

Wróćmy jednak do tego, co działo się z nią samą. Jedna czarownica faktycznie bytowała wówczas przejazdem w niejakim pobliżu wsi i doskonale wiedziała, co się w lesie wyprawia. Obserwowała wszystkie poczynania dziewczyny, a także ludzi postępujących za nią. Nie sprawiało jej to problemów, boć to sama Hekate. Nie muszę ci mówić, Cypris, że wśród chłopstwa, a i mieszczuchów opinię miała najgorszej jędzy, ale nic a nic sobie z tego nie robiła. Spodobała się jej samodzielna decyzja dziewczyny, wcale roztropna, jej zdaniem. Popodglądała ją trochę, by sprawdzić, czy jest wystarczająco zdeterminowana i odważna, a kiedy się w tym upewniła, dopuściła ją do siebie. Przy czym jej braciom wciąż mieszała ścieżki, lecz zadbała również, żeby nie spotkała ich zła przygoda.

Było to tak: ciężarna panna piła ze strumienia, aż tu ujrzała, że niesie on czerwoną smugę, niby krew. Nie uciekła w obawie przed niedźwiedziem lub wilkiem, ale poszła w górę cieku, chcąc sprawdzić, co tam się stało. Pomyślała, że może czarownica ma z tym coś wspólnego i nie omyliła się. Hekate ukłuła się w palec nad wodą, a prostą sztuczką - pokażę ci ją kiedyś - sprawiła, że krople różanego koloru zostawiały, płynąc, długi ślad. 

Dziewczyna, gdy dostrzegła postać kobiety przed sobą, przyglądającej się jej, wyciągającej wciąż dłoń nad strumieniem, zbliżyła się trochę i skłoniła przed nią. "Nie powinnaś mi się kłaniać" - powiedziała czarownica i spytała ją, czy wie, z kim ma do czynienia. Usłyszała odpowiedź przeczącą ale też przypuszczenie, że zapewne jest tą, która włada lasem. Na to roześmiała się, bo takich bredni na swój temat jeszcze nie słyszała, a żyła już długo. I przedstawiła się: "Jestem Hekate, ale, choć mam dużo mocy, nie władam tym, czym nikt nie może władać." Dodała też - "Nie kłaniaj mi się, gdyż masz właściwie tyle władzy, co ja." Panna usłuchała, choć nie rozumiała tego, co zostało powiedziane. Czarownica zgodziła się zostać z nią do czasu, aż ta wyda dziecko na świat. Później w planach miała ważniejsze rzeczy.

Zamieszkały we dwie w chacie na wzór naszej, bo dokładnie takich trzeba czarownicom. Uczennica znakomicie chłonęła nauki z zakresu zielarstwa, leczenia, warzenia... Ogółem, mnóstwo. Pojętna, chciała wiedzieć jak najwięcej. Jej mentorka była więc zadowolona, że przyjęła ją do siebie, z dnia na dzień ciekawsza, jak się potoczą losy dziewczyny, gdy już zostawi ją samą sobie. Nie tylko wpajała jej wiedzę teoretyczną, lecz przede wszystkim pielęgnowała w niej rysy charakteru, które najbardziej ceniła - pragnienie niezależności, wiarę w siebie, rozważność i dzielność. 

Hekate, jak wytrawny pedagog, tak rozkładała tematykę lekcji, by na ostatnie miesiące nauk zostały jak najłatwiejsze rzeczy. Poza tym, w miarę, jak zbliżało się rozwiązanie, bez proszenia o to wyręczała przyszłą matkę w tym i owym, przydzielała jej mniej forsowne zajęcia i szczególnie dużo mówiła o sposobach postępowania z dzieckiem. Również o tym, jak przekazać mu własną wiedzę.

"Nie możesz okazać niekonsekwencji, inaczej nie poradzisz sobie z wychowaniem malca" - przypominała jej. Ona zaś pytała: "Jak mam z nim postępować, żeby był mi posłuszny?" Na to czarownica niezmiennie odpowiadała tylko tyle: "Zachowywać się będzie tak, jak go nauczysz. Będzie robił głównie to, co podpatrzy u innych, zwłaszcza u ciebie. Nigdy go nie bij, a nie będzie cię gryzł."

Nastał wreszcie czas. Hekate została przy położnicy i przyjęła poród. Nadała dziecku proste imię, Kalispera, bo przyszło na świat wieczorem - po czym, zgodnie z przyrzeczeniem, zniknęła, udając się we własną drogę.

Odtąd młoda matka mieszkała spokojnie w lesie, wychowując córkę według wskazówek nauczycielki. Pewnego gorącego wiosennego dnia podczas pory roztopów, parę lat po rozstaniu z czarownicą, musiała ukarać dziecko, bo drugi raz złamało jej przykaz i odeszło daleko od chaty. Powiedziała mu: "Za pierwszym razem, gdy to zrobiłaś, przyrzekłam ci, że jeśli to powtórzysz, zamknę cię na cały dzień w piwnicy. Dzięki temu zapamiętasz na zawsze, że możesz się oddalać od domu tylko wraz ze mną." I zrobiła tak, zważając słowa Hekate o byciu konsekwentną. O surowości, z jaką powinno się karać dzieci miała pojęcie o tyle, o ile pamiętała, jak ją karcono w dzieciństwie. A pamiętała ojcowską rózgę. Nauki czarownicy o tym, że kar fizycznych najlepiej zaniechać, nie były potrzebne, by wybrała inną metodę. 

Z ciężkim sercem słuchała płaczu, krzyków małej Kalispery, zamkniętej w ciasnej piwniczce pod podłogą chaty, ale nie wypusciła jej. Aby spróbować odwrócić myśli od dziecka, wyszła na zawnątrz, zajęła się niewielkim ogródkiem, który w tamtym roku założyła. Wróciła wieczorem, zastając ciszę. Uniosła klapę piwniczną, a wezbrana woda oblała kostki jej stóp. Natychmiast wyłowiła córkę, ale już było za późno - Kalispera utonęła. Długości jednego dnia trzeba było, aby rozpuszczony śnieg wypełnił przestrzenie pod powierzchnią gruntu. Lamenty żałobne trwałyby i trwały, gdyby nie rzecz niezwykła. Pamiętasz, Cyprycjado, trzech nieustępliwych braci zaginionej? Tego dnia znaleźli wreszcie siostrę, zanim zdążyła z rozpaczy sama próbować się utopić. Zdumieni, wysłuchali jej opowieści o tym, co się z nią działo w ciągu wszystkich lat rozłączenia, kiedy już była w stanie opowiadać. Każdy z braci zapewnił ją, że nigdy by się jej nie wyrzekli, bo zbyt duży na to mieli dla niej szacunek. Razem odprawili pogrzeb.

Hekate oglądała to wszystko z dużej odległości, pełna satysfakcji. Sama dopomogła śniegowi się topić. Sama też w odpowiedniej chwili pozwoliła rodzeństwu się połączyć. Nie pytaj mnie, jak. Ale skoro zastanawia cię, dlaczego, tę rzecz powiem ci. Uważała, że człowiek nie jest zdolen inaczej nauczyć się akceptować własną omylność, jak tylko popełniając wielki błąd i wybaczając go sobie samemu. Bez tego zaś, nie potrafiłby odpuszczać innym ich niedoskonałości. Chciała dopełnić szkolenie, ot co... Może jednak to i jakaś racja w tej legendzie o jej jędzowatości. Jesteś niesłychanie odważna, dlatego popełnisz pewnie więcej błędów, niż ktokolwiek inny, bo wielu decyzji będą od ciebie wymagały kłopoty, w jakie nie raz cię wpędzi twoja śmiałość. Pamiętaj naukę Hekate. Ludzie do dziś składają jej ofiary z czosnku, więc będzie ci o niej doskonale przypominał. Zjedz dwa ząbki, już będą dobre, odstane. Ku pamięci patronki wszystkich czarownic. I odtąd rób tak codziennie, kochanie.
Ostatnio zmieniany środa, 09 luty 2011 23:22