Andrzej uwielbiał ją oglądać w takich chwilach. Tych nielicznych, osobistych momentach, kiedy Weronika zrzuca z siebie maskę zdystansowanej, zimnej suki, traktującej każdego człowieka jak obcego, a zamienia się w dziki żywioł nieskrępowany konwenansami, regułami społecznego życia, robotycznym rytmem pracy i zawistnymi językami. Wziął do ręki aparat i zaczął robić zdjęcia. Wiedział, że dziewczyna tego nie lubi, ale nie mógł się powstrzymać; nawet na zdjęciu, tej żałosnej namiastce żywego obrazu, samotnej klatce uchwyconej na kliszy, jej twarz, włosy, piersi, ramiona – wszystko było idealnie piękne.
W końcu Weronika przestała grać i dostrzegła Andrzeja, stojącego z aparatem w dłoni; skrzywiła się lekko, rzuciła słuchawki i usiadła na łóżku, nie odkładając jednak gitary.
– Nie masz ciekawszych rzeczy do fotografowania? Nie lubię, gdy robisz mi zdjęcia…
– Mógłbym naszkicować twój portret.
– No tak, o czym ja w ogóle mówię… przecież rozmawiam z geniuszem. Złotym człowiekiem! Facetem, który potrafi wszystko: rysować, malować, fotografować i grać na każdym instrumencie. Czego nie dotknie, zamienia w złoto!
– Weronika…
– Daj mi spokój. Wiesz, jak ci zazdroszczę? Ty potrafisz wszystko. Twoje zdjęcia odnoszą sukcesy na wernisażach, twoje obrazy wiszą w galeriach, a w wierszach zaczytują się setki ludzi! I to wszystko ot tak, samo z siebie, bez żadnych namów, bez przymusu. A ja? Osiem lat uczyłam się gry na skrzypcach tylko po to, żeby matka mogła się pochwalić, jakie to ma zdolne dziecko…
– Przecież grasz na gitarze…
– Grasz? Co to za gra?! Natłok dźwięków, kakafonia, niepoukładana piramida dysonansów i kontrapunktów, zatopiona w zwykłym hałasie, bez ładu i składu. Ty nazywasz to grą?!
Andrzej nie powiedział nic. To prawda, że wszystko zazwyczaj przychodziło mu prosto, bez zbędnego wysiłku. Jednak, w przeciwieństwie do dziewczyny, wcale się z tego nie cieszył. Cóż to za przyjemność, potrafić zrobić coś dobrze już podczas pierwszej próby? Patrzył wielokrotnie, jak Weronika ćwiczy na gitarze; jak uczy się nowych chwytów, jak podejmuje kolejne starania mimo krwawiących palców; jak rzuca instrument w kąt, zdenerwowana i zirytowana swoimi niepowodzeniami; jak skacze ze szczęścia, gdy wreszcie uda jej się zagrać szczególnie wymagający fragment utworu, lub wyszedł jej interesujący riff. Gdy coś przychodzi zbyt łatwo, przestaje cieszyć; mały wysiłek sprawia, że człowiek gnuśnieje, umysł ma przytępiony i nie potrafi właściwie ocenić istoty rzeczy. Traci poczucie piękna.
Zawsze śmiała się, gdy to mówił. Twierdziła, że w głowie mu się poprzewracało. Uśmiechnął się. Zdjął marynarkę i krawat, podwinął rękawy koszuli i poluzował kołnierzyk. Potem sięgnął do dużego kufra i wyjął stamtąd futerał na skrzypce.
– Jeśli uważasz, że twoja gra jest tylko bałaganem dźwięków, zagraj ze mną. – Powiedział, strojąc instrument. – Pokażę ci to, czego sama nie chcesz dostrzec.
rys. Konrad Guliński
I zaczął grać. A wraz z każdym pociągnięciem smyczka mieszkanie napełniało się spokojem. Harmonia melodii, pełnych dostojeństwa i wewnętrznego ładu opatuliła ich, kojąc zmysły miękkimi dźwiekami. Ukazały się przed nimi przepastne, zielone równiny, wielkie miasta o wieżach z kości słoniowej i złotych kopułach, gwarne wsie i wschody słońca w lecie.
Dziewczyna przez dłuższą chwilę wpatrywała się w Andrzeja, nie chcąc grać. W końcu jednak chwyciła gryf i trąciła struny. I w jednej chwili po owych zielonych łąkach przetoczyła się pożoga, lawina dźwięków i żywioł ognia, skumulowany chaos wojennej zawieruchy; zagrzmiały działa i huknęły bomby. Powietrze przeszył krzyk konających i płacz dzieci; wieże waliły się w gruzy, a ciężkie cielska czołgów siały śmierć i zniszczenie Zapanowała diabelska noc, pełna trupiego tańca.
Skrzypce ponownie się odezwały, rozpościerając przed nimi widok na miasto. Budynki pięły się w górę niczym winorośl, harmonijnie wkomponowane w otaczający krajobraz. Ulice, wybrukowane kamieniami, lśniły od porannej rosy, a wózek mleczarza podskakiwał na kocich łbach. Dzieci biegały wąskimi uliczkami, kręcąc się wokół kwiaciarek, przylepiając nosy do szyby cukierni i grając w klasy. Kiedy jednak znów zabrzmiała gitara, miasto zmieniło się nie do poznania; budynki powykręcały się, strasząc wybitymi oknami, skruszonymi cegłami i stalowymi prętami balkonów; w strugach rzęsistego deszczu przemykali nocą mordercy, polujący na sprzedajne dziwki, podczas gdy w zaułkach policja biła do nieprzytomności młodego chłopaka. Starzy dewianci w swych czarnych limuzynach porywali samotne dzieci, a bezpańskie psy wałęsały się po ulicach.
I znów smyczek przejechał po strunach. Znaleźli się na równinie, porośniętej pachnącą trawą. Samotne drzewa szumiały od podmuchów ciepłego wiatru, a wraz z nim do uszu dolatywał odgłos wydawany przez świerszcze brzęczące w trawie. Weronika przeciwstawiła temu zimną pustkę kosmosu, pustkę totalną, z jej wyludnionymi mgławicami, eksplodującymi supernowymi i mechanicznymi satelitami, pozbawionymi wszelkich cech ludzkich.
I tak trwał ich koncert, w zapamiętaniu, pasji i uporze. Gdy on harmonijnie budował kolejne stopnie, wznosząc wieżę sięgającą nieba, trwałą opokę, nieulękłą i masywną, ona uderzała w nią z siłą wichru i ognia. Niczym oszalała, zalewała ją płomieniami zapału i zasypywała gradem gniewu i wściekłości. Chaos skondensowany do kilku dźwięków.
Gdy skończyli, z twarzy Andrzeja ściekał pot, a pierś Weroniki podnosiła się i opadała ciężko, jak po ogromnym wysiłku. Przez chwilę wpatrywali się w siebie, w końcu jednak dziewczyna odłożyła gitarę i podeszła do mężczyzny.
– Teraz już wiesz, o co mi chodziło? – Powiedział, muskając dłońmi jej włosy. – Harmonia i zamieszanie, Chaos i Ład. Jedno zwalcza drugie, ale żyć bez niego nie potrafi. Ład bez niszczącego ognia rozrasta się niczym rak, stając się własną karykaturą; chaos bez odbudowy staje się daremny, bo nie jest w stanie trwać dłużej niż chwila. Nie ma takiej twierdzy, której nie można spalić; nie ma takich zniszczeń, których nie można odbudować. Wszystko opiera się na tej harmonii dysonansów…
– Za dużo czytasz tych filozofów. – Weronika wsunęła dłonie za koszulę Andrzeja i pogładziła jego pierś. – Zaczynasz gadać tak jak oni.
Nie odpowiedział nic, westchnął tylko, gdy paznokcie dziewczyny przesunęły się w dół, zdobiąc jego klatkę piersiową ośmioma krwistymi wstęgami.
– Czyli teraz to ja mam być twoim instrumentem, tak? – Zapytał, czując żar bijący od niej.
– Owszem. I uwierz mi, dopiero teraz przekonasz się, jak wygląda prawdziwy żywioł…
Piotr Sarota

Już od wejścia owionął go potężny podmuch muzyki. Riffy kłębiły się niczym płomienie, niczym żywioł, niepowstrzymana ściana energii, uzewnętrznionych uczuć, które zalegały dotąd w najgłębszych zakamarkach duszy. Ostre dźwięki tnące powietrze niczym nóż, zmieniające się raptownie w rozedrgane, chorobliwe pomruki, by za chwilę znów zabrzmieć potęgą równą pędzącej lawinie. Zamknął drzwi i wszedł do salonu.







Komentarzy
Pomijam dialog, pełni tu drugorzędną rolę. Bardzo podobają mi się opisy: krótkie acz treściwe przedstawienie postaci. Para przyciągających się przeciwieństw marzących o tym co ma to drugie, zamiast cieszyć się tym co mają.
Obraz wyczarowany przez ich muzykę jest bardzo interesujący i sugestywny, prawdziwa uczta dla wyobraźni.
Zakończenie - odpowiednie, z odrobiną uroku i humoru.
Przyczepię się do samej strony "filozoficznej", bo sam mam dość szczególnie sprecyzowaną wizję na ten temat: Harmonia jest czymś pomiędzy Ładem i Chaosem. Dlatego użycie jej tutaj jako przeciwieństwo zamieszania wydaje mi się niewłaściwe.
Druga sprawa - użyłeś tu stereotypowego przedstawienia Chaosu jako siły niszczącej a Ładu jako budującej. A to nie tak. Chaos jest siłą niszczącą, ale jako ciągła zmiana i wzrost - również siłą stwórczą. Podobnie Ład - ma swój aspekt pozytywny, ale jego ciemna strona prowadzi do stagnacji i upadku. Jak to ładnie ująłeś "staje się własną karykaturą".
Niezależnie od różnic filozoficznych: opowiadanie bardzo dobre. Naprawdę mnie ująłeś.
Oczywiście jestem otwarty na dyskusję, jeśli masz na taką ochotę ;)
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.