02 Cze O życiu, śmierci, tłumaczeniu i kopalniach tłuszczu w Polsce - wywiad z Piotrem Cholewą

Napisane przez Dział: Wywiady Komentarze DISQUS_COMMENTS

PWC WYWIAD2

Andrzej Sapkowski w “Historii i fantastyce” stwierdził, że żeby obcojęzyczny tekst trafił do czytelników, tłumacz musi posiadać zdolność wyczucia, aby dobrać odpowiednią specyfikę przekładu – styl czy humor. Zgadzasz się z tą teorią? Może właśnie jej się trzymasz podczas pracy? A może masz własny modus operandi?

To prawda, naturalnie, choć trudno to nazwać metodą działania. To jest tak, że każda książka ma swój nastrój, swój styl, swój język... Gdyby nie to, zamiast czytać całość, wystarczyłyby streszczenia. Weź choćby samego Andrzeja Sapkowskiego i końcówkę “Wiedźmina”, gdzie Andrzej opisuje bitwę. I można powiedzieć: no tak, była wielka bitwa, po obu stronach ginęli ludzie i nie tylko, Nilfgaard przegrał. No, ale jak on to napisał... Do dziś uważam, że to najlepsza bitwa w fantastyce, a może i nie tylko.

Fantastyka – w ogóle literatura – nie polega tylko na fabule. Opowiedzenie książki nie daje tych samych przeżyć, co sama książka. Ważny jest właśnie styl, nastrój, typ humoru...

Zelazny jest bardzo... poetycki. W pewnym sensie. Jego narracja jest specyficzna. Gaiman także, choć inaczej. Douglas Adams pisał w takim odrobinę... hmm... biurokratycznym stylu, co dawało efekt nieco absurdalnego (ale i cynicznego) humoru. Pratchett stara się unikać patosu, który wynika tylko z pozornie beznamiętnej opowieści.

Oczywiście są teksty (wcale nie gorsze), gdzie ten styl nie gra tak wielkiej roli, gdzie liczy się głównie pomysł. Ale to też jest autorska decyzja stylistyczna.

Podobnie z humorem: inny jest humor Pratchetta, inny Monty Pythona, jeszcze inny Douglasa Adamsa (żeby wymienić najbardziej znane przykłady). Tłumacz powinien jakoś to wyłapać, w pewnym sensie wczuć się w tekst.

Co skłoniło Cię do zostania tłumaczem? Z tego, co mi wiadomo, z wykształcenia jesteś doktorem matematyki.

Nic mnie nie skłoniło, bo nie podjąłem nigdy takiej decyzji. To był proces... Tak mi się wydaje. Widzisz, dla większości ludzi matematyka to taka trochę czarna magia (magia bo niezrozumiała, czarna bo trochę groźna). Osobiście nigdy nie mogłem pojąć takiego podejścia. Matematyka to język, uprawiana twórczo przypomina poezję (która – muszę dodać – też jest często niezrozumiała). Ponadto – zapewne inaczej niż poezja – matematyka jest strukturą świata. Ale do rzeczy.

W 1981 wstąpiłem do Śląskiego Klubu Fantastyki – samo odkrycie takiego klubu było dla mnie istotne – rozumiesz, znalazłem się wśród swoich. W owych czasach każdy szanujący się klub musiał wydawać fanzin. No i ja do tego fanzinu zacząłem coś tam tłumaczyć, bo znałem angielski (w takim sensie, że czytałem zdobywaną bohatersko angielską fantastykę). Któryś z tekstów trafił wtedy (za pośrednictwem naszego ówczesnego prezesa Kasprowskiego) do Lecha Jęczmyka, który wydrukował opowiadanie (Wyndhama) w piśmie „Problemy”, taki ówczesny odpowiednik „Wiedzy i Życia”, czy raczej może „Świata Nauki” – był tam dział opowiadań fantastycznych. Następny tekst (Howarda) zrobiłem dla „Fantastyki” (jeszcze nie „Nowej”), potem dostałem propozycję „Dziwnego Johna” Stapledona (za namową Kasprowskiego, ówczesne wydawnictwo Śląsk zaczynało serię fantastyki), a potem „Karabiny Avalonu” i jakoś poszło.

Przez długi czas zajmowałem się matematyką głównie, a fantastyką w czasie wolnym. Ale proporcje czasowe zaczynały się powoli odwracać... I moje zainteresowania też. Mówiłem, że matematyka jest jak poezja, a zatem wymaga trochę natchnienia, a na pewno chęci i zaciekawienia. A mnie coraz bardziej interesowała fantastyka. Jakoś utrzymywałem ten stan do końca zeszłego tysiąclecia i w 2000 roku odszedłem z Uniwersytetu. Nadal ze wzruszeniem wspominam ten okres, a z szacunkiem i podziwem moich nauczycieli i kolegów.

Wiadomo, że jesteś wieloletnim członkiem ŚKF, byłeś nawet jego wiceprezesem, do dziś piastujesz także stanowisko redaktora naczelnego “Miesięcznika”, tłumaczysz dziesiątki woluminów fantasy i science fiction. Zatem, kiedy stałeś się pasjonatem fantastyki? Pamiętasz może swoje pierwsze eksperiencje związane z tą dziedziną?

No jasne. Bylem wtedy w podstawówce i całkiem przypadkiem kupiłem książkę „Wakacje cyborga” – taką antologię opowiadań francuskich. I byłem wstrząśnięty (pozytywnie). Rany, jakie to były fajne teksty – nie wszystkie, ale i tak mi się podobały. Mam wrażenie, że nie pomyślałem wtedy, że już tylko takie będę czytać, ale postanowiłem czytać wszystkie z fantastyki. Te „Wakacje cyborga” pochodziły z serii “Fantastyka – Przygoda” Iskier, jednej z lepszych, jakie wychodziły w Polsce – mam wrażenie, że wtedy pracował w tym wydawnictwie Lech Jęczmyk i to on promował tam fantastykę – Lech Jęczmyk, spieszę zaznaczyć, mistrz i wzór tłumaczy... My wszyscy z Niego...

Dobra, do rzeczy. Potem dopiero trafiłem na Lema, ale z dobrych (jak dla małolata) tytułów. „Niezwyciężony”, „Obłok Magellana”, „Cyberiada”, „Dzienniki gwiazdowe” i „Opowieści o pilocie Pirxie” – te ostatnie podobno nie są lubiane, odkąd stały się lekturą. Żałuję tego osobiście, bo to są fenomenalne historie. Klasyczne, ale świetne. We wspomnianej serii Iskier wychodzili np. bracia Strugaccy, Asimov, Bradbury, Clarke, Van Vogt...

Przez dłuższy czas zdobywałem książki, a jeśli coś się udało kupić bez zdobywania, było świętem. Jakieś kiermasze, antykwariaty... Czasy były takie, że wychodziło mniej tytułów, więc mimo dużych nakładów znikały błyskawicznie (bywało, że 60 tysięcy w dwa dni).

Tolkiena przeczytałem dość przypadkowo i na wakacjach – ktoś miał i pożyczył. Akurat była to druga część („Dwie wieże”), przeczytałem ją szybko i koniecznie chciałem się dowiedzieć, jak się to wszystko skończyło, ale też jak się zaczęło. To było jeszcze przed masowymi wydaniami, więc upolowałem całość w bibliotece. Przez wiele lat, kiedy z rodzicami jeździliśmy na wakacje do Ustronia, wypożyczałem z tamtejszej biblioteki „Władcę Pierścieni” i czytaliśmy z siostrą po kolei, żeby sobie przypomnieć.

Prowadzenie fanzinu z pewnością nie należy do łatwych zadań – szczególnie, gdy chce się utrzymywać przyzwoity poziom. Jak, pomimo tego że “Miesięcznik” funkcjonuje non profit, udaje się pozyskać bogate i wiarygodnie merytorycznie teksty?

Metodą żebrania, błagania, przymusu, przypalania pięty i temu podobnych metod. Poważnie – jest trudno, nie wszyscy chcą pisać, niektórzy obiecują, ale zwlekają tak długo, że publikacja traci sens... W ogóle czasem się zastanawiam, czy papierowe fanziny w ogóle warto jeszcze wydawać, choć z drugiej strony papier to jednak papier...

Przez ostatnie lata problem ze zdobywaniem tekstów wziął na siebie Boguś Kobic, bohatersko pełniący funkcję sekretarza redakcji i głównego poganiacza. Nie wiem, jak to robił, ale był skuteczny. Teraz odszedł (z przyczyn zawodowych, nie może tak wiele czasu poświęcać na “Miesięcznik”, a pracuje daleko) i od razu nastąpiło makabryczne opóźnienie. Moja wina. Trochę robię sam, oczywiście. Głównie newsy.

Ale “Miesięcznik” ukazuje się dzięki dobrej woli wielu osób i przy tej okazji chcę podziękować wszystkim naszym recenzentom i sprawozdawcom i drukarzom. No i zasugerować, żeby nie rezygnowali.

Jak zabierasz się do pracy? Masz rozplanowany grafik, specyficzne rytuały, przedział godzin, a może po prostu tłumaczysz, kiedy czujesz się na siłach? Być może nie obejdzie się bez kubka kawy albo najpierw musisz przeczytać książkę, żeby poznać cały zarys, a potem dopiero zaczynasz przekład?

Mam kilka zasad, ale bywa różnie. Zasadniczo staram się pracować systematycznie, choć wychodzi mi to tylko okresowo – to znaczy prędzej czy później zdarza się coś, co psuje mi plan pracy (to może być konwent albo robię wspomniany wyżej “Miesięcznik”, albo jadę na narty, albo opiekuję się wnukiem... różnie). Zawsze sobie postanawiam pracować porządnie i szybko, żeby mieć jakąś czasową rezerwę i żeby nie spadała na mnie klątwa wydawcy, ale rzadko mi się to udaje. Są takie dni, kiedy zwyczajnie nie idzie. Siedzę przed tym monitorem, coś tam stukam, ale tylko patrzę, jak by tu zająć się czymś innym – żeby uzmysłowić czytelnikom to uczucie, to mniej więcej tak, jak na studiach siadamy, żeby się uczyć do sesji i nagle odkrywamy, że mama już dawno wspominała, że okna brudne, więc może zaliczymy dobry uczynek, bo mycie okien wydaje się czynnością interesującą nad wyraz...

Kawa tak. Startuję od kawy. To znaczy piję kawę do śniadania, potem jeszcze jedną. Staram się na tym poprzestać.

I oczywiście staram się najpierw przeczytać całość. Żeby wiedzieć, co będzie. Wiesz, gdybym tłumaczył kryminał, chciałbym wiedzieć, kto zabił, żeby wykrywać rozrzucone w tekście wskazówki i tropy (jak to w porządnym kryminale). Gdybym nie wiedział, czasem wystarczyłoby trochę inaczej sformułować zdanie, żeby ta wskazówka zniknęła. Dlatego to ważne.

Oczywiście, w fantastyce nie jest to tak dramatycznie istotne, ale bardzo ułatwia pracę. Pewne sformułowania lepiej pasują, jeśli wiem, do czego powinny pasować. Ale nie jestem święty, zdarza mi się tłumaczyć książkę bez czytania (terminy czy pośpiech) Staram się wtedy przynajmniej o porządne streszczenie i naturalnie późniejsza redakcja musi być dokładniejsza.

À propos redakcji. Przetłumaczony tekst czytam jeszcze dwa razy, pierwszy – żeby poprawić niezręczności, błędy, zdania dziwaczne, gdzie w połowie zmieniłem koncepcję, ale nie wykasowałem starej wersji, no i żeby wszystko czytało się płynnie. Drugi raz poprawiam, żeby wszystko brzmiało sensownie i zrozumiale, żeby czytało się płynniej. A na końcu oddaję książkę komuś, do kogo mam zaufanie, ale kto jeszcze jej nie zna (i czyta pierwszy raz). To Ela, naturalnie. Gdyby ktoś nie wiedział, moja żona.

Oczywiście, potem jest jeszcze standardowa redakcja i korekta wydawnictwa.

Jako ojciec Michała Cholewy musisz być niezmiernie dumny z sukcesów literackich syna. Czy mógłbyś powiedzieć, czy miałeś udział w wprowadzeniu go na drogę fantastyki? Wiadomo mi, że to właśnie Ty wszczepiłeś mu fantastycznego bakcyla. Jak to wyglądało? Zabierałeś go na spotkania, podsuwałeś mu książki czy filmy?

No jasne, że jestem dumny. Michał samodzielnie doszedł do fantastyki, ale – powiedzmy sobie szczerze – co miał zrobić? Oglądałem fantastyczne filmy, książki na półkach były fantastyczne... Zaczął czytać fantastykę wcześniej niż ja, kiedy tylko się nauczył, przeczytał np. „Cyberiadę” – chyba z sześć razy, bo skoro była dobra, nie chciał ryzykować z innymi. Trochę go rozumiem, bo akurat po “Cyberiadę” też sięgnąłem wiele razy. Pewne książki mu odradzałem, bo uważałem, że się znudzi i zniechęci, a szkoda by było. Ale to był głos doradczy, bo zasada była taka, że czyta co chce (i co znajdzie na półce). Po niektóre teksty sięgnął dość późno, na przykład po “Kroki w nieznane”.

Na konwenty jeździł ze mną dość wcześnie, w bardzo młodym wieku, chociaż głównie zalegał na sali filmowej. Kiedy miał 15 lat, pierwszy raz był ze mną na Worldconie.

Kiedy czasem wspomina to dzieciństwo, mówi, że ważne było dla niego to, że chodził ze mną do klubu (jeszcze w jednocyfrowym wieku). Spotykał dorosłych ludzi, którzy rozmawiali z nim jak z dorosłym. No, nie tak całkiem, ale dostatecznie. Zapamiętał to i uważa, że mu to pomogło.

Trafne przetłumaczenie tytułu czasami bywa nie lada wyzwaniem, jak np. “Para w ruch” (ang. Raising Steam). Jak udaje Ci się przełożyć nazwę utworu tak, aby zarazem zaintrygować czytelnika, jednocześnie nie odrywając się od znaczenia oryginału?

Niektóre są oczywiste, inne sprawiają kłopoty. Te kłopoty występowały od samego początku właściwie, kiedy tłumaczyłem drugi tom „Kronik Amberu” Zelazny’ego. Tytuł oryginalny to „The Guns of Avalon”, który po namyśle przełożyłem na „Karabiny Avalonu” – niektórzy uważali, że taki tytuł nie pasuje za dobrze do klimatu fantasy, a słowo “gun” ma dość szeroki zakres znaczeniowy, od pistoletu po działo okrętowe. No ale książę Corwin rzeczywiście kupuje tam karabiny (korzystając z licznych kontaktów wśród nielegalnych dostawców broni na Ziemi). To był pierwszy, jeszcze niezbyt trudny problem. Powieści Donaldsona z cyklu “Gap” – tłumaczyłem trzy pierwsze, miały tytuły w stylu „Gap into Conflict”. To “gap” nie oznacza szczeliny czy luki (w każdym razie nie w klasycznym sensie), ale pewną technikę podróży międzygwiezdnych, więc żeby to dobrze brzmiało, zrobiłem z tego “skok” – wyszła technika skoku, a tytuły miały odpowiednie brzmienie („Skok w konflikt” – wydaje mi się, że ma sens).

Tytuł powinien być na temat, dobrze brzmieć i – brutalnie rzecz ujmując – mieścić się na okładce. Zachowując przy tym nawiązania. Sporo takich było u Pratchetta... Nawet taki – wydawało by się – prosty jak „Blask fantastyczny”. W tekście rzeczywiście chodzi o zbliżającą się gwiazdę (która zagraża Dyskowi - ale nie chcę więcej ujawniać tym, którzy nie czytali), czyli tytuł niby OK. Ale „Light Fantastic” pochodzi z pewnego wiersza Johna Miltona (w Polsce nieznanego, przetłumaczyłem zresztą kawałek przy innej okazji, bo był mottem do pewnego opowiadania), gdzie to “light” oznacza raczej “lekki”. No, ale tutaj nie było to aż takie ważne. Przy „Soul Music” zdecydowałem się na „Muzykę duszy”, co jakoś odpowiada treści, ale oczywiste nawiązanie do muzyki soul zniknęło. Żal, ale nie umiałem wymyślić lepiej.

Niektóre tytuły wydają mi się udane, choć wymagały pewnych zmian podejścia: „Equal Rites” na „Równoumagicznienie”, „Sourcery” na „Czarodzicielstwo” (w orygionale sourcerer był źródłem – source – magii, u mnie czarodziciel był rodzicem magii, ale sens pozostał).

Staram się – po przeczytaniu książki – jakoś czekać, aż pojawi się pomysł. Kiedy już wszystkie wątki i zagadki się uleżą, na ogół się to dzieje (cząstka natchnienia, czyli inspiron, rozpada się na swoje trajektorii przez mój mózg). Czasem jest lepiej, czasem gorzej.

Czy otrzymałeś kiedyś propozycję przetłumaczenia książki, której nie chciałeś przekładać?

Tak. Kilka razy. Pierwsze to horrory. Nie lubię horrorów; albo są głupie, albo straszne. Z jakichś względów na samym początku swojej działalności wydawnictwo Amber dało mi do tłumaczenia “Manitou” Mastertona. A potem rewelacyjny horror F. Paula Wilsona “Twierdza” – o rany, miałem po nim koszmary. Rewelacyjny. No, ale potem był drugi tom, już zdecydowanie słabszy, i trzeci... I czwartego odmówiłem stanowczo. Podobnie, ostatnio nie chciałem tłumaczyć “Smutnej historii braci Grossbart” dla Maga – po prostu odrzucało mnie od tej książki (i rzeczywiście jej nie przetłumaczyłem). Ona akurat zbiera różne oceny, czasem wysokie – niektórym podoba się ten dość naturalistyczny opis średniowiecza, ale ja odpadłem.

Były jeszcze inne, ale chyba nie warto wspominać. Zdarza się.

W Fandomie zajmujesz niewątpliwie istotną pozycję, pytanie, które teraz zadam może wydawać się nieco nietaktowne i impertynenckie, acz zapewniam, że powodowane wyłącznie czystą ciekawością. Czy uważasz, że uznanie czytelników jest w pełni uzasadnione, czy raczej czujesz, że czasem Cię przeceniają?

Chcę wierzyć, że uzasadnione, ale tak naprawdę chyba przesadzają. Wiesz, to jest tak, że ja miałem szczęście i tłumaczyłem – w większości – dobre książki. A to znaczy, że dzięki tym dobrym autorom moje nazwisko zaczęło się dobrze kojarzyć. Oczywiście, staram się pracować jak najlepiej potrafię, ale zapewne nie podjąłbym się tłumaczenia Shakespeare’a czy Joyce’a.

Staram się – jak lekarz – przede wszystkim nie szkodzić, to znaczy nie psuć. Próbuję się trzymać tekstu, ale też pamiętać, że czasem trzeba nieco odejść... Ale to w końcu nic takiego.

Nie odnosisz wrażenia, że często autor i wydawnictwo są najbardziej uznawani, zaś tłumaczy odsuwa się raczej na dalszy plan?

Jest taka teoria, że przekład powinien być przezroczysty. Nie powinieneś go zauważać. Lech Jęczmyk powiedział kiedyś, że tłumacz to rzemieślnik – powiedzmy ktoś, do kogo przychodzi klient i mówi: “Wie pan, chciałbym zamówić kopię Wenus z Milo, ale nie marmurową, tylko z dębu, żeby mi do mebli pasowała”, i wtedy on bierze narzędzia i rzeźbi tę Wenus z dębu.

I teraz oczywiście możemy podziwiać tę Wenus (jak on to z tego drewna wystrugał, no, no…), ale jednak chwała należy się – o ile to jego zasługa – Agesandrosowi z Rodos.

Ale wiesz, tak całkiem niedostrzegalni tłumacze chyba nie są. W końcu rozmawiasz ze mną, czyli zauważyłeś.

Minął rok od kiedy Śmierć przyszedł po Terry`ego Pratchetta, ten fakt nie zaskoczył tak bardzo, bo wiedzieliśmy o jego chorobie, jednak wstrząsnął mocno światem literackim. Czy teraz rok po jego śmierci emocje związane z tym faktem są dalej silne?

Nie aż tak. Wiesz, człowiek się przyzwyczaja. Jak słusznie napisałeś, wiedzieliśmy o jego chorobie. Na ostatnim Discworldconie w Manchesterze już się nie pojawił, nagrał tylko wywiad z sobą (odpowiadał w nim na przesłane wcześniej pytania fanów; rozmowę prowadził Rob Wilkins, jego asystent). Umysłowo był w świetnej formie, taki... pratchettowski. Zamiast siebie przysłał na konwent swój kapelusz (leżący na czymś w rodzaju tronu na scenie w głównej sali). Ale wyglądał źle.

Ale jednak kiedy zadzwonił do mnie wydawca i przekazał wiadomość – byłem wstrząśnięty.

Po roku jakoś daje się oswoić jego nieobecność. Wspominam czasem rozmowy z nim, spotkania. To był niezwykły człowiek, bardzo błyskotliwy i inteligentny. I mądry. Wydaje mi się, że po prostu lubił ludzi – a przynajmniej lubił swoich bohaterów.

Czy praca nad “Pasterską koroną” okazała się w jakiś sposób inna od tej nad poprzednimi książkami?

Trochę tak. Widzisz, właściwie od “Niucha” było widać, że Pratchett zaczyna się spieszyć. Mam wrażenie, że w “Koronie…” widać to chyba bardziej. Ale też od “Niucha” widzimy, że on się powoli żegna ze swoimi bohaterami. W “Niuchu” z Vimesem – nie tak, że Vimes ginie czy coś, ale odkrywa życie poza Strażą. I możemy się domyślać, co będzie dalej, zapewne Marchewa przejmie dowództwo, Colon z Nobbsem trafią na emeryturę... takie rzeczy. “Para w ruch” może nie tak wyraźnie, ale w pewnym sensie sugeruje przyszłą karierę Moista. No a “Pasterska korona” to swego rodzaju pożegnanie – choć na różne sposoby – z czarownicami, z Tiffany i babcią Weatherwax. Smutne.

Vimes, Babcia Weatherwax, Vetinari czy Śmierć? Która z postaci jest Twoją ulubioną? No i oczywiście dlaczego ta?

Wszystkie mają swoje fenomenalne cechy... choć chyba jednak Vimes. Podoba mi się z charakteru, z tego, jaki ma stosunek do ludzi (nie tylko homo sapiens). I zdrowy rozsądek, i to, co robi na wojnie... Ta jego osobowość pięknie wychodzi podczas Chwalebnej Rewolucji na ulicy Kopalni Melasy. Tak, myślę, że tak.

Ale z drugiej strony, z wiekiem, coraz bardziej cenię Cohena Barbarzyńcę. Kiedy rzuca wyzwanie bogom, bo – jak mówi – pozwolili mu się zestarzeć. Oczywiście, kiedyś wszyscy umrzemy... ale jeszcze nie dzisiaj.

Świat Dysku pełen jest gier słownych i neologizmów, w jaki sposób starasz się przełożyć tekst, aby oddać jego duszę w jak najbliższym oryginałowi stanie?

To jak z tytułami. staram się wymyślać takie neologizmy, które brzmią naturalnie. Gry słów czasem przepadają... Występuje w książkach krasnolud imieniem Glod (nawet więcej niż jeden, pewnie krewni). Jeśli w “Muzyce duszy” Buddy i Lias mówią “We come with a mission from Glod” - to jest nawiązanie do “Blues Brothers” i musiałem zamienić tego Gloda na Buoga („Przybywamy z misją od Buoga”). No ale kiedy Dyskowy odpowiednik Midasa niezbyt wyraźnie mówi, o co mu chodzi i w efekcie wszystko, czego dotknie, zamienia się w... no? W Zolto. Który jest dość zirytowanym krasnoludem, zjawiającym się w tamtejszym królestwie w swoich licznych kopiach. Miało być Złoto, bóstwo nie zrozumiało, w oryginale miało być Gold, przybywał Glod, krewniak tamtego. No więc to pokrewieństwo mi się zgubiło.

Albo Cudo Tyłeczek – szukałem takiego imienia, które da jakieś tam skojarzenie z tyłeczkiem (niezbyt wyrafinowane, ale takie ma być), a jednocześnie będzie pasowało do płci męskiej i żeńskiej. No, genderowe takie. Wyszła Cudo.

W każdym razie zwykle nie dzieje się to szybko. Trzeba mieć czas, żeby się zastanowić, przemyśleć i jakoś sobie ułożyć. Ciężko jest, kiedy tytuł i jakieś gry słowne występują w reklamowym tekście, który wydawca chce już opublikować, a ja jeszcze nie wymyśliłem, jak to będzie po polsku. Wtedy atmosfera robi się nerwowa.

Tak między wierszami, która książka ze świata dysku jest Twoją ulubioną?

„Straż nocna”. A dalej w kolejności przypadkowej „Łups”, „Carpe Jugulum”, „Kosiarz”. To są dramatyczne książki, w których zdarzają się zabawne sytuacje, ale tak naprawdę są smutne, ponure, przygnębiające. Poważnie. Pratchett odnosi się w nich do rzeczywistości, do świata, są tam sceny, od których dreszcze przechodzą... Tam widać, jakim był fenomenalnym pisarzem.

Parę razy w różnych rozmowach wspominałeś, że w Świecie Dysku pojawił się wątek polski, jak do tego doszło?

To stara historia i wiąże się z drugą wizytą Terry'ego Pratchetta. Powtórzę ją. Podczas spotkania w Krakowie Arek Nakoniecznik zabrał Terry’ego do restauracji “Chłopskie jadło” i pisarz zamówił tam sobie pierogi, a na początek w lokalu zawsze podawali chleb ze smalcem. Jak to Terry opowiadał: „Tłuszcz na przystawkę, potem kawałki tłuszczu w cieście, pływające w kałuży tłuszczu. Przerażające.”

Później jechaliśmy samochodem z Trójmiasta, gdzie podpisywał książki, do Białegostoku, gdzie się odbywał Polcon. Było już ciemno, jechaliśmy wśród lasów (takie miejsca, gdzie elfy porywają ludzi), a od czasu do czasu mijaliśmy jakieś porzucone hale – bodajże – dawnych fabryk. Terry stwierdzi, że po tych pierogach zastanawiał się, skąd w Polsce ludzie biorą tyle tłuszczu. I po tej podróży zrozumiał: wydobywają go metodami górniczymi. Te opuszczone hale to dawne kopalnie, a właściwie szyby. Wyjaśnienie jest proste: dawne dinozaury wyginęły wskutek katastrofy kosmicznej i przykryła je ziemia. W cieplejszych regionach zamieniły się w ropę naftową, u nas, bardziej na północy, pozostały po nich pokłady tłuszczu.

I te pokłady tłuszczu pojawiły się potem w „Piątym elefancie” – w Schmaltzbergu wydobywają go krasnoludy.

Ostatni przekład Pratchetta za Tobą, czy będziesz tęsknił za Światem Dysku i piórem autora?

Pewnie że tak. Jak wspomniałem, Terry pożegnał się z bohaterami, ale przecież wiele jeszcze chcielibyśmy wiedzieć. Na przykład: co z Vetinarim? Niewątpliwie się starzeje, mięknie, nie likwiduje ludzi, których zlikwidować powinien (co by zrobił jeszcze kilka powieści wcześniej). A jeśli umrze, co się stanie z miastem? Przecież nie ma go kto zastąpić (teorię o Marchewie odrzucamy z niechęcią). Jest kilka hipotez...

W posłowiu do “Korony…” Rob Wilkins wymienia kilka pomysłów, o których Terry mówił wcześniej, na przykład o przygodach kota Maurycego, który dostał stanowisko kota pokładowego na statku. Już ich nie poznamy...

Bez Terry’ego Pratchetta świat stał się pospolicie i całkiem nieciekawie okrągły.

Dziękujemy za rozmowę i życzymy dalszych sukcesów przy tłumaczeniach.

Ostatnio zmieniany piątek, 03 czerwiec 2016 21:24