18 Lip Wywiad z Marcinem Przybyłkiem

Napisane przez Dział: Wywiady Komentarze DISQUS_COMMENTS
Oceń ten artykuł
(2 głosów)

przybylek wywiad

Serdecznie zapraszamy Was do lektury wywiadu z Marcinem Sergiuszem Przybyłkiem który przeprowadził Mariusz Famulski.

MF: Witaj, Marcinie. Stworzona przez Ciebie seria nosi tytuł "Gamedec" (z kolejnymi podtytułami). Czy zatem można wnioskować, że sam jesteś graczem? Grywasz, lub grywałeś, w gry komputerowe? (A jeśli tak, to w gry jakiego gatunku/tytuły?)

 

MSP: Jestem graczem od początku istnienia gier komputerowych, czyli od ZX Spectrum. Grywałem we wszystkie możliwe ich rodzaje, często się dziwiąc konserwatyzmowi innych graczy („Gram tylko w RPG’i”, „Gram tylko w FPS’y” itp.). Na Spectrum genialnymi grami były Tau Ceti, Uridium, Renegade…, na Atari Lotus Turbo Esprit, Hired Guns, Diuna (RTS), a pierwszą grą, w jaką grałem na pececie był Wing Commander IV The Price of Freedom. Byłczas, gdyuwielbiałemsymulatorykosmiczne (Privateer, Frelancer, Starlancer, I-War, The Darkening, Tachyon), potemRTS’y (Command & Conquer, Warcraft, Starcraft, Dawn of War), shootery (Battlefield 2, 2142, 4)… Teraz mam zainstalowanychkilkagier. Wersję alfa Eternal Crusade (świat Warhammer 40 000), Gothic Armada (ten samświat), Medal of Honor Advanced Warfare, Battlefield 4, Space Marine’a, Titanfalla, This War of Mine, War Thunder, Deus Exa… na iPadzie skończyłem ostatnio kilka przygodówek: Syberię, Gabriel Knighta, Broken Sworda… Gram generalnie dużo mniej niż kiedyś, mimo to gry wciąż sprawiają mi przyjemność

MF: W Twojej wizji gry przyszłości stanowią całe, rozbudowane, wirtualne światy. Namiastkę takiego sposobu rozgrywki we współczesnym nam świecie mamy w przypadku gier typu MMO. Ich specyfika polega na tym, że ZAWSZE część graczy zachowuje się tam... dziwnie. Wręcz dziko. Jedni skaczą swoimi postaciami po wszystkim, inni piszą na czacie nie związane z grą rzeczy, jeszcze inni sprawdzają na co pozwala silnik gry - w tym np. testując różne sposoby, na które postać można zginąć, a jeszcze inni zwyczajnie "trolują", czyli uprzykrzają innym zabawę tylko po to by ich zirytować. Dlaczego tego typu zachowań nie ma w Twojej wizji gier przyszłości?

Z mieczem kopia1MSP: Dobre pytanie. Pamiętam, jak raz wszedłem na rosyjski serwer gry Battlefield 2. Wyłoniłem się na pokładzie lotniskowca… Co tam się działo. Nie mogłem na początku uwierzyć. Swoi strzelali do swoich, skakali, kradli sobie pojazdy, rozwalali, jeśli „ukradł” je ktoś inny… To był Armageddon. Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Oczywiście paskudne zachowania zdarzają się nie tylko na takich serwerach. Kampowanie blisko punktów respawnów i zabijanie każdego, kto się tam wyłoni, podróżowanie z kumplem posiadającym zestaw do reanimacji (kumpel jest w przeciwnej drużynie), a następnie rozwalanie przeciwnika, reanimowanie, rozwalanie, reanimowanie, rozwalanie, reanimowanie… Znalazłem się kiedyś w roli ofiary takich nabijaczy statystyk. Obrzydliwe uczucie. No i ci wszyscy, którzy nie mogąc znieść porażki, wylogowują się przerywając pojedynek i nie dając w ten sposób oponentowi zaliczyć zwycięstwa. Znam to i wiele innych niedojrzałych zachowań.
No cóż, ja gry zawsze traktowałem serio. Uważałem, że zabawa wtedy jest fajna, gdy wszyscy stosują się do reguł. Drużynowe wsparcie, trzymanie klimatu, immersja. Pamiętam towarzysza broni w Space Marinie, który miał tak niski głos i genialną wymowę (rozmawialiśmy po angielsku), że czułem się, jakby obok mnie walczył prawdziwy Ultramarine albo inny Space Wolf. Pamiętam sporo takich rozgrywek.
Mam nadzieję, że wraz z rozwojem zjawiska kulturowego, jakim są gry, dojrzeją i gracze, a ludzie psujący immersję będą w jakiś sposób filtrowani, albo wyrzucani na serwery dla takich docipnisi. Niech spotkają tam podobnych sobie. Zobaczą wtedy, że gdy wszyscy psują zabawę i nie ma dookoła ani jednego normalnego gracza, owo psucie traci sens…

MF: W świecie "Gamedeca", mam wrażenie, przedstawiłeś człowieka w imadle między przepotężnymi korporacjami, wmuszającymi niemalże swoje produkty biednym klientom a słabnącymi rządami, które chwytają się czego tylko mogą by nie utracić resztek władzy na rzecz tych pierwszych. Taką wizję wieszczysz?

MSP: Wiesz co, jest taki film dokumentalny pt. „Kto rządzi Unią Europejską?”. Można go było obejrzeć jakiś czas temu na kanale Planete. Gdzie jest według Ciebie największe zagęszczenie lobbystów w Europie? Tak, zgadałeś, w promieniu półtora kilometra od europarlamentu. Lobbyści stoją w lobby i zaczepiają polityków dążących na różne ważne spotkania, rozmawiają z nimi, uśmiechają się, naciskają. Tak brzmi oficjalna wersja. Nieoficjalna wygląda tak, że politycy są albo zastraszani, albo przekupywani, innej opcji nie ma. Wszystko służy pieniądzowi i wielkim firmom, zwłaszcza bankom. Dlaczego większość cywilizowanych krajów tonie w długach? Komu to się opłaca? Demokracjom? Daj spokój. Gdyby to rzeczywiście „ludzie rządzili” (demos kratos) a nie koncerny, mielibyśmy wciąż na półkach dobre, niepsujące się produkty w sensownych cenach, nie zaś rzeczy toksyczne, wadliwe, chociaż fantastycznie opakowane. Jakie masz zaufanie do barwników zawartych w Twoim bawełnianym t-shircie? Powinieneś mieć zerowe. Dlaczego? Bo najprawdopodobniej Twoja odzież była barwiona w Bangladeszu toksycznymi środkami. Nie bój się, nie umrzesz od tego. Nie od razu. Niemniej gdyby nie korporacje, nosilibyśmy mniej trującą odzież. To już się stało, Mariusz. Już dawno temu. Znaną nam próbą stworzenia demokracji była Afryka po wyzwoleniu się z kolonii. Niestety, w każdym z tych krajów demokratycznie wybrani premierzy byli obalani jako „dyktatorzy” i w ich miejsce osadzano marionetki służące pieniądzowi zachodu. Pisał o tym Forsyth, pisał Kapuściński. Demokracje to fasady osłaniające prawdziwy obraz świata. To bardzo inteligentne rozwiązanie, bo gdyby ludzie wiedzieli, jak jest naprawdę, przestaliby psioczyć na polityków i partie, a spojrzeliby na prezesów banków i firm zbrojeniowych. Znasz z nazwiska chociaż jednego z nich? No właśnie. Ja też nie. A pamiętasz, jak wszyscy krytykowali Grecję i Unię Europejską za Grecję? Nikt się nie zająknął, że kraj Zorby załatwiły banki. Tak, banki, nie żadne tam lenistwo Greków, czy ich niechęć do płacenia podatków. Wystarczy obejrzeć film dokumentalny „Władca wszechświata”, gdzie były pracownik wielkiej instytucji finansowej opowiada między innymi o tym.

MF: Nie ma dla nas ratunku?

MSP: Rozwiązania widzę trzy: jedno to skokowy rozwój umiejętności ludzkiego mózgu włączający telepatię. W tym momencie wszyscy kłamcy są nagle demaskowani. Dzięki temu prezesi wielkich firm, sprzedajni politycy, wszyscy niegodziwcy są natychmiast oskarżeni o szkodzenie całej ludzkości. Telepatia oznacza oczywiście stworzenie częściowej sieci międzyludzkiej, drugiego internetu, więc nagle obywatele Ziemi zyskaliby świadomość współistnienia, współzależności, dzielenia tej samej przestrzeni publicznej.
Drugie: nawiedzają nas kosmici i z orbity zaczynają robić wielki porządek (dlaczego z orbity? – patrz moje najnowsze opowiadanie pt. „Wywiad” w Gadżetomanii).
Trzecie: choroba, jeszcze przed chwilą miałem je w głowie, ale mi uciekło. Nie martw się jednak, było tak samo fantastyczne jak dwa poprzednie.
Mówiąc poważnie, nie bardzo widzę wyjście. Odpowiedzialność jest zbyt rozproszona, pieniądze zawładnęły myśleniem większości ludzi mających władzę i wpływ na rzeczywistość. Ważne jest też to, że oni nie widzą efektów swoich decyzji, a efekty te nie są bezpośrednie i spektakularne, ale rozłożone w czasie i rozwodnione. One, niczym trucizna wlewana do jeziora, krok po kroku niszczą tkankę społeczną i samą Ziemię. Niszczą też pojedynczych ludzi, którzy słysząc wciąż o „rynku”, „sprzedaży” i innych zupełnie nieważnych sprawach, zapominają o rzeczach istotnych.
Trochę to smutne, bo jeśli tak zwana gospodarcza machina (piszę „tak zwana”, bo tylko głupiec nazwałby to, co się na świecie dzieje, gospodarką. To raczej jakaś antygospodarka) będzie dalej kręcić swoje zębate koła, potrzebne będą wojny, zagrożenia, kryzysy, upadki i pozorne odbudowy. Ten chory system wymaga nieustającego ruchu w interesie. A Ty, a ja usiłujemy w nim po prostu przetrwać. Nie mamy siły, by coś zmienić. To znaczy ja piszę książki, a Ty publikujesz wywiady. To już coś, prawda?

MF: Korporacje są w "Gamedecu" ważnym elementem świata. Ale czy jest życie poza nimi? Jest miejsce na start-upy? Indywidualną przedsiębiorczość? Steve'a Jobsa, który z warsztatu w garażu, za swojego życia, zbuduje światową potęgę?

MSP: Nie patrzyłem na ten świat od tej strony. Myślę, że jest na to miejsce. W komiksie „Leanne” (jest na progu realizacji) opisuję mafie działające w niższych warstwach Warsaw City. Świat człowieka jest różnorodny, nierówny, nie daje się sprowadzić do jednego równania, więc zawsze jest w nim miejsce na anomalie, przypadek, fenomen deus ex machina…

MF: Przeprowadziłeś dziesiątki szkoleń, w tym dla dużych korporacji. Na ile to był istotny czynnik wpływający na Twoją wizję przyszłości? Masz na myśli jakieś szczególne przykłady z życia wzięte, które dały Ci do myślenia?

MSP: W niektórych przypadkach był to czynnik bardzo silny. Do dzisiaj pamiętam swoje zdziwienie, gdy usłyszałem odpowiedź „Bo to się opłaca.” Moje pytanie zaś brzmiało: „Dlaczego firmy farmaceutyczne produkują leki?”. Było to bardzo dawno temu, a ja byłem znacznie większym idealistą niż jestem dzisiaj i pracowałem właśnie w takiej firmie.
Przy piwie czy whisky menadżerowie różnych firm zaczynają opowiadać o swoich pracodawcach, o tym, co się dzieje w „fabrykach”, jak to niektórzy określają. Niektórzy zresztą nie potrzebują do tego alkoholu. Większość sytuacji opisanych w „CEO Slayerze” miała miejsce naprawdę, tak przynajmniej twierdzą ci, którzy mi o nich opowiadali. Scena z prequelatej powieści, czyli „Pierwszego razu”, w której Rodney rozmawia z pewną bizneswoman i słucha, jakie ma zrobić dla niej szkolenie, zdarzyła się w Warszawie, tylko, że zamiast Rodneya przy stoliku z pewną atrakcyjną panią menadżer siedziałem ja.
Ile razy wydawało mi się, że świat jest trochę uczciwszy, trochę normalniejszy, moi kumple siedzący na wysokich stanowiskach wyprowadzali mnie z błędu… „Nie wyobrażam sobie robienia biznesu bez kłamstwa” – powiedział jeden z nich. Inny natomiast oznajmił, że cały przemysł motoryzacyjny zarabia głównie na częściach zamiennych, które wiadomo, kiedy się popsują. Pracuje w znanym nam wszystkim koncernie motoryzacyjnym i jest… inżynierem. Rozumiesz, jak się ma takich znajomych, słyszy się niemal non-stop historie, które powodują, że traci się złudzenia co do prawdziwości otaczających nas iluzji praworządności i sprawiedliwości. „Miliarderów nie sadza się za kratki” – to napisał Mario Puzo w „Omercie”. Nie jest moim kumplem, ale gdy się czyta jego książki, człowiek nabiera przekonania, że ten pisarz widział w swoim życiu bardzo dużo.

MF: Masz bardzo rozległe zainteresowania. Od medycyny, przez fizykę, astrologię po filozofię i psychologię. Jak na tym gruncie zapatrujesz się na A.I. (sztucznej inteligencji)? Chodzi mi konkretnie o aspekt emocjonalny. Towarzyszka Torkila jest A.I. używającą robota, by móc poruszać się w świecie realnym. Zastanowiło mnie, że ów A.I. wykazuje emocje. Troskę, współczucie, miłość? Na poziomie dostępnej nam wiedzy wydaje się jednak, że nie ma możliwości, aby maszyny odczuwały emocje. Można im co najwyżej skryptować pewne reakcje na określone sytuacje. Tym w istocie są owe zachowania?

MSP: O, wszedłeś na mój ulubiony temat. Zaczynając od początku, albo od końca, zależy od której strony spojrzeć, proces poznawczy (dajmy na to człowieka) jest w stu procentach zależny od emocji. Nie jest to łatwe do wychwycenia, ale spójrz na dowolny przedmiot, na dowolny obiekt czy sytuację i spróbuj wychwycić ten nikły, ale zawsze obecny emocjonalny ton, który towarzyszy ci, gdy na nie patrzysz. Trudne? Dam Ci łatwiejsze zadanie i tu z pewnością odpowiesz, że wiesz, o co chodzi. Zacznij szybko powtarzać wciąż ten sam wyraz. Po dłuższej chwili zorientujesz się, że już nie bardzo rozumiesz jego sens. Że sens odczepił się od brzmienia. Że jest tylko brzmienie, ale nie ma już zrozumienia. Jest to bodaj najprostszy sposób na zorientowanie się, że poznanie nie jest tylko czynnością intelektualną. Żebyś wiedział, czym jest doniczka, słowo „palec” czy twarz Twojego ojca, potrzebny jest subtelny, ale niezbędny komponent emocjonalny. To on właśnie jest „sensem” doniczki, słowa „palec” i twarzy. Sens to uczucie. Czujemy sens, czyli rozumiemy. Gdy sens się odrywa, pozostaje brzmienie, obraz, widok, ale nie ma już poznania, rozumienia.
Weźmy inną sytuację. Stoisz na torach kolejowych. Zbliża się w Twoim kierunku z ogromną prędkością pociąg. Rozpoznajesz tę sytuację, widzisz jej sens. Schodzisz czym prędzej z torów, by uniknąć niebezpieczeństwa. Nie wiem, czy wiesz, ale zrobiłeś to tylko dzięki ciału migdałowatemu – małej części Twojego mózgu, której zadaniem jest ocena wydarzeń pod względem niebezpieczeństwa i przyjemności (upraszczając nieco funkcję tego tworu). Gdyby ktoś wyjął Ci z obu półkul mózgowych tę drobinę (ciało migdałowate), sytuacja na torach wyglądałaby inaczej. Widziałbyś pociąg, wiedziałbyś, że za chwilę Cię zabije i… miałbyś to w nosie. Przewidywana śmierć nie robiłaby na Tobie żadnego wrażenia. Byłoby to dla Ciebie zdarzenie obojętne. Obojętne. To ważne słowo. Emocjonalnie obojętne. Dlatego bez ciała migdałowatego pozostałbyś na torach, a, by dodać jakiś miły przykład, gdyby kiwała na ciebie zachęcająco jakaś cud-dziewica, także pozostałbyś absolutnie zimny na jej zaloty. Bo za odpowiednią reakcję także odpowiedzialne jest ciało migdałowate. To ono „zabarwia” rzeczywistość „czerwienią” bądź „zielenią” nadając otoczeniu sens pozytywny lub negatywny. Owo „znaczenie” to inaczej uczucie. Część emocjonalna poznania.
Ostatni przykład. Mamy mężczyznę, który ma funkcjonujący układ limbiczny (emocje) i obszar rozpoznawania twarzy (prawa półkula mózgowa), ale ktoś mu przeciął połączenie między tymi dwoma obszarami. Do Ciebie (jako do lekarza) przyprowadził go jego własny ojciec. Pytasz tego mężczyznę (powiedzmy, Pawła), kim jest mężczyzna, który przyprowadził go do Ciebie (wiedząc, że to jego ojciec). „Nie wiem”, odpowiada Paweł, „To ktoś podobny do mojego ojca, ale nie wiem, kim jest.” „A może to jednak twój ojciec, Pawle?”, pytasz. „Nie, to nie może być mój ojciec. Gdyby to był mój ojciec, wiedziałbym to. To jest ktoś podobny.” „Ale dlaczego ktoś podobny do Twojego ojca miałby cię tu przyprowadzać?” „Może po to, bym lepiej się tu czuł? Pewnie ojciec go wynajął w tym celu”. Rozumiesz, mózg Pawła bez problemu radzi sobie z mierzeniem różnych twarzy, odróżnianiem ich od innych fizjonomii. Część geometryczna jest w porządku. Ale szwankuje autostrada łącząca intelektualną geometrię z emocjami. Emocje nie są podłączone do wymiarowania twarzy. Twarz pozbawiona jest sensu.
Mam nadzieję, że te przykłady pokazały, że emocje są zasadnicze w procesie poznawczym. Bez nich nic nie ma znaczenia. Znaczenie sytuacji, obiektu etc. to emocja. Tak więc, wracając do kwestii AI, żeby sztuczna inteligencja zaczęła rozumieć, w sensie nadawać sens zdarzeniom, musi mieć w swojej sieci neuronowej co najmniej mechanizm kary i nagrody oraz pamięć poprzednich kar i nagród. Widziałem małe robociki operujące na bazie kilku tysięcy komórek mózgowych szczurów. Sieć neuronów nie miała żadnego programu (nie mogła mieć) i była przypadkowa. Podłączono do niej kamerkę, dano kółeczka i silniczek. Tak powstały jeżdżące pojazdy, kompletnie głupie, niezaprogramowane. Jednak zainstalowano w tej sieci mechanizm kary i nagrody. Nie pamiętam, jaka była kara. Nagrodą było nieco wyższe napięcie prądu, czy może natężenie. Podobno neurony to „lubią”. Okazało się, że robociki zaczęły się rzadziej zderzać i ogólnie częściej omijały przeszkody. Wystarczyło, że „czuły” co jest „fajne”, a co jest „niefajne”. W jaki sposób pojedyncza komórka odczuwa „przyjemność”, daruj, nie mam pojęcia. Uczono mnie, że uczucie przyjemności to dość wysoka, wielokomórkowa funkcja. Niemniej nawet jednokomórkowce mają swoje tropizmy i dążą w jednym kierunku unikając drugiego. Gdyby wyobrazić sobie sieć takich jednokomórkowców wspólnie dążących i wspólnie unikających, powstaje bardziej złożona odpowiedź tkankowa, która jest czymś w rodzaju emocji. Być może.
Problemem jest tutaj, kto czuje. Rozumiesz, kto jest podmiotem tego czucia. Wcale nie jest to oczywiste. O, wcale nie. Psyche to teoretycznie emergentna część mózgu. Czyli coś, co się wyłoniło z niego i nie daje się zredukować do budulca. Dla mnie psyche to byt informacyjny, rzeczywiście nieredukowalny do tkanek. Dla Penrose’a (z czym się identyfikuję) świadomość to coś w rodzaju fali (informacyjnej, nie elektromagnetycznej), a mózgi są odbiornikami owej. Z tego punktu widzenia podmiotem emocji jest „ja” zapożyczone od tej fali. Moja radosna hipoteza brzmi tak, każda złożona sieć neuronalna, do której podłączysz zmysły i dasz jej się uczyć dzięki mechanizmom kar i nagród, wytworzy własną, wcale nie sztuczną inteligencję. Z tego punktu widzenia nowej (nie sztucznej) inteligencji nie trzeba programować, lecz trzeba jej dać się rozwinąć.

MF: I na tej bazie widziałbyś rozwój warstwy emocjonalnej u A.I. - np. w twoich światach gry? Zakładasz, że emocje (w tym uczucia wyższe) pojawią się samorzutnie wraz z rozwojem samego A.I.?

Ze smokiem kopia1

MSP: Tak zakładam i uważam, że jest to podejście racjonalne, a wielkim nauczycielem jest tu sama natura. Wystarczy zbadać, zmapować mózgi ludzi zdrowych i mózgi ludzi zaburzonych, chorych psychicznie, ludzi autystycznych i innych, odbiegających od normy. Dzięki temu dowiemy się, co jest niezbędne do wytworzenia się inteligencji sprzężonej z uczuciami, co da w efekcie sensowne spostrzeganie i rozumienie rzeczywistości. Tworzenie AI z tranzystorów to cholernie trudna robota. Mam wrażenie, że pierwsza AI powstanie w świecie wirtualnym i opierać się będzie nie na realnej sieci neuronowej, ale na sieci urojonej, cyfrowej, stworzonej na ekranie komputera. Jest to łatwiejsze. Mózg ludzki zawiera sto miliardów neuronów. Statystyczny neuron ma dziesięć tysięcy połączeń. Połączenia te (synapsy) działają na kilka sposobów i używają różnych substancji chemicznych jako mediatorów. Różne części mózgu działają inaczej. Ale to wszystko istnieje realnie i da się realnie skopiować. Jeszcze nie dzisiaj. Ale wkrótce. Gdy powstanie odpowiednia technologia, by to zrobić, stworzenie cyfrowej kopii mózgu stanie się kwestią odpowiednich funduszy i czasu. I wtedy voila, powstanie AI co się zowie. Nazwiemy ją Stefan.
I od razu należy założyć, że Stefan będzie nienormalny. Dlaczego? Bo otrzyma ukształtowany mózg podłączony do zmysłów, ale nie damy mu czasu na rozwój, na dojrzewanie, na naukę. Bagatelizujemy fakt, że zanim człowiek stanie się dorosłym, używającym poprawnie pojęć abstrakcyjnym bytem, przechodzi przez żmudny i długi proces nauki miliarda rzeczy. Mózg stymulowany mową uczy się jej, stymulowany społecznie uczy się zachowań społecznych i tak dalej. Mózg Stefana będzie potworem. Ale krok po kroku może uda się go ucywilizować. No, chyba, że się nie da. Wtedy zabijemy Stefana (będzie to pierwsze zabójstwo AI) i zaczniemy od nowa. Tym razem stworzymy Stefusia na wzór mózgu noworodka…

MF: W jaki sposób myślisz o tej serii? Ma to być zamknięta struktura; zmierzasz do jakiegoś konkretnego zakończenia historii o Torkilu, czy też jest to bardziej dla ciebie platforma do wyrażenia swoich przemyśleń, obaw, czasem promyczka nadziei; i będzie trwać póki będziesz miał coś do przekazania?

MSP: Myślę, że trafne jest to drugie podejście. Tak chyba myślę. No i jest coś jeszcze, a nawet dwa „cosie”. Po pierwsze jest takie przysłowie (sam je wymyśliłem): „The Story NeverEnds”. Historia nigdy się nie kończy. Zawsze jest coś nowego do opowiedzenia. Nowy wschód słońca, nowe przygody, zapachy, zagadki. A po drugie istnieje przywiązanie, nawet afekt autora do swojej kreacji. Dopóki owo przywiązanie trwa, żyje magia i jest po co pisać. Podobno niektórzy autorzy stają się w pewnym momencie zmęczeni swoimi sagami. Mówią, że jeśli wciąż piszą, kontynuując zawarte tam historie, oszukują sami siebie, a w prozie to widać.
Ja Gamedeca ciągle kocham i sam jestem ciekaw, co będzie dalej. Więc magia trwa.
Aha, jest jeszcze jeden „coś”. Tym cosiem jest wydawnictwo i jego zarobek. Rozumiesz, literatura w naszym kraju podlega, niestety, prawom rynku. Czyli niezależnie od tego, czy to „Mały książę”, „Pięćdziesiąt twarzy pacana” czy „Ulisses”, ma się sprzedać. Jest to trochę chore, bo, jak mi się wydaje, w obecnej dobie „Mały książę” by się po prostu nie sprzedał i przepadł gdzieś w koszykach z tanią książką, o ile w ogóle zostałby wydany. Wydawnictwa w dzisiejszych czasach dbają o jedno – rentowność. Sprzedaż. Nawet jeśli twierdzą coś innego. No, Rebis, duża oficyna, może sobie pozwolić na to, by wydać coś bez wielkich nadziei na zysk. Ale to jest duża firma, ma potężny bufor i mądre podejście do tekstu, a podejściem tym jest pokora wobec przypadku, który decyduje, czy dane dzieło doczeka się popularności, czy nie. Większość jednak wydawnictw myśli bardziej merkantylnie. Przykładowo Fabryka Słów, oficyna z przemiłymi ludźmi, wie, że piszę dobre książki. Ba, mówili, że jedne z najlepszych, jakie publikowali (nie będę się chwalił i cytował ich dosłownie), mimo to proszą mnie o prozę historyczną łamane na fantasy. Bo to się sprzedaje. Nie są ciekawi tego, co piszę. Chcą, bym to ja się zaciekawił tym, czego oni chcą. No tak to wygląda.

MF: Możesz coś powiedzieć o swoim warsztacie? Jak zabierasz się za pisanie nowej odsłony? Mając pierwszy pomysł na to co ma się dziać rozrysowujesz sobie wszystkie wątki, wymyślasz postacie, zbierasz materiały i zaczynasz pisać tak jak ubiera się choinkę, mając już przygotowany gotowy szkielet, który trzeba teraz ładnie opakować? Czy też idziesz na żywioł i opracowujesz wszystko "po drodze" w miarę jak staje się potrzebne?

MSP: I tak i tak. Zależy o jaki tytuł pytasz. „CEO Slayera” i „Orła Białego” pisałem w zasadzie bez planu. Kierowałem się zasadą proporcji i formy. Tutaj trzeba przyspieszyć, tu zwolnić, tu zaskoczyć, tu zmienić scenerię, tu klimat. Oczywiście w międzyczasie powstawał plan. Mniej więcej w jednej trzeciej powieści mam już w głowie dość dobrą konstrukcję, która do połowy się krystalizuje i dobrze, bo z reguły druga połowa tekstu stanowi o wiele większe wyzwanie. Nazywam to „kryzysem środka”. Zwróć uwagę, że większość książek i filmów jest lepsza do połowy. Potem coś się sypie. Dlaczego? Bo łatwiej jest zbudować nastrój i zaciekawić niż związać wątki w zgrabny finał i zaskoczyć pointą. To jest już sztuka. Więc, wracając do Twojego pytania, tak, są tytuły, które tworzą się w trakcie i plan wynika ze splotu wydarzeń już opisanych.
Z Gamedekiem było inaczej. Tam zawsze musiałem mieć wstępny projekt, bo za dużo było sił biorących udział w animowaniu rzeczywistości, za wiele wątków, za wiele genosów i telosów. Musiałem zawsze rozpisać to wszystko na wielkiej płachcie papieru, rozrysować, by zrozumieć, co może się stać, dlaczego i kiedy. Dopiero mając przed oczami taką siatkę zamieniałem ją na plan sekwencyjny, czyli co po czym, po kolei. To było trudniejsze, bo de facto umysł myśli przestrzennie, nie sekwencyjnie. Niestety, każda opowieść musi być opowiedziana od punktu A do punktu Z po kolei, jedno po drugim, nigdy jedno równoległe z drugim, chociaż często to „drugie” dzieje się jednocześnie z „pierwszym”. Tu mamy pewną sztuczność każdej historii (z której większość ludzi nie zdaje sobie sprawy).
Czasami musiałem stworzyć osobną historię, by zrozumieć, jak powinna wyglądać dana społeczność czy miejsce. Tak się stało w przypadku Vaporii opisanej w „Czasie silnych istot”. Żeby wyobrazić sobie jak ta planeta wygląda „teraz”, musiałem cykl po cyklu stworzyć ponad sto lat jej rozwoju. Tylko dzięki temu wymyśliłem Micomy, Cumulomachy i wiele innych wynalazków czy zwyczajów tego niezwykłego globu. A przecież opisuję ten świat zaledwie na kilku stronach.
Jest też tak, że do Gamedeca dorzucam wiele rzeczy. Przemyśleń. I rzeczywiście przypomina to strojenie choinki. Jeszcze to. Jeszcze to. I to. W pewnym momencie opowieść przypomina migotliwe, inkrustowane… „cudo”. Problem polega na tym, by nie przesadzić, bo w pewnym momencie choinka może przestać przypominać choinkę, a więc opowieść straci dynamikę, impet i stanie się niestrawna.
Istnieje jeszcze jeden aspekt pisania powieści w głębokiej przyszłości, w tak złożonej rzeczywistości jak gamedecowa. To potrzeba załadowania do pamięci autora wszystkich niezbędnych danych. Pamiętam, że gdy miałem przerwy w pisaniu „Czasu silnych istot” czy „Obrazków z Imperium”, musiałem poświęcić ładnych kilka godzin na swoisty „research”, czyli przypomnienie sobie wszystkich zależności, nazw własnych, wynalazków, urządzeń, po prostu świata. Gdybym tego nie robił, powieść ulegałaby uproszczeniu i ciążyłaby ku normalnej, znanej rzeczywistości.
Nie miałem tych problemów w przypadku „CEO Slayera” czy „Orła Białego”. Gdy opisywałem te historie, a w międzyczasie powieść obyczajową „Symfonia życia”, zdałem sobie sprawę z tego, jak łatwo pisze się rzeczy nieosadzone w głębokiej przyszłości…

MF: Zdarza Ci się być niezadowolonym z tego co napisałeś? A jeśli tak, to co wtedy? Wyrzucasz cały fragment i zaczynasz jeszcze raz czy też szlifujesz ten węgiel aż będzie diamentem?

MSP: Tak. Chyba największym potknięciem tego typu było opisanie przygód Torkila w podmieście Warsaw City w „Sprzedawcach lokomotyw”. W pierwszej, wyrzuconej potem wersji, Torkil jest przyjęty przez ubogich ludzi żyjących u podstawy jednej z wież. Podmiasto nie jest dzikie i opuszczone. Żyją tam ludzie z nizin społecznych. Ubodzy i życzliwi. Jakoś nie kleił mi się ten fragment, a był spory. W końcu zdecydowałem, że muszę go zastąpić dramatyczniejszą wersją wydarzeń i tak powstała chyba najbardziej podniosła część „Sprzedawców…”, czyli walka Torkila o przetrwanie.
Inną odrzuconą rzeczą była tzw. „Planeta zabijaków” w „Czasie silnych istot”. Przygotowując się do napisania powieści sporo czasu poświęciłem na wymyślenie wielkiego statku, który po ewakuacji Ziemi nie poddał się terrorowi Stratos Thiri, ale został przejęty przez drużynę futbolową, czy innych twardzieli i wylądował na globie z tlenowym biotopem. Opisywałem problemy populacji tego statku (pięćdziesiąt tysięcy ludzi), to jak dziesiątkują ich choroby, jak naukowcy i lekarze walczą, by sobie z tym poradzić, jak jest ich coraz mniej, ale w końcu radzą sobie i część z nich przeżywa. Spotkanie z ludźmi z tej planety miało stanowić element zaskoczenia w powieści, miało być takim fajnym, błyskotliwym zwrotem akcji. Ale odkryłem podczas przygotowań jakiś błąd logiczny, jakąś wadę konstrukcyjną takiego rozwiązania, coś, co przekreślało możliwość zaistnienia takiej społeczności (niestety, nie pamiętam już, na czym polegał błąd) i ze smutkiem odrzuciłem koncept „Planety zabijaków”.
Są fragmenty przegadane. Wtedy je tnę. Są fragmenty niedopisane (czytelnik za mało widzi, nie wie, gdzie się rzecz dzieje), wtedy dopisuję didaskalia. Są fragmenty bez magii. Wtedy odpoczywam i czekam na iskierkę natchnienia, która pozwoli mi wrzucić w nie coś wyjątkowego.
Tak było na przykład ze sceną obrony „Archimedesa” w „Czasie silnych istot”. Na początku opisałem po prostu powolny start statku i toczącą się wokół niego heroiczną bitwę. Ale brakowało mi czegoś wyjątkowego w tej scenie. I wpadłem na pomysł, by olbrzym w pewnym momencie zanurzył się w wielkiej, burzowej chmurze. To jest właśnie ta iskra, ten element, który spowodował, że scena walki stała się w jakiś sposób wyjątkowa.
Wiele takich sytuacji miało miejsce w „Obrazkach z Imperium”. W jednej z pierwszych wersji Angela i Torkil wymieniają namiętny pocałunek we wczesnej fazie bitwy nad czerwoną planetą. Ale to nie grało, nie miało odpowiedniej dramaturgii. Dlatego przeniosłem tę scenę później i teraz jest to moja ulubiona scena w całej powieści.

MF: W jednym ze swoich wystąpień, jakie można znaleźć na Twoim kanale na youtube zwracasz uwagę, że bardzo istotne dla osiągnięcia szczęścia czy zadowolenia z siebie jest właściwe ulokowanie swoich aspiracji: wewnątrz, a nie poza swoją sferą kontroli. Powiedziałeś, że poświęcając odpowiednio dużo czasu i energii można napisać dobrą książkę (i to znajduje się wewnątrz sfery kontroli), ale nie można sprawić, by stała się ona popularna (bo to już leży poza nią). Na ile więc dla Ciebie jest ważne, aby Twoje książki były popularne?

MSP: O, ciekawe. Zapomniałem, że coś takiego mówiłem. A to niegłupie. Istotnie, nie wszystko leży w naszej strefie kontroli (której nie należy mylić ze strefą komfortu). Możemy napisać dobrą (w miarę swoich możliwości) książkę, ale popularność to już strefa kontroli tysięcy innych ludzi. Bardzo trudno na nich wpłynąć, a najczęściej jest to niemożliwe bez pieniędzy czy zastosowania nie do końca uczciwych form komunikacji.
Popularność moich książek, Mariusz, jest dla mnie rzeczą kluczową. Prawie najważniejszą. Oczywiście ważniejsze jest, by były po prostu dobre. Ale zaraz na drugim miejscu jest popularność. Przyczyna jest bardzo prosta. Im książki popularniejsze, tym lepiej się sprzedają. Wtedy mogę zarobić sensowne pieniądze i pisać dalej…

MF: W innym materiale na kanale yt powiedziałeś, że "seks nie jest zupełnie istotny w twoich książkach" - co miałeś na myśli? Przy czym pytam w kontekście takim, że jednak jest tam poruszana atrakcyjność fizyczna, pożądanie, Torkil zwraca uwagę na walory kobiece w tym kontekście - no tyle, że (przynajmniej w tych książkach, które przerobiłem) nie ma samych aktów seksualnych...?

MSP: To był przecież żart! W Gamedecu, w ogóle we wszystkich moich książkach (z wyjątkiem „Kaliny i Kaja”) seks jest i jest ważny. Oczywiście nie silę się na opisywanie intymnych części ciała, bo uważam, że takie zabiegi niszczą erotykę. Ponieważ sam jednak jestem wrażliwy na urodę kobiecego ciała, w podobny atrybut zaopatruję swoich bohaterów. Zatem żart, to był tylko żart…

MF: Czego zatem ci życzyć? Może zainteresowania twoją twórczością ze strony CD Projekt Red? W przypadku wiedźmina światowy efekt był wręcz piorunujący :)

MSP: O, tak. Czasami się zastanawiam, czy Andrzej docenia prezent, jaki ta firma mu sprawiła. To by się przydało. A czy się ziści?

MF: A zatem, po "Cyberpunku 2077" życzmy naszym rodzimym twórcom również rodzimych inspiracji. Dzięki za rozmowę.

MSP: Dziękuję i pozdrawiam.

Ostatnio zmieniany wtorek, 19 lipiec 2016 18:02