22 Lis Wywiad z Martą Kisiel

Napisane przez Dział: Wywiady Komentarze DISQUS_COMMENTS

kisiel wywiad2

Zapraszamy do lektury wywiadu z Martą Kisiel, autorką „Dożywocia”, „Siły niższej” oraz „Nomen omen”

Na początek może skok na głęboką wodę – co jest największym wyzwaniem podczas pisania?

Wyrwanie skrawka doby tylko dla siebie, żebym mogła pobyć sam na sam z własnymi myślami i kartką papieru. Kompletnie mi to nie wychodzi. Zgubiłam gdzieś ostatnie pół roku, było i nie ma, ktoś się nie bał i… No, wiadomo. Cała reszta twórczych mąk i frustracji — szukanie koncepcji, research, klecenie fabuły, dopinanie szczegółów, a potem powolne wciskanie się z każdym kolejnym zdaniem w świat przedstawiony, w stylistykę, w klimat — to nic w porównaniu z chronicznym niedoczasem, w jakim żyję.

Pisanie na naszym rynku nie jest przeważnie nazbyt dochodowym zajęciem, chociaż niektórym się to udaje. Czy w obecnej chwili – mając w pamięci wyczerpany nakład „Dożywocia” spod skrzydeł Fabryki Słów – możesz powiedzieć, że jesteś w stanie wyżyć z pisania, czy te zajęcie jest dla ciebie bardziej przyjemnością?

Och, przede wszystkim nie nazwałabym tego przyjemnością; raczej klasycznym hate and love relationship, ponieważ nie znoszę pisać, ale nie pisać nie znoszę jeszcze bardziej. Więc kochamy się i wykańczamy nawzajem, moje książki i ja, ku radości paru czytelników i co najmniej jednego redaktora z ciągotami do sadyzmu. Ale trzy tytuły to zdecydowanie za mało, żeby z nich wyżyć. Nie ten rynek, nie ta nisza, nie te nakłady. Inna sprawa, że żyję z pracy zawodowej, a pisanie traktuję i traktować już chyba zawsze będę wyłącznie w kategoriach specyficznego hobby.

Mimo że utwory sygnowane twoim nazwiskiem są w lwiej części czysto rozrywkowe, to widać erudycję płynącą z treści. Jednak – co oczywiste – z jakichś źródeł korzystać trzeba, tak więc czy możesz uchylić rąbka tajemnicy metodologii, i zdradzić, czy większość informacji czerpiesz ze słowa napisanego, czy udajesz się czasem w miejsca, w których pragniesz osadzić akcję swojego dzieła?

Jak dotąd tylko raz osadziłam akcję w przestrzeni, która nie istnieje wyłącznie w mojej wyobraźni. Ale opisywałam miejsca, w których przez lata mieszkałam i studiowałam, dlatego nie musiałam ich odwiedzać specjalnie z myślą o powieści. Rzecz jasna, jeżeli książka tego wymaga, wówczas bardzo — jeśli nie nazbyt — chętnie zagrzebuję się w przeróżnych źródłach i opracowaniach. Uwielbiam etap researchu, to skrzętne wyłuskiwanie strzępów informacji, które może wplotę bezpośrednio w tekst, a może i nie, może koniec końców wystarczy mi sam fakt, że do nich dotarłam. Nawet jeśli czasem oznacza to na przykład przebrnięcie przez dwa i pół tysiąca stron korespondencji filomatów i filaretów w poszukiwaniu smaczków, które ożywią i uwiarygodnią głównego bohatera. Ot, takie polonistyczne skrzywienie.

Podobno pisarza odróżnia się od autora kilkoma cechami – między innymi doświadczeniem, wyrobionym piórem czy zebraną rzeszą czytelniczych sympatyków. Czy zgadzasz się z stwierdzeniem? I czy jesteś dziś w stanie określić, czy bliżej ci do bycia autorką, czy pisarką?

Według mnie to bardzo subiektywna kwestia. Zawsze powtarzam, że nie czuję się pisarką, tylko autorką paru książek. Tak już mam. Pisarzem to jest Twardoch czy Orbitowski, ja tylko piszę książki. Tymczasem ktoś inny może poczuć się pisarzem pięć minut po postawieniu ostatniej kropki. Albo pierwszej. Albo po dziesiątej powieści. Albo po dwieście trzydziestym piątym autografie. Ilu autorów, tyle granic, jak sądzę, i każda ma takie samo prawo bytu.

W każdej z twoich książek styl artystyczny jest czymś szczególnym, jednym z mocnych punktów wyróżniających ją na tle innych jej podobnych, których przecież na księgarnianych bądź bibliotecznych półkach niemało. Z moich obserwacji wyniosłem, że wariacja lingwistyczna jest nierzadko tępiona i preferuje się raczej stosowanie stylu ogólnego lub publicystycznego w beletrystyce. Jako polonistka zapewne masz o tym ciekawe zdanie, czy możesz się jakoś do tego odnieść?

Wariacja, bardzo trafne określenie! Mnie nawet pracy magisterskiej nie udało się napisać po ludzku… Starałam się, naprawdę, a i tak miejscami wylazł mi pierdolec. Przy radosnej twórczości własnej musi zatem wyleźć tym bardziej, mocniej, liczniej. Wszak każdy jej element — od warstwy językowej po fabularne twisty czy konstrukcję postaci — jest jak odcisk palca. Z każdą sceną wyrywamy coś z siebie, mniej lub bardziej subtelnie obnażamy, co nas bawi, co przeraża, a co fascynuje i jakimi ścieżkami podążają nasze umysły. A najdobitniej zdradza nas sposób, w jaki ujmujemy to wszystko w słowa, bo to z nich budujemy nasze historie. Wiadomo, czasem najlepiej sprawdzi się właśnie styl neutralny czy też, jak to się niegdyś z przekąsem mówiło, przezroczysty, ale nie zawsze, nie wszędzie i nie u każdego. Tępiąc jak leci wszelkie przejawy indywidualizmu na poziomie językowym, bo tak, de facto tępi się najważniejszy przejaw autorskiego ja. Przepraszam bardzo, ale moje autorskie ja leje za coś takiego po pysku i patrzy, czy równo puchnie.

„Dożywocie” było zapewne przełomem w twoim życiu, teraz po trzeciej książce masz pewnie o wiele większy bagaż doświadczeń, związanych z wydaniem własnych utworów. Wspominając jednak wszystkie publikacje – od pierwszej do „Siły niższej” – czy możesz zdradzić, jakie towarzyszyły temu uczucia?

Bez względu na doświadczenie towarzyszy mam niezmiennie dwóch. Mianowicie euforię — czego chyba nie muszę tłumaczyć — oraz strach. Czy zdołam odpowiednie dać rzeczy słowo i czy to słowo się potem komuś spodoba, a od drugiej książki — czy potrafię jeszcze wymyślić coś nowego, czy się nie powtarzam, czy sprostam oczekiwaniom czytelników, które z każdą premierą rosną coraz bardziej, a przy „Sile niższej” to już w ogóle sięgnęły sufitu. Cóż, sześć lat oczekiwania na kontynuację robi swoje.

Gdzieniegdzie można jeszcze odnaleźć informacje o dwóch dziełach, nad którymi pracowałaś (być może nadal je dziergasz) – „Mickiewicz: Pogromca upiorów” oraz „Zombie Grey” – czy możesz powiedzieć o nich coś więcej? I czy to ich powinniśmy wypatrywać najszybciej?

„Mickiewicz…” to jedna z tych książek, które nie wybaczają pośpiechu. Młyny mego umysłu mielą powoli, lecz skutecznie, więc gdy już wymielą, co mi nie gra w koncepcji i jak to naprostować, żebym uzyskała efekt, na jakim mi zależy, wówczas spokojnie wezmę się do pisania. Natomiast „Zombie Grey” właśnie zmartwychwstaje z szuflady w postaci nowej powieści, którą chciałabym popełnić w przyszłym roku. A czy ją koniec końców popełnię, to już zupełnie inna bajka.

Z ciekawości, czy „Nomen omen” jest powiązane z „Dożywociem” światem? A może akcje powieści dzieją się w zupełnie osobnych uniwersach? Realia paranormalne są w tych wizjach bardzo podobne, stąd swego rodzaju zastanowienie.

Oczywiście! Mało tego, jeden z moich czytelników ukuł już zgrabny termin na tę okoliczność — Kiślowersum. Być może w zemście za to, że trafił do „Siły niższej”, ale ukuł! Więcej nie zdradzę; kto przeczyta, ten się dowie.

Truizmem jest fakt, że pomysły nie rosną na drzewach, ale jednak skądś inspiracje brać trzeba, bo na własnych wymysłach prawdopodobnie daleko się nie… Hmm… Popisze. Zdradź, z czego, od kogo czerpiesz inspiracje?

Od własnego męża. Od dzieci, z kotem włącznie. Od przyjaciółki, która jest moją muzą i mózgiem zewnętrznym, więc zasuwa na trzy etaty. Od osobistego redaktora. Z obserwacji. Z lektur. Z nudów. Z tych nocy, kiedy nie śpię, bo trzymam dziecko, żeby nie dławiło się katarem. No i z głowy, czyli z niczego. Wystarczy coś przy mnie palnąć w odpowiednim momencie, żeby młyny ruszyły, co jest nieco, hm, przerażające.

A skąd się wzięła określenie „ałtorka”?

Z forum „Fahrenheita”, gdzie swego czasu grasowałam, a gdzie tym mianem zwykło się określać autorów in spe.  Przywiązałam się do niego i już chyba nigdy nie odwiążę — pozwala mi zachować zdrowy dystans wobec siebie, wobec tego, co robię, a przy tym jest przewrotne. Zresztą, uwielbiam bawić się słowami, więc czemu nie miałabym bawić się i tym?

Na koniec, fantastyka – w szkołach szczególnie – to obręb literacki, który zazwyczaj traktowany jest z uprzedzeniem, lekką pogardą i niechęcią. Już wspomniałem, że jesteś polonistką, acz mimo wszystko w owej konwencji działasz. Jak uważasz jakie możliwości ona stwarza, co daje zarówno twórcom, jak i czytelnikom? I czy powinna się znajdować w kanonie lektur w liczbie przyzwoitej?

Ale czemu „mimo wszystko”? Szeroko pojęta fantastyka towarzyszy ludzkości, odkąd ta ludzkość zaczęła przesiadywać wokół ogniska i snuć ciekawe opowieści dla zabicia czasu podczas skubania mamuta na niedzielny rosół. Świadczyła — i chyba wciąż świadczy — o naszych tęsknotach i lękach, o poszukiwaniach odpowiedzi na coraz to nowe pytania. Rzecz jasna, jak w każdym gatunku, i tu znajdziemy tytuły nastawione bardziej na rozrywkę albo na refleksję, osobiście jestem jednak zdania, że dobrze by było skończyć z mitem czytania jako świętego obowiązku, a zacząć promować czytanie jako prozaiczną przyjemność. Również, a może nawet przede wszystkim w szkole. I tu przed fantastyką, z jej rozlicznymi odcieniami i kalibrami, otwiera się szerokie pole do popisu — to ona może trafić do młodych ludzi i rozbudzić w nich czytelniczą pasję lepiej niż arcydzieła literatury rodzimej i światowej, bo trąca podobne struny, co magiczne historie z czasów beztroskiego dzieciństwa. Zasada inżyniera Mamonia nie wzięła się znikąd.

Serdecznie dziękuję i życzę sukcesów na polu artystycznym, ale nie wyłącznie.

Niechaj Ci dowolna siła wyższa w wybranej walucie wynagrodzi!

silanizsza