23 Sie Wywiad z Martyną Raduchowską

Napisane przez Dział: Wywiady Komentarze DISQUS_COMMENTS

3333

Rozmawiamy z Martyną Raduchowską, autorką powieści „Szamanka od umarlaków” oraz „Czarne światła. Łzy Mai”.

Całkiem niedawno nawiązałaś współpracę z wydawnictwem Uroboros. Pierwszym jej plonem jest wznowienie Szamanki od umarlaków. Książka dawno zniknęła z rynku, więc wiele osób wyczekuje tej premiery (widziałam dużo wpisów na blogach, a nawet kilka o tym, że wcześniej nie znali tej powieści). Ale pytanie brzmi co dalej? Kolejne wznowienie, zupełnie nowy projekt, a może zbiór opowiadań dotychczas wydanych z gratisem w postaci opowiadań o Mai lub Idzie?

Po wskrzeszeniu „Szamanki…” oczywiście przyjdzie też czas na wskrzeszenie „Demona luster”, czyli jej bezpośredniej kontynuacji, ale jeszcze trochę trzeba będzie poczekać, zanim ogłosimy datę kolejnej nekromanckiej premiery. Za to w zeszytach przybywa mi notatek o dalszych przygodach Idy, napadło mnie ostatnio kilka przełomowych olśnień i czuję przez skórę, że szykuje się następna dylogia.

Muszę to powiedzieć i wierz, że przemawiam teraz głosem wszystkich Twoich fanów: Chrupki musi tam być! A nad czym pracujesz obecnie?

Obecnie na warsztacie mam książkę z serii Czarne Światła, ale szczegółów teraz nie zdradzę, bo projekt jest na takim etapie, że łatwo może ewoluować w nieco inny, niż początkowo zamierzałam, musimy więc wszyscy poczekać na rozwój wypadków. Jedno jest pewne: „Łzy Mai” również doczekają się nowego wydania, kontynuacji, a także prawdopodobnie jeszcze czegoś specjalnego – ale niekoniecznie w tej kolejności.

Akcja kontynuacji pewnie rozpocznie się zaraz po zakończeniu pierwszego tomu. Jednak mnie interesuje, i założę się, że wielu czytelników podziela moją ciekawość, co przez ten cały czas działo się z Mayą. Replikantka znika na samym początku „Łez…” i dość późno się pojawia… Czy zdradzisz, co takiego jej się przydarzyło?

Tak, mam wobec Mai pewne zamiary. Chciałabym uchylić nieco rąbka tajemnicy i opowiedzieć to i owo o jej losach za Murem. Maya jest tytułową bohaterką „Łez..”, a jednocześnie wielką nieobecną i nemezis Quinna – tak ważna postać z pewnością zasługuje na swoje pięć minut sam na sam z czytelnikiem.

Masz na myśli osobną powieść z Mayą w roli głównej czy raczej kontynuację „Łez”… z retrospekcjami?

Nie powiem, bo zepsułabym niespodziankę. To jest właśnie owo specjalne coś, o czym nie pisnę już ani słowa.

Pozostańmy więc na chwilę w temacie cyberpunku. Gdzieś pojawiła się opinia, ze cyberpunk został przez autorów trochę porzucony i rzadziej pojawiają się nowe powieści. A może po prostu prędkość z jaką rozwija się technologia nie daje żadnego pola dla wyobraźni? Co o tym sądzisz? 

Nie sądzę, by szybki rozwój technologii w czymkolwiek tu przeszkadzał… no chyba że ktoś chciałby zaproponować wizję przyszłości, która nie śniła się nawet naukowcom. Wtedy faktycznie trochę przekichane. Przyznam, że niezbyt dobrze się orientuję, jak to teraz wygląda w literaturze, bo z reguły nie czytam książek z gatunku, w którym sama akurat tworzę, ale chociażby najnowsze gry wideo czy produkcje hollywoodzkie i telewizyjne udowadniają, że cyberpunk przeżywa właśnie drugą młodość. Żeby daleko nie szukać: „Almost human”, „Humans”, „West World”, „Black Mirror”, remake „Ghost in the Shell” i „Łowcy androidów” czy niedawno zapowiedziany przez Netflixa „Neuromancer” na podstawie prozy Gibsona – tytułów czysto cyberpunkowych lub mocno cyberpunkiem inspirowanych pojawia się ostatnio naprawdę sporo i z pewnością będzie ich jeszcze więcej.

Interesujesz się nowinkami technologicznymi, zrobiłaś zapewne spory research przygotowując się do napisania powieści, a teraz myślisz nad jej kontynuacją. Ciekawi mnie, czy zdarzyło ci się wymyślić jakiś gadżet lub technologię, którą chcesz opisać w powieści, a tu nagle w sieci pojawia się artykuł o tym, że ktoś pomyślał o tym samym, a nawet gorzej - skonstruował już prototyp.

Ja wiem, czy gorzej? Kilka rozwiązań wymyśliłam sama, zwłaszcza te dotyczące neurobiologii, ale znakomita większość opisanych przeze mnie technologii już istnieje albo ma szanse wkrótce zaistnieć i nie jestem z tego powodu jakoś szczególnie nieszczęśliwa. Pisząc „Łzy…” chciałam nie tyle zadziwić czytelników wytworami mojej własnej wyobraźni, co raczej wykreować świat z pogranicza jutra: mocno zakorzeniony w naszej rzeczywistości i będący efektem dzisiejszych odkryć i innowacji. Regenerujące się „żywe” buty z protokomórek, grafenowe soczewki rozszerzonej rzeczywistości, substancja pochłaniająca ponad 99,9% światła widzialnego zwana Vantablackiem, memrystory i procesory neuromorficzne – one już zostały wynalezione, a ja tylko wkomponowałam to i owo w swoją wizję niedalekiej przyszłości.

Muszę przyznać, że świetnie udało ci się połączyć nowinki technologiczne z wytworami własnej wyobraźni.

Zdecydowanie najciekawszym elementem, chociaż tak prostym, są same łzy. Po zapoznaniu się z lekturą szukałam ich w sieci i przyznam, że grafiki świetnie by uzupełniły treść. Jest na to jakaś szansa?

W 2014 roku napisałam do Rose-Lynn Fisher – autorki mikroskopowych zdjęć łez, które swego czasu obiegły popularnonaukowe zakątki sieci – z pytaniem, czy pozwoliłaby nam wykorzystać jej prace na okładce pierwszego tomu „Czarnych Świateł”, lecz niestety nie doczekałam się odpowiedzi. Od tego czasu korci mnie, żeby gdzieś kiedyś jakoś sfotografować własne łzy, tylko nadal nie wiem, skąd ja wytrzasnę skaningowy mikroskop elektronowy… W każdym razie ilustracje inspirowane takimi zdjęciami świetnie pasowałyby do pierwszego tomu i kto wie, może uda nam się wcielić ten niecny plan w życie.

A do tego okładka od Dark Cryon, który bardzo dobrze czuje się w klimacie sf.

Tak, już od ładnych paru lat marzę o okładkach od Piotra Cieślińskiego. Śledzę na bieżąco jego fanpage i nie mam wątpliwości, że idealnie uchwyciłby niepokojącą atmosferę cyberpunkowego kryminału, podobnie jak Dominik Broniek potrafi rewelacyjnie oddać klimat cyklu szamankowego.

Oby oba plany doczekały się realizacji!

Jeśli chodzi o grafiki, to w nowym wydaniu Szamanki pojawi się ich kilka. Czy miałaś wpływ na wybór zilustrowanych scen?

Ba, pozwolili mi wybrać wszystkie! Gdy wydawca poprosił mnie o wytypowanie fragmentów dla grafika, od razu nasunęły mi się dwie sceny, ale żeby zaproponować kolejne, musiałam odświeżyć sobie pamięć i trochę pogrzebać w książce. To pierwszy raz, gdy moja powieść miała zostać ozdobiona ilustracjami, byłam więc nieźle przejęta zadaniem. Potem dostałam do wglądu projekty z prośbą o uwagi, ale nie miałam praktycznie żadnych, zasugerowałam jedynie kilka kosmetycznych zmian.

Możemy pokazać jedną grafikę z książki. Którą wybierasz?

Hmm... to może pokażmy bestyjki.

2222

Gdy pomyślałam o tym pytaniu, sprawdziłam w sieci, czy gdzieś ta informacja jest i ku memu zdziwieniu nie znalazłam. Chyba mało osób wie, że piszesz pod pseudonimem. Dlaczego i skąd taki wybór?

Decyzję o tym, że będę publikować pod pseudonimem, podjęłam, jeszcze zanim udało mi się ukończyć jakikolwiek tekst. Miałam wtedy naście lat i z jakiegoś powodu nie przepadałam za swoim nazwiskiem, a poza tym myśl o posiadaniu alter ego wydała mi się ekscytująca. Możliwe też, że podświadomie chciałam zachować anonimowość, żeby się uchronić przed ewentualną porażką. Nie mogę sobie przypomnieć, jak dokładnie brzmiała moja pierwsza literacka ksywa, pamiętam tylko, że na imię miałam mieć Irmina.
Potem trochę mi przeszło i doszłam do wniosku, że nie chcę występować pod całkowicie fikcyjnym nazwiskiem, które nic dla mnie nie znaczy i z którym nic mnie nie łączy. Postanowiłam więc zachować własne imię i przyjęłam nazwisko panieńskie mamy mojej mamy, która jako dziecko musiała uciekać spod Lwowa przed banderowcami. Brat babci zmarł bardzo młodo, babcia i jej siostry przyjęły nazwiska mężów i nagle zabrakło Raduchowskich w rodzinie. Musiałam coś z tym zrobić. Ja ten pseudonim po prostu mam we krwi.

Dziękuję za rozmowę!

To ja dziękuję!

Rozmawiała Agnieszka Czajkowska

Ostatnio zmieniany środa, 23 sierpień 2017 20:31