01 Sie Szamanka od umarlaków

Napisał Dział: Polecane Czytany 209 razy Komentarze DISQUS_COMMENTS

raduchowska szamanka okładkaWydawnictwo Uroboros udostępniło fragment nowego wydania powieści „Szamanka od umarlaków” autorstwa Martyny Raduchowskiej. Możecie się z nim zapoznać w rozwinięciu artykułu.

Oficjalny opis powieści „Szamanka od umarlaków”, która ukaże się już 17 sierpnia:

Bycie medium to nie zawsze łatwa rzecz… Ida Brzezińska urodziła się w magicznej rodzinie. Sama posiada zdolność porozumiewania się z duchami zmarłych, jednak wcale nie jest tym zachwycona… Przygotujcie się na solidną dawkę znakomitego humoru, oto nowe wydanie kultowej powieści fantasy Martyny Raduchowskiej!

Przedsprzedaż książki już ruszyła na empik.com.

„Szamanka od umarlaków” Martyna Raduchowska, Uroboros 2017 r.

Fragment

Ida westchnęła, wzruszyła ramionami i podążyła za świeżo upieczoną współlokatorką, która musiała sunąć bokiem przy ścianie, żeby utrzymać się na nogach. A trudno. Wypije piwo, no, może dwa, a potem, miejmy nadzieję, jakoś zdoła uciec do pokoju... W tym tłumie
i tak pewnie nikt nie zauważy.
Impreza odbywała się w jednym z większych pokoi. Ida została posadzona na kanapie między farbowaną rudą o opływowych kształtach i rażąco prostackim makijażu a drzemiącym z otwartymi ustami chuderlawym okularnikiem. W jedną dłoń wciśnięto jej setkę wódki,
w drugą czerwone marlboro, ktoś podsunął pod nos płonącą zapaliczkę. Zapowiadał się cudowny wieczór.
Ida przy najbliższej okazji czmychnęła z kanapy i znalazła sobie bezpieczniejsze miejsce. W kącie, pod ścianą, tak jak lubiła najbardziej. Po krótkiej obserwacji towarzystwa szybko wypatrzyła w tłumie to, czego szukała, czyli w miarę jeszcze trzeźwych uczestników imprezy. Było ich trzech. Michał zwany Kartochem, Piotr zwany Romanem i Maciej zwany Maciejem.
Kartoch siedział po turecku, tuląc do piersi opakowanie czekoladowych ciasteczek, Roman na zmianę marudził i klął pod nosem, starając się zetrzeć ketchup z białej koszuli,
a Maciek siedział zupełnie nieruchomo z ciemnymi okularami na nosie i miną człowieka, który właśnie stanął u bram niebios, a w uszach rozbrzmiewają mu chory anielskie.
– Ej... – odezwał się Kartoch, szturchając Maćka w bok. – Podałbyś te pierniczki...
O tam są, na stole.
– Staaaary... Ja teraz jestem w innym wymiarze. W strefie zen se fruwam, nie przeszkadzaj.
– Roman?
– Tuuuu... far... ełej... – zamruczał tamten w odpowiedzi. –
Sorry, Misio, ale w tej kwestii ci nie pomogę.
– Ej, no nie bądź świnia. Czekolada mi się skończyła. Ja tych pierniczków potrzebuję.
– Sam jesteś pierniczek. Upiekłeś się jak ciasteczko, było tyle palić? Napijmy się lepiej. Maciek, polejesz?
– Staaaary... Ja teraz jestem w takiej zajebistej dżungli. Są małpy, lwy, tropikalne ptaki...
– Owce... – podsunął Roman.
– Jakie, kurwa, owce? W dżungli nie ma owiec.
Roman przysunął do siebie trzy kieliszki, błędnym wzrokiem rozglądając się za butelką.
– Ale to są... specjalne owce – sprostował po chwili namysłu.
– Misio, tam wódka stoi na ławie i mruga. Chyba chce ci coś powiedzieć.
– Staaaary... nie. Wydaje ci się...
– Misiek, ja nie mogę się denerwować, a ty nie chcesz polać!
– Obaj jesteście powaleni i należałoby was wystrzelić w kosmos – odezwał się Maciek, rzucając im pełne politowania spojrzenie znad ciemnych okularów. – Razem ze specjalnymi owcami...
Im dłużej Ida przysłuchiwała się tej niecodziennej i niezbyt trzeźwej konwersacji, tym większą sympatią darzyła oryginalną trójkę. Tak się składało, że stół stał niedaleko, chwyciła
więc miskę z pierniczkami i ruszyła przez pokój, po drodze zgarniając z ławy butelkę wódki.
– Aniele! – zawołał Roman, przyjmując dary telepiącymi się rękoma. – Kartoch, łap!
– O rany! Pierniczki!
Maciek uniósł okulary i przyjrzał się dziewczynie na tyle uważnie, na ile pozwalał jego stan.
– A ty to...?
– Ida – przestawiła się i, nie widząc lepszego miejsca, usiadła po turecku na podłodze. - Od jakichś trzydziestu minut lokatorka pokoju numer dwadzieścia cztery, a od pięciu bezwolna uczestniczka tej... – uczyniła nieokreślony ruch ręką, bo na chwilę zabrakło jej słów – tej... uroczystości.
– Aaaaa... – Roman zatarł ręce i nie wiedzieć skąd wytrzasnął czwarty kieliszek. – Zatem trza wypić zdrowie nowej koleżanki, nie może inaczej być. Ja poleję, a ty, Kartoch, skręć blancika.
– Wódki mogę się napić – zgodziła się Ida – ale za blanta podziękuję.
– Ustalmy coś – mruknął Roman, z lepszym lub gorszym skutkiem starając się nie rozlewać. – Zasada numer jeden: ja ustalam zasady. Zasada numer dwa: wódki się napić nie możesz, tylko musisz. Zasada numer trzy: blancik to niezbędne minimum dla dobrej imprezy. Nie ma mowy, żebyś nie spróbowała. Niezbędne minimum, Ida!
Ida skrzywiła się z niechęcią. Niezbędne minimum... Nie, to określenie zdecydowanie nie kojarzyło jej się z niczym przyjemnym. Roman był jednak człowiekiem nieustępliwym. Zwłaszcza po pijaku. Zwłaszcza jeśli w grę wchodziło zielone. Słodkawy dym, który uniósł się ze świeżo skręconego blanta, przywodził na myśl woń wypalanych chwastów. Ida skrzywiła się jeszcze bardziej, ale postanowiła nie protestować. Przyjęła skręta. Dym drapał gardło i wyciskał łzy z oczu. Dziewczyna zakaszlała w pięść, przekazując fajkę
pokoju Romanowi.
Tymczasem Pech nie spał. Nigdy nie śpi. Pech cierpi na bezsenność oraz pracoholizm. Czekał tylko na odpowiedni moment, by wkroczyć do akcji. Czekał cierpliwie i w pełnej
gotowości. I doczekał się.
– Zielono mi – zaszemrał błogo Maciek. Rozsiadł się wygodniej i zsunął okulary
z czoła na nos. – O, jak zielono...
– Taaa... A co żeś ględził przed chwilą? Że do dupy to zioło, że nic nie kopie – zarechotał Roman, spoglądając na świat oczami śniętego Chińczyka.
– Moje skarby... – rozczulił się Kartoch, ani na moment nie wypuszczając pełnej łakoci miski z rąk. Nikt nie miał wątpliwości, że słów nie kierował do towarzyszy. – Chcesz może? – zapytał Idy.
Ida nie odpowiedziała. Ida doznała wizji.
Pokój drżał. Cały akademik trząsł się w posadach. Szyby w oknach pękły z hukiem, szkło sypnęło do pokoju kryształowym deszczem, wiatr zatargał fi rankami, wtłaczając do zadymionej hasz komory nieco świeżego powietrza i kilka zeschniętych liści. A sufit...
Idzie nagle zrobiło się gorąco.
Sufit zaczął pękać.
Lampa zatelepała się dziko, światło mrugało histerycznie, tak że obrazy zmieniały się przed oczami dziewczyny niczym pokaz slajdów. Płaty tynku i zaprawy spadały na podłogę
i głowy imprezowiczów, z pluskiem wpadały do drinków, z głośnym szelestem bombardowały paczki chipsów.
Ida znieruchomiała, widząc, jak przez pęknięcie przedostają się włochate, szponiaste łapy zaciekle wydrapujące w suficie głębokie bruzdy. O mało nie zerwała się na równe nogi, gdy z tych bruzd zaczęły kapać krople barwy dojrzałych wiśni. Jedna z kropli spadła jej na dłoń, parząc niemiłosiernie i wyduszając z ust dziewczyny cichy jęk. W powstałej szczelinie ziała czarna, przerażająca otchłań, a z tej otchłani spoglądały ogromne, płonące krwawym ogniem ślepia. Nie trzeba chyba dodawać, że spoglądały prosto na Idę.
Oniemiała dziewczyna zrobiła właśnie swój pierwszy krok w kierunku obłędu.
A Pech aż podskakiwał i piszczał z uciechy.
– Ej, Ida! – Roman potrząsnął ją silnie za ramię. – Zleć na chwilę na dół. Coś się tak zacięła?
– Zjarała się, ot co – ocenił fachowo Maciek.
– Ale stary, patrz, jak się wkręciła! Co ona widzi w tym suficie?
– Pewnie specjalne owce... Takie fruwające.
Ich słowa były tak odległe i przytłumione, jakby dochodziły z bardzo głębokiej studni. Ida nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Nie była w stanie opuścić wzroku wciąż utkwionego w pękniętym suficie.
Usłyszała krzyk. Oprzytomniała, rozejrzała się szybko.
Joanna stała w drugim końcu pokoju z uniesioną głową i oczami wbitymi w ziejącą czernią dziurę. Krzyczała, a w jej zielonych tęczówkach błyszczało przerażenie. Ida patrzyła, jak otchłań wyciągnęła łapy do rudowłosej dziewczyny, oplotła ją włochatymi ramionami
i wciągnęła w szczelinę. Wrzask Joanny urwał się raptownie.
Tymczasem krwawy deszcz padał bezustannie, upodabniając pokój do rzeźni.
A imprezowicze nic sobie z tego nie robili. Pałaszowali mokre od krwi chipsy, popijali zabarwione czerwienią drinki, dziewczęta poprawiały mokre, karminowe włosy, lepiące się do ciał bluzeczki i spódnice... Tymczasem spojrzenie płonących oczu próbowało Idę spopielić, przepalić na wylot, pochłonąć.
Ida poczuła, że robi jej się słabo. A potem nagle ktoś zgasił światło.
I wszystko ucichło.

*

Nie miała pojęcia, jak znalazła się w łóżku, i szczerze mówiąc, wolała się nie dowiadywać. Obudziła się rano z potężnym bólem głowy. I w paskudnym nastroju, świetnie zdawała sobie bowiem sprawę, że migrena nie miała absolutnie nic wspólnego z kacem. Prawie nie tknęła alkoholu. Za to ten przeklęty skręt...
Wzdrygnęła się na samo wspomnienie nocnej wizji. Co ją w ogóle podkusiło, żeby palić trawę?! Idiotka, pomyślała samokrytycznie, przewracając się na drugi bok, i zamknęła oczy, żeby znów zasnąć. Skończona idiotka, która na własne życzenie pakuje się w kłopoty. Bohaterka kiepskiego horroru, która bez zastanowienia włazi do mrocznej piwnicy, nawet nie
zabrawszy ze sobą latarki. No kretynka!
Okropny, świdrujący w uszach dźwięk, który nagle wybuchł pod jej poduszką, brutalnie przerwał ponure rozmyślania.
Całkowicie rozbudzona Ida usiadła na łóżku. Dźwięk nie ustępował, piskliwie domagając się uwagi, dziewczyna sięgnęła więc pod poduszkę, wydobyła dziko wibrujący
i migający telefon komórkowy. Telefon, który nie należał do niej. To jak to tam było z tą bohaterką horroru?... Gapiła się na znalezisko niezbyt przytomnie, aż wreszcie pochrapująca na sąsiednim łóżku Marta otworzyła jedno oko.
– To mój – wymruczała, tłumiąc ziewanie, i odebrała od Idy wciąż dzwoniącą komórkę. – Przepraszam, zapomniałam wyłączyć budzik. Ożeż, już jedenasta...?
Wygramoliła się spod kołdry, przeciągnęła i sięgnęła po szlafrok.
– Ida, chcesz płatki?
– A może byś tak zapytała, czy ja chcę płatki? – warknął głos od strony okna.
Ida zerknęła na siedzącą na parapecie Joannę. I podskoczyła z wrażenia.
Oczy rudej przestały być zielone. W ogóle nie miały tęczówek, spod przymrużonych gniewnie powiek błyszczały same białka. Rozburzone włosy migotały w promieniach słońca jak rdzawe płomienie. Joanna odwróciła do Idy wściekle wykrzywioną twarz.
– Powiedz jej – zażądała ostro. – Powiedz tej małpie, że tu jestem, że ma mnie nie ignorować! Powiedz jej to, słyszysz? Słyszysz?!
– Wszystko w porządku? – zapytała niepewnie Marta. – Ejże... – Zamachała Idzie przed nosem. – Hej, dziewczyno! Na co ty tak patrzysz?
– Nie na co, tylko na kogo! – wrzasnęła Joanna. Jej głos coraz bardziej przypominał psi szczek. Dopiero teraz Ida zauważyła, że ruda ma dziwnie przykurczone dłonie, a zamiast
paznokci żółtawe, zakrzywione szpony. – Ida, powiedz jej! Powiedz jej, bo oszaleję!
– Marta – wyszeptała Ida. – Widzisz to, co ja? Tam, na parapecie.
– Widzę.
– Naprawdę?
– A co, ja ślepa jestem? Kaktusa widzę.
– A obok kaktusa?
– Paprotkę.
– I nic poza tym? – upewniła się Ida. – Nikogo tam nie ma?
– Nikogo? A kto miałby tam być, Ida, no co ty...
Joanna wpadła w szał. Na plecach wyrosły jej ogromne skrzydła, zęby zmieniły się
w ostre kły. Harpia wystawiła rozdwojony jęzor. Zawyła dziko, z przeraźliwym zgrzytem przejechała pazurami po szybie i skoczyła z parapetu ze szponami wycelowanymi w twarz brunetki.
Ida była pewna, że pazury zaraz wydrapią Marcie oczy. Już zrywała się z łóżka, gotowa ruszyć dziewczynie na ratunek, ale zaraz usiadła z powrotem tak gwałtownie, że sprężyny materaca zajęczały przeciągle.
Pazury i ich właścicielka rozpłynęły się w powietrzu. Potrącony kaktus przewrócił się i z trzaskiem spadł na podłogę.
Ida i Marta spojrzały po sobie.
– Co to było?
– Joanna – odparła machinalnie Ida i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, jak niedorzecznie to zabrzmiało. – Znaczy się, tego... pewnie przeciąg.
– Okno jest zamknięte – zauważyła Marta.
– No to nie wiem co.
– Powiedziałaś: Joanna – nie ustępowała brunetka. – Wczoraj też mówiłaś o Joannie,
a żadnej Joanny tu nie ma...
Ida nie odpowiedziała. Ponuro rozejrzała się po pokoju. Dopiero teraz zauważyła, że nigdzie nie ma trzeciego łóżka.
– A na imprezie plotłaś coś o dziurze w sufi cie, a potem zemdlałaś. – Marta przysiadła obok Idy, a w jej niebieskich oczach zamigotało zaciekawienie. – Ida, czy ty jesteś wróżką?
– Słucham?!
– No wiesz... Miewasz wizje? Przepowiadasz przyszłość z kart czy coś takiego?
Idę na moment zatkało.
– Nie... – wykrztusiła wreszcie. – Skąd ci to przyszło do głowy?
– Moja prababcia była wróżką – powiedziała Marta. Sprawiała wrażenie, jakby była
z tego faktu dumna. – Mieszkała w małej wiosce pod Częstochową. Podobno często doznawała objawień i rozmawiała z kimś, kogo nikt inny nie mógł dostrzec...
– Zerknęła na stłuczoną doniczkę i rozsypaną ziemię. – Joanna zrzuciła kaktus, prawda?
Ida znów nie wiedziała, co powiedzieć.
– Powróż mi – poprosiła Marta.
– Dziewczyno, co ty pleciesz? Nie umiem wróżyć, niby skąd miałabym umieć...
– Oj, nie chcesz, to przecież nie musisz, ja nie naciskam. Ale jakby co, to wiesz... – Marta nie dokończyła, bo i nie musiała. Jej wzrok był bardzo wymowny. Wstała i podeszła do drzwi. – To co, chcesz te płatki?

raduchowska szamanka okładka

Ostatnio zmieniany sobota, 05 sierpień 2017 18:49
Więcej w tej kategorii: « Zaklinacz ognia Niepełnia »