Write on wtorek, 16 luty 2010 Dział: Opowiadania
Dzisiejszy dzień był wyjątkowo upalny. Z nieba lał się żar, który trudno było znieść. Pomimo silnego wiatru przesypującego piasek z miejsca na miejsce, odnosiło się wrażenie, że tylko w piekle może być goręcej.
Po mieście została zaledwie jedna ulica. Wyglądała jak rzeka płynąca wewnątrz wąwozu rozsypujących się budynków. Huk wystrzałów przerwał ciszę, którą natura wpisała w specyfikę pustyni. Z prawej strony ulicy pochowani partyzanci ostrzeliwali siły Stanów Zjednoczonych próbujące opanować ruiny miasta.
- Simmons weź czterech i ruszamy na drugą stronę, reszta ogień zaporowy! – Wrzasnął wysoki, czarnoskóry mężczyzna kryjący się za rogiem jednego z budynków. Żołnierze za jego plecami zareagowali natychmiast.
- Jankowski, Miles, Johnson i Niedźwiedź ruszamy z majorem! Reszta – słyszeli.
Simmons i rzeczona czwórka z dużym, dobrze zbudowanym Latynosem na czele, dobiegła do dowódcy. Na jego znak pozostali zaczęli ostrzeliwać budynki po drugiej stronie ulicy.
- Teraz! Biegiem! – Krzyczał major. Żołnierze wybiegli. Ostrzał wroga znacznie osłabł. Powinno pójść z górki. Nagle pod stopami Jankowskiego coś zazgrzytało. Wybuch miny przeciwczołgowej rozrzucił grupę uderzeniową po całej ulicy. Major biegł pierwszy, więc jako jedyny przeżył. Niestety eksplozja dosłownie ścięła go z nóg. Wnętrzności i kończyny pozostałych wystrzeliły razem z kurzem niczym woda z fontanny. Krew zbryzgała ściany budynków po obu stronach ulicy.
-Konstruktor tej miny raczej nie dostanie pokojowej nagrody Nobla. – wycedził mały chłopiec stojący na ulicy. Nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
Miał jakieś dwanaście, może trzynaście lat. Krótkie, złote włosy nawet przez moment nie pokryły się odrobiną kurzu. Tak samo zresztą jak nienagannie uprasowany, śnieżnobiały garnitur.
Write on niedziela, 14 luty 2010 Dział: Opowiadania

Opowiadanie z pojedynku drużynowego w Krainach Fantazji, jeszcze za czasów GMFu

 

Zimny wiatr pędził uliczkami małego miasteczka, jednak niemożliwym było stwierdzić, skąd nadciąga. Chłodnym językiem lizał czerwone policzki. Szponiaste dłonie wkładał we włosy i targał nimi we wszystkie możliwe strony. Listopad, taki smutny i bezwzględny. Małgorzata nie lubiła jesieni. Zdecydowanie wolała surową zimę, która przynajmniej potrafiła uradować człowieka, sypiąc mu pod nogi płatki białego śniegu.
Niebo przykryte zostało siwymi chmurami. Okolica stała się jeszcze bardziej nieprzyjazna. Wiatr przybrał na sile, a na miasteczko spadły ciężkie krople deszczu.
Małgorzata szła ze swoją córką, Darią, do mężczyzny, który mógłby im pomóc. Kobieta pragnęła się dowiedzieć, w jaki sposób mogłaby odpocząć od trwającego wiecznie koszmaru. Jej dziecko przez cały czas zadawało jedno, to samo pytanie, doprowadzając ją do szału. Na okrągło Daria powtarzała słowa, które wypowiedziała tego pamiętnego wieczora…
- Mamusiu…
Nie tym razem. Nie spojrzy na córkę, pozwalając jej tym samym na dokończenie pytania. Dość już tego! Nie wytrzyma tego dłużej. Czy Daria naprawdę nie pamięta innych słów? Ciężko powiedzieć jej coś innego? Cokolwiek…
- Mamusiu…
Wybacz, kochanie… Zbyt wiele razy już to słyszałam. Wierz mi, że ten koszmar doprowadza mnie do załamania nerwowego. Czemu spotkała mnie tak okrutna kara? Czemu cały czas mówisz to w identyczny sposób? Jak wtedy…

Write on wtorek, 09 luty 2010 Dział: Opowiadania
 
  Nawet w wiosenne dni, takie jak ten, cmentarz nie gościł przyjemnego ciepła słońca, zieleni na drzewach, czy choćby śpiewu ptaków. Przeciwnie, przedstawiał sobą jedyny wyjątek w promieniu wielu mil – był szary i nadal ustrojony w jesienny klimat, jakby oddzielony od tego wszystkiego, co wiosenne i radosne, jakąś niewidzialną barierą. Klimat zasępienia, szarugi, deszczowego chłodu i wilgoci. W innych okolicznościach trudno byłoby to zrozumieć i każdy wnet spostrzegłby to dziwne zjawisko, ocierające się o mistycyzm życia i śmierci i ich wspólnych przeciwieństw. Tym niemniej dla Radka fakt właściwie nie istniał, nie mogło być w nim zatem nic nadzwyczajnego i podejrzanego, przyprawiającego o ciarki, poniekąd. Dla niego cały świat przyjął takie barwy zasmucenia i wisielczej, czy raczej po prostu grobowej nuty. Było tak, ponieważ świat odtąd, świat Radka, zamykał się właśnie w wąskich ramach tego niewielkiego cmentarza na zachód od wsi, w której żył. Gorzka strata, której padł ofiarą i w której był samotny jak palec, przyprowadziła go tu ponad tydzień temu i nie pozwoliła już odejść. Był jak więzień. Stał samotnie przed kamiennym nagrobkiem, tępo wpatrując się w uwidoczniony nań napis i zdjęcie zmarłej osoby. Powiedzieć, że bliskiej mu osoby, to tak, jakby nie wspomnieć, że i martwej. To był ktoś zdecydowanie ponad to określenie, i łzy Radka, nie przestające płynąć ciurkiem odkąd się tu znalazł, były tego dobitnym aż dowodem.
Write on środa, 03 luty 2010 Dział: Opowiadania

 

Rozdział III

 

Zasadzka bilatów

 

 

Nad grzbietami chmur, między białym a czarnym,

Szczyt świata – Echolia – parę kochanków gości.

Dniem i nocą, po kres Ziemi,

Dźwiękami Raad na zawsze połączeni...

 

Dar Tirlliada , księga Hymnów – „Najwięksi z Wielkich”

 

Zabił Dzwon!... 

Write on niedziela, 31 styczeń 2010 Dział: Opowiadania
Londyn w połowie XIX wieku nie był miłym miejscem, zwłaszcza w trakcie nocnych spacerów. Osoba, która podejmowała taką wędrówkę była przestępcą albo była umysłowo chora. Takie stwierdzenie zazwyczaj nie mijało się z prawdą. Zazwyczaj, ponieważ pan spacerujący około północy po Regent’s Park nie wyglądał na przedstawiciela żadnej z tych „profesji”. Oczywiście pozory mogą mylić.
Nawet tak harmonijnie zbudowana osoba o sylwetce zapożyczonej z antycznych rzeźb, twarzy nobliwej, otoczonej modnymi bokobrodami może być złoczyńcą. Kolejną możliwością było, to iż jest to stróż prawa. Ten jegomość zdecydowanie nie przypominał policjanta i to z dwóch powodów: po pierwsze ubrany był z niewyszukaną elegancją. Miał na sobie strój typowego gentelmana: piaskowy płaszcz palmerson, dobrane do koloru sztuczkowe spodnie, trzewiki z białymi getrami oraz melonik. W dłoni obleczonej
w delikatną rękawiczkę trzymał okutą srebrem hebanową laskę. Drugi argument przemawiający za tym, że nie był policjantem był następujący: spacerował sam i szedł bardzo pewnie. Natomiast ci, tak zwani stróżowie prawa, o godzinie duchów chodzili stadami, bardziej pilnując swego życia niż przestrzegania przepisów.
Write on środa, 20 styczeń 2010 Dział: Opowiadania
Brokka nie miał najmniejszego zamiaru się dziś przemęczać. Statki z portu odpłynęły jakiś czas temu, a te, które pozostały maja już własna załogę. Kapitanowie obsłużeni. Garland też nie szuka nowych cieciów do straży miejskiej, a Vileria z cechu kupieckiego ma komplet tragarzy do obsługi karawan. Jednym słowem nie ma roboty w tym mieście, a co za tym idzie, pergaminów do wypełniania. A jak człowiek nie musi pisać osiem godzin w kółko tego samego, to jest szczęśliwy.
- Dzień dobry Ozben - przywitał strażnika skinieniem głowy. Potężny drab o twarzy najemnego zbira nie odpowiedział. Brokka czasem zastanawiał się czy facet w ogóle potrafi mówić. Skinął tylko głowa i skrzyżował ręce na kletce piersiowej, aż łuski jego zbroi zatrzeszczały.
- Nikogo dziś nie zatrudnię - pomyślał urzędnik przekręcając klucz w zamku drzwi, swojego gabinetu.
Write on wtorek, 19 styczeń 2010 Dział: Opowiadania
Słońce… Anton z każdym dniem tęsknił za nim coraz bardziej. Tęsknili też do czasów, kiedy nie musiał się bez przerwy obawiać, że lampy UV świecące nad miastem mogą zgasnąć. Były największą bronią Stycznia w tych ciężkich czasach. Miasto Styczeń w prawdzie miał sporo zacienionych miejsc, do których promienie nie docierały, ale tam nawet paladyni się nie zapuszczali. Poza tym żaden wampir nie byłby na tyle szalony, by narażać się na kontakt z morderczym światłem.
Niestety ostatnio mała, miejska elektrownia funkcjonowała coraz gorzej i tylko kwestią czasu było przerwanie dostaw prądu. Na to nikt nie mógł sobie pozwolić. Odkąd pięć lat temu nadszedł Armagedon, miasto Antona było jedną z nielicznych, ludzkich osad na ziemi. Armagedonem ludzie nazywali ujawnienie się Świata Mroku. Zamieszkujące w nim wampiry, wilkołaki i inne poczwary z piekła rodem wypełzły na powierzchnie i stoczyły otwartą bitwę. Ludzie nawet nie zdążyli zareagować. Większość z nich zginęła, przypadkowo wplątana w walkę. Ci co przeżyli, zamieszkali na pustkowiach środkowej Europy i Eurazji broniąc się przed zagrożeniem jak mogli. A było ono ogromne. Ze wschodu Japonia opanowana przez wampiry, z zachodu władane przez Lupinów Stany Zjednoczone. Toczyły teraz nieustanne walki właśnie na pustkowiach.
Lampy Antona zapewniały przynajmniej minimum ochrony. Dlatego dwa lata temu postanowił odrestaurować starą elektrownie atomową, stojącą w slumsach miasta. Na szczęście udało się. Elektrownia działa. To znaczy… działała.
Write on niedziela, 17 styczeń 2010 Dział: Opowiadania

Na początek małe przypomnienie - opowiadanie miało być na pojedynek z Valuris na temat "z patelni w ogień", ale jako że nie zdołała nic napisać, a sekundant miał problemy techniczne, sama opowieść zaginęła, została zapomniana, po miesiącach odnaleziona (choć nie w całości - do sceny w karczmie włącznie) i odnowiona. No dobra... Macie:


*    *    *

Idealnie wyrysowany czerwoną farbą wpisany w runiczne koło pentagram pokrywał sporą część kamiennej posadzki. Tak, lepiej myśleć, że to czerwona farba... Na jego wierzchołkach blade świece płonęły krwistoczerwonym płomieniem w sposób sprawiający, że człowiek zaczyna się zastanawiać, z czego je zrobiono, lecz nie jest pewien, czy chce poznać odpowiedź. W tej chwili stanowiły tu jedyne źródło światła.

Rozejrzyjmy się - niewielki okrągły salon o bardzo wysokich ścianach przy których niemal tłoczyły się zastawione księgami i niezwykłymi szklanymi naczyniami z jeszcze bardziej niezwykłą zawartością stare stoły i regały. Meble były ściśnięte kosztem wspaniałych, wielkich drzwi, niemal bramy pokrytej złotem i srebrem powykręcanymi w niezwykłe, spiralne wzory. W nielicznych wolnych miejscach ze ścian wystawały – w tej chwili zgaszone - pochodnie. Sklepienie kryło się w mroku...
-Azbrath Momonto Portari... - Dziwaczne słowa przerywają ciszę. Wypowiadała je drobna postać w postrzępionej czarnej szacie, czytając ze starej, oprawianej w skórę księgi. Młody mężczyzna - niewiele więcej, niż dwadzieścia lat, złociste loki opadające na kark, idealnie białe i równe zęby i czysta, zadbana twarz. Błękitne oczy pasowały do niej idealnie, ale ukryty w nich płomień obłąkanego szaleństwa już mniej...
-Ezereel Banganda Horfot... - Pentagram zaświecił krwistym blaskiem, podobnie jak oczy okultysty. Księga wyleciała mu z rąk nad środek sali i zaczęła się otaczać kłębami ciemnego dymu...
Write on środa, 13 styczeń 2010 Dział: Opowiadania
„Na wszystko jest wyznaczony czas – czas na każdą sprawę pod niebiosami: czas rodzenia i czas umierania; czas miłości i czas nienawiści; czas wojny i czas pokoju.”


Kzn. 3.8

PROLOG

Poza Dźwiękiem Życia, u boku Wieczności,
Ląd, jak duch, po świecie się błąka.
Bezsenna mara, zjawa nieszczęsna.
Głucha, bez Echa, przez Ciszę zaklęta.
Opuszczona.
Martwa…
Dryfuje bez przerwy przez luki istnienia.
Szukając zmiennika, ponownie umiera…

Dar Tirlliada , księga Hymnów – „O Namarze”

Zabił Dzwon!…
Write on poniedziałek, 11 styczeń 2010 Dział: Opowiadania
Doświadczony wędrowiec idzie pomału, lecz bez ustanku.

Od południa wiał silny wiatr, niosąc ze sobą kurzawę pustynnego piasku. Niebo, aż po horyzont, zasnute było rdzawozłotą zamiecią, w której niemożliwym zdawało się znalezienie drogi, po której poruszały się karawany. Pomimo tych warunków wielbłądy zachowywały się nadzwyczaj spokojnie. W przeciwieństwie do ludzi, ich wierzchowców i smukłych, długonogich psów trzymanych na splecionych z rzemieni smyczach. Wyruszyli w podróż jeszcze przed świtem, a słońce, teraz skryte za piaskową zamiecią, niespiesznie kończyło powolną wędrówkę. Powinni już dawno dotrzeć do celu, ale w pobliżu mijanej oazy rozpętała się ta nieszczęsna burza piaskowa. Álvar westchnął z rozdrażnieniem i odszukał wzrokiem przewodnika, a zarazem tłumacza, którego najął jeszcze w Teheranie. Nie musiał szukać długo. Ukryty pod dżelabą i turbanem mężczyzna zawsze, dziwnym trafem, znajdował się obok, gdy tylko zaszła taka potrzeba.

- Powiedz im, że mają się zatrzymać. I niech rozłożą namioty. Musimy przeczekać tę burzę.