Darkness II (recenzja)
The Darkness 2 to następca gry opartej na komiksie stworzonym przez m.in. Marca Silvestri. Kontynuuje wątek znany z pierwszej części. Tym razem jednak główny bohater, Jackie Estacado, nie jest już zwykłym „cynglem” mafijnego rodu Franchetti, ale jego szefem. Jackie po tym, jak odkrył w sobie Ciemność – bliżej nieokreślony zły byt, który jest w jego rodzinie od kilku pokoleń – stara się ją kontrolować i ograniczać. Sztuka ta udaje mu się przez dwa lata, ale w końcu podczas prawie udanego zamachu zmuszony jest ratować swoje życie i uwalnia jej moce ponownie. Tutaj na arenę wchodzimy my: musimy dowiedzieć się kto próbował zabić naszego bohatera, a przy okazji uratować świat i duszę zmarłej dwa lata wcześniej kobiety Estacado.
Nie tylko Cthulhu ma macki, mam i ja.
Uga Buga! (recenzja)
Uga Buga!, czyli jaskiniowa gra karciana
Otwieram niewielkie, zdobne w eleganckie jaskiniowe wzory metalowe pudełko i widzę pierwszą kartę instrukcji. W oczy rzuca mi się zdanie: Gracz, który najlepiej naśladuje mamuta, rozpoczyna. Wyobrażam sobie w tym momencie wszystkich moich znajomych naśladujących mamuty i... chcę przeżyć to naprawdę!
Uga Buga to łatwa w obsłudze gra towarzyska, której zasady każdy pojmie w lot. Nie znaczy to wcale, że jest prosta, bo sporo wymaga od graczy – poza wspomnianym wyżej talentem aktorskim, przyda się też donośny głos, dobra pamięć i koordynacja ruchowa oraz poczucie humoru. Nie trzeba go mieć wcale bardzo dużo, bo rozgrywka jest w stanie wykrzesać wybuchy śmiechu nawet z prawdziwego ponuraka (trudniej może być go namówić do udawania mamuta, ale warto podjąć to wyzwanie).
Dawno temu, w czasach kamienia łupanego, całe plemię zbierało się, aby wybrać przywódcę. Mężczyźni i kobiety walczyli o to, kto z nich zostanie głosem plemienia, kto wypowie sekretne słowa UGA BUGA!. O to właśnie tu chodzi. Oto niepowtarzalna okazja, by wrócić do korzeni, wyzwolić w sobie pierwotne instynkty, powalczyć o przywództwo i, przy okazji, dobrze się bawić...
Mass Effect 3 (recenzja)
Trylogia dobiegła końca. Jedna z najlepszych gier action RPG ostatnich 10 lat – „Mass Effect”, ponownie zagościła na naszych dyskach, a cel w trzeciej części przygód Johna Shepharda był jeden: ratunek Ziemi.
Zacznę od refleksji. Mając za sobą pierwszą, drugą i trzecią część „Mass Effect”, wcielając się trzykrotnie w Johna Shepharda i zgłębiając fantastyczny scenariusz gry przygotowany przez BioWare, pod koniec zaczął ogarniać mnie smutek. Fabularne rozłożenie wszystkich wątków na trzy części, rozwój bohaterów i w końcu niesamowite zakończenie wykonane zostało w iście Hollywoodzkim stylu. Dlatego szkoda, że obecnie powstaje tak mało seriali dziejących się w kosmosie, które mogłyby opowiadać tak świetną historię, jaką wymyślili scenarzyści BioWare. Trzy części „Mass Effect” mogłyby funkcjonować jako scenariusze do trzech sezonów produkcji np. stacji Syfy.
Soulcalibur V - recenzja
Z serią Soulcalibur po raz pierwszy zetknąłem się na konsoli PSX. Ciężko byłoby zliczyć ilość godzin, jakie spędziłem grając w tę pozycję ze znajomymi. Niestety, piąta część gry nie sprostała wszystkim moim oczekiwaniom. Ocenia Sebastian Krajewski.
Akcja gry rozpoczyna się siedemnaście lat po wydarzeniach z części czwartej. Cała historia kręci się wokół Partroklosa, syna Sophitii znanej graczom z poprzednich odsłon. Szybko zostaje on wplątany w walkę pomiędzy dobrem i złem, stając się tym samym posiadaczem legendarnego Soulcalibura.
Wątek „Story Mode” składa się z dwudziestu epizodów, a każdy z nich to po prostu walka wynikająca z fabuły. Podczas całego trybu grywalne są tylko trzy postaci: Patroklos, Pyrrha (siostra Partroklosa) i Z.W.E.I. Cały wątek jest bardzo krótki i jesteśmy w stanie zakończyć go za jednym posiedzeniem. Nie mamy co liczyć na porywającą historię. Wszystkie akcje i zamierzenia bohaterów są przewidywalne i do bólu oczywiste. Największą irytację wywołał u mnie moment, gdy pewny siebie i pełen heroizmu Patroklos nagle zaczął szlochać i łkać jak małe dziecko. To było żałosne. Wątek fabularny kompletnie nie sprostał moim oczekiwaniom. Zapewne wiele osób pomyśli teraz, czego niby spodziewałem się po grze, której fabuła ma opierać się na bijatykach? Fakt, niezbyt wiele – jednak to, co zobaczyłem, nawet przy nisko postawionej poprzeczce wywoływało u mnie znudzenie i frustrację.
Star Wars: The Old Republic (recenzja)
"Star Wars: The Old Republic", gra MMORPG już od jakiegoś czasu jest dostępna na rynku. Po kilku tygodniach grania i wgryzieniu się w rozgrywkę przyszedł czas na dogłębną analizę tytułu, który pozwala graczom przeżyć własną przygodę w świecie "Gwiezdnych Wojen".
Nie jest to pierwsza próba stworzenia gry z gatunku MMORPG w świecie "Gwiezdnych Wojen". Mieliśmy już "Star Wars: Galaxies", które przez złe decyzje Sony ostatecznie upadło i dla fanów uniwersum nie było alternatywy. Oczywiście są inne tytuły MMORPG, które przyciągają przed ekrany - sam miałem styczność z "Age of Conan", "Lineage II", "Guild Wars" czy oczywiście najpopularniejszym "World of Warcraft". Patrząc ogólnie na "Star Wars: The Old Republic" twórcy zaczerpnęli z tych tytułów to, co najlepsze, dodając od siebie jeszcze więcej, a wszystko wymieszano z odczuwalnym klimatem gry "Knights of the Old Republic".
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...
Final Fantasy XIII-2 (recenzja)
Trzynasta odsłona serii Final Fantasy przez niektórych została przyjęta ciepło, jednak większość graczy miała jej sporo do zarzucenia. Najpoważniejszymi wadami były liniowość gry i mało rozbudowany świat, niedający graczowi żadnej swobody. Czy panowie ze Square-Enix poszli po rozum do głowy i wyszli naprzeciw oczekiwaniom odbiorców? Swoje wrażenia opisuje Sebastian Krajewski.
O co tak naprawdę chodzi?
Lighning wraz przyjaciółmi położyła kres chorym ambicjom Barthandelusa. Niestety, wkrótce po tym sama zniknęła bez śladu. Ponadto, gdy pewnego dnia w ziemię uderza meteor, pojawiają się potwory atakujące wszystkich dookoła. Niespodziewanie z pomocą zjawia się Noel, przybysz z przyszłości, który po uporaniu się z całym bałaganem odnajduje dziewczynę imieniem Serah (znaną nam z poprzedniej części) i tłumaczy jej, że został przysłany przez Lightning. Jego zadaniem jest doprowadzić Serah do siostry znajdującej się w krainie zwanej Valhalla. Podróż nie jest niestety łatwa – Valhalla mieści się bowiem poza czasem i przestrzenią. Na szczęście dla naszych bohaterów na Ziemi pojawiają się dziwne bramy – Noel i Serah szybko odkrywają , że służą one do przemieszczania się w czasie, jednak aby je aktywować, potrzebny jest specjalny artefakt. Tak oto zaczyna się nasza przygoda pełna zawirowań i paradoksów czasoprzestrzennych.
Władca Pierścieni: Wojna na Północy [PC] (recenzja)
Trylogia Tolkiena nie miała szczęścia do adaptacji w formie gier komputerowych. Poza niezłą serią RTS-ów Bitwa o Śródziemie pozycje sygnowane marką Władca Pierścieni były nudnawe, boleśnie wtórne w stosunku do filmu i pełniły bardziej role cyfrowego odpowiednika kubeczka z Legolasem niż rzeczywistych gier. Szansę, by odmienić sytuację, ma studio Snowblind ze swoim tytułem Władca Pierścieni: Wojna na Północy, reklamowanym jako brutalna, bardziej wymagająca gra dla starszych odbiorców. Niestety, wciąż nie jest to RPG z prawdziwego zdarzenia (dlaczego nikt jeszcze nie odważył się takiego zrobić?), a naszpikowany walką action RPG. Co zatem tym razem oddano w ręce graczy?
Niewątpliwą zaletą Wojny na Północy jest zrezygnowanie ze zmuszania graczy, by odtwarzali po raz n-ty wydarzenia zawarte w filmie Jacksona. Zamiast tego przygotowano całkiem nową historię opartą na wątku, o którym we Władcy ledwie napomknięto: o walkach toczących się na północy Śródziemia. Nie będziemy więc kolejny raz przedzierać się przez wrogie zastępy w drodze do Mordoru, ale zamiast tego postaramy się, aby Nieprzyjaciel miał w rejonie Gór Szarych i Mrocznej Puszczy pełne ręce roboty tak, żeby Frodo i przyjaciele mogli nieco bezpieczniej dotrzeć do celu. Oczywiście taka fabuła byłaby pewnie zbyt mało motywująca dla większości graczy (kto chce robić li i jedynie za wsparcie?), więc twórcy postawili na naszej drodze Nieco Mniejsze Zło w osobie Agandaûra, Czarnego Númenorejczyka, prawej ręki Saurona. Jego podłe knowania zagrażają wszystkim wolnym ludom, zatem oczywiście będziemy musieli je pokrzyżować. Fabuła nie jest może szczególnie porywająca, ale solidna i nie zmusza nas do oddania mózgu do depozytu, co stanowi oczywistą zaletę.
King's Bounty: Nowe Światy [PC] (recenzja)
Dominik Korycki zrecenzował dla nas King's Bounty: Nowe Światy.
Jeśli nie mieliście styczności z serią King’s Bounty, to warto poznać ją bliżej, chociażby przez zagranie w demo. W skład Nowych Światów wchodzi pięć elementów takich jak: KB: Wojownicza Księżniczka (czyli kontynuacja KB: Legendy), przygody rozbudowane o nowy wątek, dwie miniopowieści oraz edytor. Można się zastanowić nad sensem zakupu tej gry, gdyż znowu dostajemy podstawową wersję (KB: Wojownicza Księżniczka), do której dołożone są malutkie dodatki, a jeśli mamy już podstawkę, same dodatki możemy dokupić za mniejszą cenę.
Zacznijmy do początku, czyli rozszerzenia do Wojowniczej Księżniczki zatytułowanego Marsz Orków. W kwestii fabuły to klasyczna powtórka z rozrywki: księżniczka Amelia wyrusza na poszukiwanie rycerza, który uratuje królestwo Endorii przed Baalem. Rozgrywka ma oczywiście postać znaną z KB: Legenda (albo z Heroes of Might and Magic), czyli przemierzanie świata, turowa walka z przeciwnikami i rozwijanie naszego bohatera. W Marszu Orków dostajemy nowe questy, nowe jednostki, budynki, zaklęcia i przedmioty; wszystko to przedłuża rozgrywkę, ale wybór odpowiedniej strategii wciąż należy do nas. Oczywiście możemy próbować wygrywać potyczki liczebnością wojsk lub za pomocą rozszerzonego arsenału czarów, choć często bardzo skuteczne okazuje się znalezienie złotego środka między tymi metodami. Nie zapominajmy także, że oddano nam do dyspozycji smoczego przyjaciela, którego umiejętności również da się rozwijać, a raz na turę za punkty może pomóc ubić parę jednostek wroga lub przywlecze jajo większe od siebie, z którego wykluwają się wojska.
Władca Pierścieni: Wojna na Północy [XBOX 360] (recenzja)
Z wersją Władcy Pierścieni: Wojny na Północy przeznaczoną na Xboxa 360 zmierzył się Sebastian Krajewski. Zapraszamy do lektury recenzji.
Nigdy nie byłem fanem świata Tolkiena. Pamiętam, że gdy pewnego razu poszedłem z dziewczyną do kina na nocny maraton trylogii Władca Pierścieni, zasnąłem w połowie pierwszej części i obudziłem się na końcu trzeciej. Dlatego do gry Wojna na Północy podszedłem z dużą rezerwą. Po odpaleniu krążka zostałem jednak mile zaskoczony.
Pierwszą rzeczą, która przypadła mi do gustu, jest fakt, iż w grze mamy do czynienia z zupełnie nowymi bohaterami. Ich historia rozgrywa się w tym samym czasie, co wędrówka Drużyny Pierścienia. Trzej śmiałkowie podążają tropem ucznia Saurona imieniem Agandaur, który przygotowuje atak na Shire. Bohaterów (oraz naszym) zadaniem jest unicestwić owego osobnika i tym samym pokrzyżować jego plany. W skład nowej ekipy wchodzą:
* Eradan – człowiek władający łukiem i mieczem, specjalizujący się w skradaniu,
* Andriel – elfka biegła w sztuce magicznej, potrafiąca również wytwarzać magiczne mikstury,
* Farin – krasnolud posługujący się broniami oburęcznymi.
L.A. Noire [PC] (recenzja)
Seriale telewizyjne i gry komputerowe. Teoretycznie dwa odległe światy, ale gdy już się wzajemnie przenikają, wychodzą z tego bardzo dobre produkcje. Przykładem może być recenzowane przez nas L.A. Noire w wersji na PC.
L.A. Noire była jedną z ciekawszych, bardzo oryginalnych produkcji na konsole. Wydana została w maju 2011 roku i zebrała świetne oceny. Nie inaczej jest z wersją PC, która co prawda zanotowała półroczne opóźnienie, ale nie wybrzydzajmy – lepsze to, niż gdyby nowa produkcja Rockstar Games stała się wyłącznym exclusivem na konsole. Dlaczego już na samym początku wspominałem, że to serialowa gra? Styl rozgrywki i bohaterowie w których się wcielamy sprawiają, że L.A Noire to niczym CSI: Kryminalne Zagadki Los Angeles umiejscowione w latach 40. XX wieku.







