20 Mar Horizon: Zero Dawn (recenzja)

Napisał Dział: Konsole Komentarze DISQUS_COMMENTS

Horizon1

Po przeszło trzydziestu godzinach spędzonych w postapokaliptycznym świecie „Horizon: Zero Dawn”, wypełnieniu ostatniego łowieckiego wyzwania Loży i zebraniu ostatniego Metalowego Kwiatu, z żalem uświadomiłem sobie, że nie zostało już nic do zrobienia. Niewiele myśląc, wskoczyłem na grzbiet nieco już poobijanego Bieguna i wyruszyłem na wschód, w kierunku terenów plemienia Nora i chaty Rosta, chcąc upewnić się, że żadne zadanie poboczne nie umknęło mojej uwadze oraz pozwolić bohaterce zamienić jeszcze kilka słów z przybranym ojcem. Przygody w opanowanym przez maszyny świecie, nawet pomimo sporych uproszczeń w mechanice oraz okropnej mimiki postaci, wciągnęły mnie bez reszty.

Opanowany przez maszyny świat poznajemy wraz z Aloy, odrzuconą przez matriarchalne społeczeństwo sierotę, wychowywaną przez innego wyrzutka – wspomnianego już Rosta. To właśnie on przez pierwsze godziny gry kierował krokami gracza, szkoląc dziewczynę w trudnej sztuce przetrwania w dziczy. Mężczyzna robi co może, by zastąpić dziewczynce rodzinę, jednak z biegiem czasu zadaje ona coraz więcej pytań, na które Rost zwyczajnie nie zna odpowiedzi. Dlaczego Nora ją odrzucili i traktują jak powietrze? Co się stało z jej matką? Chcąc odkryć tajemnicę swojego pochodzenia, Aloy postanawia przystąpić do Próby, podczas której młodzi (nawet wyrzutkowie) ubiegają się o status łowcy. Rost niechętnie zgadza się przygotować Aloy do tego trudnego sprawdzianu, rozpoczynając rygorystyczny trening. Jak widać, otwarcie „Horizon” budzi uzasadnione wątpliwości co do jakości fabuły. Bez problemu można wskazać nawiązania do stereotypowej opowieści o niedostosowanym do społeczeństwa dziecku, które dzięki wytężonej pracy oraz naturalnemu talentowi pokonuje wszelkie przeszkody w drodze do celu. Na szczęście Guerilla Games szybko pozbywa się wierzchniej, oklepanej warstwy opowieści i otwiera przed graczem bogaty, intrygujący świat, w którym cywilizacja upadła, a ludzkość dopiero zaczyna się odradzać.

Fabularne niedociągnięcia pierwszych kilku godzin „Horizon: Zero Dawn” szybko schodzą na dalszy plan dzięki wrzuceniu graczy na głęboką wodę. Za sprawą niefortunnego zbiegu okoliczności, kilkuletnia Aloy trafia do ruin dawnego świata. Metaliczne korytarze w które stopniowo wdziera się natura zachęcają do spenetrowania, a rozłożone zwłoki w dziwnych kombinezonach rozbudzają zainteresowanie. Gdy rudowłosa bohaterka znajduje Fokus, przypominające słuchawkę bluetooth urządzenie będące w gruncie rzeczy zminiaturyzowanym komputerem, nagle okazuje się, że świat Przedwiecznych nie został wymazany z powierzchni Ziemi, a ślady po nim w postaci hologramów, nagrań audio oraz wiadomości tekstowych pozwalają stopniowo odkrywać historię upadku cywilizacji. Wprowadzenie do gry kończy się naprawdę mocnym uderzeniem, a przed Aloy otwierają się bramy tętniącego życiem (zarówno naturalnym, jak i mechanicznym) świata.

„Horizon: Zero Dawn”, jak na dobrego sandboksa przystało, zapewnia graczom wszelkie potrzebne narzędzia, ale nie zmusza do eksploracji. Mimo to, niejednokrotnie pozostawiałem główny wątek na uboczu, penetrując ruiny miast w poszukiwaniu znajdziek, oczyszczałem kolejne obozy z bandytów, czy zagłębiałem się w tajemniczych Kotłach, chcąc odkryć sekrety maszyn. Guerilla Games zapełniło świat gry ogromną ilością rzeczy do zrobienia, nie wpadając przy tym w pułapkę ignorowania głównego wątku, co jest na porządku dziennym wśród przedstawicieli tego gatunku gier. W „Horizon” większość czasu spędzamy na niesieniu pomocy innym, niejako przy okazji torując sobie drogę do celu. Niezależnie czy akurat wykonujemy zadania poboczne, próbujemy dostać się do Loży Łowców, czy oczyszczamy siedlisko oszalałych maszyn, wszystko prowadzi w jednym, konkretnym kierunku – odkrycia tajemnicy przeszłości rudowłosej bohaterki. Niemal każda czynność niesie ze sobą nagrodę w postaci punktów doświadczenia, pozwalających odblokować nowe umiejętności. Co cieszy, to fakt, że wśród nowych zdolności nie znajdzie się ani jedna zbędna, służąca jako wypełniacz. Wszystkie one okazują się potrzebne, niezależnie czy chodzi o wystrzeliwanie trzech strzał na raz, skuteczniejszym ukrywaniu się, czy większych obrażeniach przy ataku wręcz, prędzej czy później każda z tych umiejętności okazuje się przydatna.

Jednym z najważniejszych elementów „Horizon: Zero Dawn” jest walka, z zaprojektowaniem której Guerilla Games poradziła sobie świetnie. Praktycznie każde starcie można rozwiązać na dwa sposoby, po cichu lub tradycyjnie. Aloy doskonale daje sobie radę z przekradaniem się między kolejnymi kępami wysokiej trawy, a Fokus pozwala określić nie tylko trasę patrolu przeciwników, ale także ich odporności oraz słabe strony. Działając ostrożnie, można wyczyścić całe gromady wrogów nie zużywając ani odrobiny leczących ziół. Podstawowe narzędzia rozwiązywania konfliktów, czyli łuk i włócznia mogą być modyfikowane za sprawą specjalnych komponentów, a zakupione lub zdobyte lepsze wersje broni dysponują również możliwością wystrzeliwania specjalnych pocisków (między innymi rozrywających, zapalających, czy porażających). Jeśli dodać do tego inne rodzaje broni, jak wyrzutnia lin (pętających przeciwników w miejscu i wystawiających na kilka darmowych ataków), potykacz, czy zdolną lobować pociski procę, otrzymujemy prawdziwy arsenał, w którymgdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Dodatkowo, Guerilla Games zapewniła Aloy całą garderobę przeróżnych strojów o różnych właściwościach. Gdy jeden jest lepszy w skradaniu, inny zapewnia świetną obronę przed wrogim ostrzałem, a ostatni – ukryty w jednym z bunkrów Przedwiecznych, zapewnia czasową nietykalność. Dodatkowo prawie wszystkie można modyfikować, wzbogacając o nowe odporności.

Horizon2

Sam crafting nie jest szczególnie skomplikowany, ponieważ jego podstawowym zadaniem jest dostarczać zużywanej w błyskawicznym tempie amunicji, pułapek oraz mikstur. Nawet w samym środku walki gracz może otworzyć podręczne menu, spowalniając nieco czas i na poczekaniu uzupełnić zapas strzał. Materiału na pewno nie zabraknie, ponieważ Aloy na każdym kroku natyka się na niezbędne przedmioty, dostarczane tak przez naturę, jak i pokonanych przeciwników. Podobnie uproszczony został system dialogów z zaludniającymi świat postaciami niezależnymi. W trakcie rozmów możemy wybierać tematy poruszane przez bohaterkę (opcje pojawiają się na przypominającym to z „Mass Effect” kołowym menu), ale raz na jakiś czas otrzymujemy możliwość wyboru sposobu w jaki na daną sytuację zareaguje Aloy. Gracze mogą zadecydować między podejściem współczującym, agresywnym i kreatywnym. Choć sam wybór nie ma większego wpływu na rozgrywkę, to nie pozostaje bez wpływu na uczucie immersji. Czy zdradzeni wybierzecie wybaczenie? Może postanowicie odebrać zdrajcy życie, albo wykorzystacie jego wiedzę na temat pewnego ugrupowania, by uderzyć w niczego niespodziewających się bandytów? To już zależy od was.

Na osobny akapit zasługują same maszyny. Guerilla odwaliła kawał dobrej roboty przy projektowaniu mechanicznych przeciwników. Te przypominające dinozaury, wyposażone w broń energetyczną, pazury oraz szczęki dzielą się na kilka, różniących się rozmiarami typów. Począwszy od niewielkich Czujek czy Złomiarzy na które natykamy się na początku, aż po potężne Uśmiercacze i Gromoszczęki, z którymi walka jest zawsze emocjonująca oraz często może skończyć się wczytaniem punktu kontrolnego. O ile starcia z ludzkimi przeciwnikami nie są niczym szczególnym, a oni sami są zwyczajnie głupi, pojedynczo podchodząc do rosnącej sterty zwłok i wystawiając na strzał w głowę, tak maszyny działają stadnie. Wokół większych sztuk kręcą się wspomniane Czujki, czy inne Długonogi, których głównym zadaniem jest namierzenie i eliminacja zagrożenia. Gdy gracz zostaje wykryty, nagle na miejsce walki zbiegają się okoliczne maszyny, zmieniając pozornie proste starcie w niezłe wyzwanie. Jeśli dodać do tego latające Jastrząbłyski lub niewidzialne Nękacze, okazuje się, że w „Horizon: Zero Dawn” trzeba świadomie dobierać wyzwania.

Choć przygody Aloy wciągnęły mnie bez reszty, to nie wszystko było idealne. Jednym z problemów tego tytułu jest wspomniana wcześniej głupota ludzkich przeciwników, którzy nie stanowią praktycznie żadnego wyzwania. Wbrew rozsądkowi i instynktowi przetrwania, widząc zwłoki towarzysza, nie podnoszą alarmu, ale z zainteresowaniem postanawiają odłączyć się od grupy, chcąc osobiście zbadać świeżego trupa. Dopiero otwarte starcie z tuzinem takich wrogów potrafi zmusić do skupienia się na walce. Inną sprawą jest fakt, że czasami gra na oczach gracza doczytuje elementy otoczenia, jak i samych przeciwników, ale to i tak nic w porównaniu z mimiką zaludniających „Horizon” postaci. Często łapałem się na patrzeniu z niedowierzaniem na pozbawioną wyrazu twarz osoby rozpaczającej nad śmiercią kogoś bliskiego. Drewniane animacje zbyt często psuły wrażenie immersji, co jest tym bardziej przykre, że same zadania potrafiły być bardzo interesujące. Problemy te bledną jednak na tle ogromnej grywalności „Horizon”. Gra na Playstation 4 wygląda świetnie, animacja ani na chwilę nie zwalnia, a jakby tego było mało, w ciągu ponad trzydziestu godzin grania (większość w maratonach po siedem/osiem godzin) ani razu nie trafiłem na awaryjne wyłączenie tytułu. Ostatnią rzeczą do której można się przyczepić jest polski dubbing, który choć generalnie prezentuje przyzwoity poziom, to w przypadku kilku postaci nieprzyjemnie zgrzyta.

Wykreowany przez Holendrów z Guerilla Games świat jest piękny. Od pokrytych śniegiem zboczy gór, aż po spalone słońcem pustkowie, przemierzanie go jest czystą przyjemnością i często wygrywało u mnie z systemem szybkiej podróży. Zmienne warunki pogodowe (jak ulewa, burza piaskowa, czy śnieżna zamieć) wywołują adekwatną reakcję Aloy oraz ograniczają widoczność. Wszystko to zostało wzbogacone o bardzo przyjemną, pasującą do wydarzeń na ekranie ścieżkę dźwiękową, która z pewnością się nie nudzi. „Horizon: Zero Dawn” to tytuł obowiązkowy dla wszystkich posiadaczy czwartego Playstation. To wciągająca opowieść, która zachęca do zbierania porozrzucanych fragmentów układanki, stopniowo budując obraz upadku cywilizacji oraz towarzyszących mu mniejszych, indywidualnych dramatów ludzi. Ci postawieni w obliczu wymarcia gatunku narzekają, że nie zapakowali ze sobą kolekcji komiksów, ale widzimy tu także rodziny żołnierzy, których synowie, córki, żony i mężowie poświęcają życie, byle tylko opóźnić przemarsz maszyn. Nawet jeśli fabuła nie pozostawia wiele swobody, prowadząc gracza od wydarzenia do wydarzenia, to całość składa się w przepełniony grywalnością tytuł, który trzeba sprawdzić.