25 Lis Śródziemie: Cień Wojny (recenzja) Wyróżniony

Napisał Dział: Konsole Komentarze DISQUS_COMMENTS

cien wojny

Recenzja „Śródziemia: Cienia Wojny” jest jednym z trudniejszych tematów z jakim zdarzyło mi się zmierzyć w 2017 roku. Z jednej strony otrzymaliśmy solidny tytuł oraz bardzo dobrą kontynuację, ale z drugiej mikrotransakcje i lootboxy wywarły ewidentny wpływ na rozgrywkę, która w czwartym akcie została rozciągnięta do granic, byle tylko gracze chętniej sięgali po portfel. Nie przypominam sobie w mojej ponad dwudziestoletniej karierze gracza tytułu, który przypominałby wypad na świetną pizzę, który kończy się awanturą i robotą na zmywaku. Jest to tym bardziej irytujące, że przez pierwsze godziny bawiłem się przy „Cieniu Wojny” naprawdę dobrze.

Wydany w 2014 roku „Cień Mordoru” wziął wszystkich graczy z zaskoczenia, a fanów prozy Tolkiena dodatkowo przyprawił o palpitacje serca. Podchodząc bez szczególnej estymy do materiału źródłowego, Monolith skroiło Śródziemie wedle własnych potrzeb, całość budując wokół rewolucyjnego systemu Nemezis. Gra była świetna i w szybkim tempie zyskała wierne grono fanów (ze wspomnianymi Tolkienistami prychającymi z oburzeniem gdzieś w kącie, ale mimo to grającymi), a ja sam poświeciłem dziesiątki godzin chcąc zdobyć platynę. Nawet jeśli opowieść nie była szczególnie oryginalna, to bawiłem się świetnie i prosiłem o więcej. Tak też się w sumie stało. „Śródziemie: Cień Wojny” zaspokaja ten głód, podnosząc zawartość z poprzednika do kwadratu. Więcej uruków, głębszy model rozwoju Taliona, więcej zadań pobocznych i znajdziek, jeszcze szerzej wykorzystywany system Nemezis, jeszcze płytsza fabuła oraz dodatkowy Już-Nie-Jedyny-Pierścień. Czyżbym słyszał zbiorowy jęk rozpaczy tysięcy fanów twórczości J.R.R. Tolkiena?

Zazwyczaj w tym miejscu wspominam o fabule, starając się nakreślić choć zarys budowanego przez grę klimatu, jednak w przypadku „Cienia Wojny” jest to o tyle trudne, że sama gra nie posiada czegoś takiego, jak wprowadzenie. Rozpoczynając akcję krótko po wydarzeniach z „Cienia Mordoru” Monolith Productions założyło, że wszyscy doskonale pamiętają wydarzenia sprzed trzech lat. Nie tłumacząc wiele, oczom graczy ukazana zostaje scena tworzenia nowego Pierścienia, po czym błyskawicznie jesteśmy rzucani w wir wydarzeń, a naszym celem jest obrona znajdującego się w Minas Ithil Palantiru. Wszystko jasne? Nie? Trudno. Ruszajcie zabijać legiony uruków. Krokami duetu Talion-Celebrimbor w „Cieniu Mordoru” kierował wspólny cel – zemsta. Każda decyzja oraz przelana krew była dyktowana właśnie przez nią; I choć wspomniana fabuła nie powalała na kolana, tak wszystko tworzyło w miarę spójną całość. Niestety, wprowadzony w epilogu gry z 2014 roku nowy Pierścień sprawił, że twórcy zapędzili się w kozi róg, nie do końca wiedząc jak poprowadzić opowieść po stworzeniu tak potężnego przedmiotu, mogącego rywalizować z Jedynym Pierścieniem. Dlatego też tym razem walczymy z siłami ciemności, bo tak wypada, a dodatkowo wierzy w nas pewna młodociana, ale całkiem wojownicza dziewczyna. W tle przewijają się Nazgule, Szeloba w kobiecej postaci, Balrog oraz Gollum i choć pewnie udręczeni miłośnicy Tolkiena właśnie wyszli, trzaskając drzwiami, potencjał większości z obecnych w grze postaci jest zmarnowany.

Tam, gdzie fabuła nie daje rady, „Cień Wojny” nadrabia (i to z nawiązką) rozgrywką. Wszystko, co podobało się graczom w poprzedniej odsłonie zostało dopracowane oraz rozwinięte. Doskonale widać to na przykładzie Taliona, który w miarę zdobywanego doświadczenia może odblokowywać umiejętności w ramach sześciu drzewek specjalizacji i przyznam szczerze, że choć nie korzystałem ze wszystkich możliwości, nie trafiłem na ani jedną, którą ze spokojnym sumieniem mógłbym zaklasyfikować jako zbędną. Jeśli dodać do tego fakt, że każda z umiejętności ma do trzech modyfikatorów, to system oferuje szeroką gamę możliwości, dzięki którym każdy może skroić rozgrywkę według preferencji. Dochodzi do tego świetny system zdobywania wyposażenia, który z miejsca mnie w sobie rozkochał. Talion praktycznie potyka się o sprzęt, od zbroi, przez miecze i łuki, na pelerynach i pierścieniach skończywszy. „Cień Wojny” to istna rewia mody, pozwalająca graczom przebierać bohatera co kilka minut, tworząc iluzję nieustannego rozwoju. Jak gdyby tego było mało, legendarne elementy wyposażenia, prócz standardowych bonusów do danej umiejętności lub zadawania dodatkowych obrażeń oferują specjalne wyzwania, których ukończenie odblokowuje kolejne bonusy. Dochodzi do tego kompletowanie legendarnych zestawów, tworzenie klejnotów, gromadzenie twardej waluty… Zdecydowanie zbyt często łapałem się na polowaniu na sprzęt, gdy fabuła leżała odłogiem. Podzielone na pięć stref, Śródziemie oferuje ogrom znajdziek, wyzwań i wspomnień odsłaniających przeszłość Celebrimbora. Jest co robić i to się nie nudzi.

Rozwinięto również system Nemezis, choć w jego przypadku nie obyło się bez zgrzytów. „Śródziemie: Cień Wojny” oferuje znacznie większy rozmach od poprzednika i to widać. Stanowiące sedno tej części zdobywanie (oraz bronienie) fortów to istna maszynka do mięsa, gdzie z byle powodu mogą zginąć nawet najpotężniejsze jednostki. I tym właśnie są uruki w „Cieniu Wojny” – jednostkami. Podczas gdy w „Mordorze” stopniowo budowało się własną wersję świata, zapełniając go mniej lub bardziej unikalnymi orkami, w kontynuacji prędzej czy później dochodzi się do wniosku, że losowo generowani przeciwnicy są zwyczajnym mięsem armatnim. W związku z tym, całość nabiera charakteru właściwemu grom RTS, w których liczy się jedynie siła armii oraz szybkie przejmowanie wyznaczonych celów. Zatraca się unikalny charakter poprzedniczki, gdzie nie tylko rozpoznawało się spotykanego po raz kolejny uruka, ale też doskonale pamiętało poniesione z jego ręki porażki. Tymczasem w „Cieniu Wojny” odblokowałem osiągnięcie za trzykrotne spotkanie tego samego orka, kompletnie mego rzekomego nemezis nie kojarząc. Po kilku godzinach formowania armii zaczyna się zauważać recykling wyglądu oraz odzywek nowych orków i czar budowania własnej opowieści zaczyna pryskać, by ostatecznie pójść w rozsypkę w czwartym akcie – „Wojnach Cieni”.

Aby dostąpić zaszczytu obejrzenia „prawdziwego zakończenia”, gracz musi przystąpić do żmudnego procesu obrony zdobytych uprzednio fortów przed kolejnymi, coraz trudniejszymi falami wroga. Problem polega na tym, że urukowie skalują się do poziomu Taliona i gdy nasze wojska w uprzednio podbitych regionach mogą prezentować poziomy od piętnastego do, powiedzmy, dwudziestego piątego, w momencie rozpoczęcia czwartego aktu gry przeciwnik rzuca na nas hordy skalowane do naszego obecnego – zazwyczaj maksymalnego. Jak można się zorientować, tacy urukowie przebijają się przez naszą armię jak nóż przez mokry papier. Chcąc mieć jakiekolwiek szanse trzeba inwestować w ulepszanie twierdzy oraz na bieżąco uzupełniać coraz częstsze i boleśniejsze straty w obsadzie. Prowadzi to do wielogodzinnego, pozbawionego jakiegokolwiek tła fabularnego grindu, a to wszystko w celu obejrzenia jednej cutscenki. Drugim wyjściem jest sięgnięcie po portfel i kupienie kilku(nastu) skrzynek, na miejscu uzupełniając obsadę twierdzy potężnymi orkami. Ciężko odbierać to inaczej, niż celową ingerencję w rozgrywkę przez Monolith. Twórcy otwarcie stawiają graczy w obliczu mozolnego grindu, niemal na każdym kroku sugerując łatwiejsze rozwiązanie, pozwalające… nie grać w ich grę.

„Śródziemie: Cień Wojny” na przestrzeni pięciu, różnorodnych i przyjemnych dla oka obszarów (nawet na podstawowej wersji PS4) zaoferował mi mnóstwo przyjemności z gry. Spory stopień powtarzalności zadań nie był w stanie zepsuć ogólnie pozytywnego obrazu „Cienia Wojny”, niestety uczyniła to demonstrowana w ostatnim akcie chciwość wydawcy, która skutecznie zatruła wrażenie z bardzo dobrej gry. Czy można ten tytuł polecić, gdy w ostatnim kwartale 2017 roku na rynku zadebiutowało tyle dobrych gier? Jeśli jesteście fanami gier z otwartym światem, a na samą myśl o ogromnej ilości lootu poprawia wam się humor – możecie spróbować sił w walce z armią Saurona. W innym przypadku, lepiej zaczekać na wersję GOTY, która bez wątpienia pojawi się w przyszłym roku. Warto także zaczekać na to, jak rozwinie się kwestia lootboxów, które pod lupę biorą kolejne organy państwowe.

Więcej w tej kategorii: « Super Mario Odyssey (recenzja)