25 Sty Wygnańcy. Oblężenie – Mateusz Albricht (recenzja)

Napisane przez Dział: Planszówki Komentarze DISQUS_COMMENTS

wygnancy

„Wygnańcy. Oblężenie” stanowi bardzo ryzykowną propozycję i być może wydanie gry nie powiodłoby się, gdyby nie trafiło na portale crowdfundingowe Kickstarter czy Wspieram.to, ale bynajmniej nie dlatego, że sam projekt jest banalny, niedopracowany czy po prostu nie wygląda zbyt zachęcająco, lecz dotyczy mało znanego na rynku nazwiska twórcy. Niewydanie tytułu byłoby niestety dla potencjalnych zainteresowanych wielką stratą, finansowanie społeczne górą!

Jak sama nazwa mówi, w grze będzie chodzić o oblężenie, w którym przyjmiemy rolę napastnika bądź broniącego – i chociaż początkowo to ofensywna strona będzie wydawać się bardziej kusząca i prostsza w drodze do zwycięstwa, to tylko pozory, bowiem drobne błędy mogą odbijać się o wiele większą czkawką, zaś oblegani mogą w tym względzie nieco śmielej sobie poczynać. Wspomnieć warto, że gra umożliwia rozgrywkę jednoosobową – według scenariusza albo po prostu z rozlosowanych kart – wyglądającą zasadniczo inaczej od tej z innymi graczami. Jednak to wieloosobowa partia jest tym, co przynosi najwięcej przyjemności i pozwala cieszyć się intensywnością gęstego, ciężkiego i mrocznego klimatu tworzonego wraz z interakcją uczestników. Właśnie czegoś takiego oczekują fani planszowo-karcianych gier strategicznych (z pogranicza bitewniaka), choć trzeba zaznaczyć, że projekt jest dość zaawansowany.

Wykonanie także jest silną stroną „Wygnańców”, składa się bowiem z bardzo dobrze zrobionych i wytrzymałych komponentów z wieloma wariantami, ale to już pudełko przyciąga wzrok i pobudza wrażenie, że nie będziemy mieli do czynienia z banalną, sztampową grą. W środku znajduje się aż sto dziewiętnaście różnych figurek (m.in. olbrzymy, orły, pająki), które będą stanowić oddziały szturmujące albo odpierające. Plansza główna to dość obszerna, utrzymana w posępnych, nasyconych ciemnymi odcieniami barwami – ciekawa, szczegółowa grafika zdobiąca ją to swoisty rzut izometryczny, napędzający atmosferę. Pięć arkuszy pomocy, i po piętnaście kafli fortyfikacji oraz budynków, dwanaście scenariuszy i klarowna, pokazująca na przykładach instrukcja to także elementy, o których jakość należycie zadbano. Podobna rzecz ma się do stu dziewięćdziesięciu kart, sześćdziesięciu pięciu znaczników, dwudziestu pięciu żetonów machin i sześciu kart bohaterów – wszystko jest ze sobą spójne, a całość nie tyle wydaje się, co wprost jest kompletna (mimo że autor zapowiedział dodatki i rozszerzone wersje gry).

Mateusz Albricht, twórca „Wygnańców. Oblężenie”, zdawać by się mogło z dotychczasowego dorobku nie ma zbyt wielkiego doświadczenia w branży gier planszowych i karcianych, ale bynajmniej to nie postać tabula rasa, gdyż w obecnym planie wydawniczym figuruje już kilka ciekawych tytułów, w tym (roboczo) „Wygnańcy. Taktyki”, czyli tytuł z uniwersum recenzowanego produktu. Dodatkowo projektuje również „Łowców”, „Blood and Dust” czy „The Convicted”, a wszystko ze stajni młodego, choć rokującego na przyszłość wydawnictwa Officina Monstrorum.

Modus operandi gry jest wbrew wielu pozorom bardzo prosty, ale wymaga kilkurazowego grania i próbnych ułożeń, po których rozgrywka stanie się czysta i łatwa w opanowaniu, w czym pomocna wydaje się rzecz jasna instrukcja – wyłuszczająca krok po kroku (wraz z przykładami) na czym co polega i jak co stosować, nie brak w niej także wskazówek, a żeby jeszcze lepiej przyswoić sobie mechanikę i zasady projektant zaserwował nam scenariusze. Wszystko zaś opiera się na budowaniu talii, dzięki której będziemy mogli podejmować najlepsze dla nas rozwiązania i wedle obranej taktyki i strategii dotrzeć do zamierzonego celu – tj. zdobycia zamku bądź odparcia wrogów. Wpływ na naszą talię ma losowość, która może wiele planów pokrzyżować, ale z jej pomocą możemy być pewni, że i naszemu przeciwnikowi nie będzie zbyt lekko. Sami z kolei decydujemy o ułożeniu jednostek (co ma niebagatelne znaczenie) i rozbudowie zamku lub/i okolicy, z których będziemy czerpać później profity.

Zaawansowanie rozgrywki jest wysokie, wielość możliwości i operacji wymaga od uczestnika dokładnego przemyślenia tego, co zamierza zrobić uwzględniając losowe dobieranie kart, a co za tym idzie, niemożliwość wykonania planu w taki sposób, jaki był przez gracza oczekiwany. Takich zależności podczas rozgrywki jest wiele i trzeba być przygotowanym na ewentualne potknięcie, zamiast skupiać się na skompletowaniu jednej jedynej talii kart, która pozornie umożliwi nam wygraną. Gra nie wybacza błędów, dlatego od razu trzeba podejść do niej wczuwając się w rolę stratega i przemyśleć posunięcia i ułożenia, bo korekcja potem może być niezwykle trudna albo wręcz niemożliwa. Sama gra jest rozbudowana, wymagająca i wysoko regrywalna, ale nieco męcząca i bardzo satysfakcjonująca.

Skalowalność można uznać z kolei za ogromny plus, jakich wiele w tym tytule, wpływa bowiem na długość rozgrywki, wymaga od uczestników elastyczności w dobieraniu nowych taktyk i wciąż opracowywania na nowo trybu składania talii oraz zmysłu kooperacji (przy większej ilości niż dwie osoby). Owa strona jest nierozerwalna z interakcją, która (w każdym wypadku, oprócz rozgrywki dla jednego gracza) zawsze jest wysoka, gdy gramy w dwie osoby polega na ciągłym forsowaniu się i podpatrywaniu zagrywek przeciwnika, kiedy zaś jest jeszcze więcej grających wymaga się od nich dodatkowych działań, współpracy i debat nad tym, co należy zrobić, aby wygrać.

Jest więc to (od dwóch graczy wzwyż) gra kooperacyjna i antagonistyczna. „Wygnańcy. Oblężenie” mimo że wydają się dość ubogie tematycznie (ciągłe nacieranie na mury i ich obrona), ale to tylko mylne wrażenie, bo gra niesamowicie angażuje, wymaga dużego skupienia i szybko wciąga graczy w wojenny, ciężki klimat oblężenia. Doszukiwanie się przy niej minusów to syzyfowa praca i drobne mankamenty nikną w obliczu wielu plusów płynących choćby z niemałej regrywalności, wysokiej losowości, przyjemnej interakcji, solidnego, drobiazgowego wykonania czy atmosfery, o którą nie tak łatwo w przypadku takich gier.