 Kilkanaście lat temu podczas szkolnej wycieczki do Zakopanego doświadczyłem pierwszego prawdziwego kaca. Byli znajomi, znajome, procenty i impreza do białego rana. Pamiętam, że właśnie wtedy także po raz pierwszy usłyszałem Kurta Cobaina. Tak sobie myślę, że ten wyjazd w góry stanowi pewną granicę jeżeli o chodzi moje podejście do wielu spraw. Koszule w kratę, glany, piwo i silna chęć posiadania gitary. „Człowieku, ależ się uchachaliśmy”*. Dlaczego o tym piszę? Zdjęcie Joego Hilla na tylnej okładce powieści Rogi przywołało wspomnienia. Nie mówiąc już o tym, że jego debiutancka książka nosi tytuł Heart-Shaped Box. Na szczęście wróciłem do domu w jednym kawałki u bez żadnych narośli na głowie.
Od 2007 roku uważnie śledzę dokonania Joego Hilla. Oczekiwania względem jego najnowszej powieści były duże. W dość krótkim czasie zdobył kilkanaście nagród, jego proza zyskuje coraz więcej zwolenników, a co najważniejsze jest synem Stephena Kinga. Takie rekomendacje — szczególnie ostatnia — zobowiązują. Właśnie za ich sprawą Rogi opuściły krąg premier przechodzących bez echa. Sporo osób czekało na tę powieść i nie ma w tym nic dziwnego. Każda kolejna książka Joe Hilla wzbudza emocje. Zarówno jego fanów, jak i fanów Stephena Kinga, ciekawi talent przyszłej — być może — gwiazdy literatury grozy.
Czy Joe Hill poszedł w ślady ojca? Trudno jednoznacznie ocenić na podstawie obecnego dorobku pisarza. Patrząc przez pryzmat Rogów, jestem jednak dobrej myśli. Carrie, która w 1974 roku zawojowała świat, była według mnie dużo gorsza. Miała klimat, ale postaci i sceneria wydarzeń pozostawiały wiele do życzenia. W Rogach ten problem nie występuje. Joe Hill szybko zrozumiał, że jego ojciec zawdzięcza sukces w większym stopniu stylowi – językowi charakterystycznemu dla powieści obyczajowych — niż historiom o wampirach. Ową prawdę trafnie podsumował Jerzy Szyłak, pisząc: „Język, którym pisze on [S. King] swoje powieści jest żywy i potoczny, zaś sposób, w jaki konstruowana jest relacja, sprzyja obcowaniu z tekstem ze względu na jego literackie walory, wobec których podjęty temat stanowi wartość drugorzędną”**. Ważna lekcja, bo dzięki niej nazwisko „Hill” nie będzie kojarzone z literacką tandetą. O inny obrót sprawy było bardzo łatwo. We współczesnym horrorze można wyróżnić co najmniej dwie główne ścieżki rozwoju. Jedną z nich jest bombardowanie odbiorców okropieństwami fizycznymi (szaleństwo zapoczątkowane przez Georga Romeo w 1968 roku), druga skupia się na przekształcaniu dawnych straszydeł (np. wampiry, wilkołaki) w romantyczne maskotki. Prawdopodobnie z tego powodu literatura grozy zaczyna być kojarzona z paranormal romance. Wracając do tematu. Joe Hill uniknął obu wspomnianych ścieżek. Na pierwszy rzut oka Rogi to banalna historia miłosna, z przeciętnymi bohaterami i jeszcze przeciętniejszym miasteczkiem w tle. Ot kolejny zapychacz rynku. Nic bardziej mylnego. Nie jest to ckliwie romansidło.
Ignatiusa Perrisha — głównego bohatera — poznajemy, gdy jest bardzo mocno skacowany. Do tego stopnia, że ma zwidy. Spogląda w lustro i widzi na swojej głowie rogi. Szybko okazuje się, że jest to największy kac w jego życiu, bo narośle w ogóle nie chcą zniknąć. Pomimo kilkunastokrotnego mrugania oczami, nadal tkwią na głowie. Na dodatek ich właściciel zaczyna słyszeć myśli innych ludzi, poznawać sekrety i wspomnienia. I tak właśnie zaczyna się rogowa historia. Czy Ignatius Perrish zaakceptował swoje nowe „ja”? Tak. Uświadomił sobie, że dzięki temu może odnaleźć mordercę swojej dziewczyny. Powiem więcej. W chwili, gdy ta prawda do niego dociera, w książce zaczyna robić się piekielnie gorąco.
Mógłbym napisać, że Rogi to opowieść o facecie, który, straciwszy miłość w wyniku brutalnego morderstwa, sam postanawia wymierzyć sprawiedliwość. Jednak gdybym na tym poprzestał, prawdopodobnie tylko znikoma ilość czytelników sięgnęłaby po książkę. W końcu ile można czytać o tym samym? Joe Hill nie idzie na łatwiznę! Nie serwuje kolejnej historii o tragicznej miłości pomiędzy piękną dziewczyną i trochę brzydszym mężczyzną. Wspomniany motyw stanowi jedynie wprowadzenie do wątku poświęconego ludzkim duszom. Wiem, jak banalnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Według mnie autor poprzez powieść Rogi przekonuje, że w każdym z nas siedzi diabeł. To, że człowiek jest zdolny do najróżniejszych okropieństw, jest prawdą powszechnie znaną. Stephen King sięgał po nią wielokrotnie w swojej twórczości (por. np. Mali ludzie w żółtych płaszczach, Pod kopułą, Sklepik z marzeniami, Carrie). Joe Hill idzie w jego ślady i robi to w wielkim stylu. Rogi, dzięki wątkowi oscylującemu wokół tajemniczego morderstwa, trzymają w napięciu. Rzetelne przedstawienie relacji międzyludzkich czy opisy małomiasteczkowego środowiska zaspokoją nawet najwybredniejszych fanów literatury obyczajowej. Miłośnicy horrorów także nie będą zawiedzeni. Piekielna atmosfera unosi się do ostatnich stron książki.
Podsumowując, z historią Ignatiusa Perrisha wypadałoby się zapoznać. Joe Hill po raz kolejny udowadnia, że posiada talent i z książki na książkę będzie stanowił coraz większą konkurencję dla swojego ojca.
* S. King, Serca Atlantydów [w:] Serca Atlantydów, Warszawa 2009, s.267. ** J. Szyłak, Oblicza horroru [w:] „Magia i miecz”, nr 5 (10) 1994, s.11.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Tytuł oryginału: Horns Tłumaczenie: Maciejka Mazan Data wydania: 10 Czerwiec 2010 ISBN: 978-83-7648-408-2 Oprawa: miękka Format: 142 x 202mm Liczba stron: 376 Rok wydania oryginału: 2010
|
Komentarze
Jak już sygnalizowałam, nie zgadzam się z hm... hierarchią zobowiązań, tak to ujmijmy. Wydaje mi się, że bycie synem osoby znanej ze swojego stylu i mającej rzeszę fanów może być — zwłaszcza na początku — nieco kłopotliwe. Niby to jest normalne, że oczekujemy, że ojciec i syn będą trzymali podobny poziom etc., tyle że... przecież to nie jest dziedziczne. Kunszt pisarski (nazwijmy to górnolotnie) najczęściej jest zwieńczeniem długich lat praktyki, nie wystarczą talent i bogata wyobraźnia.
Poza tym jestem przeciwna wskazywaniu na związki rodzinne pisarzy, to nie pozwala sytuować ich obok siebie, tylko zawsze w opozycji — syn przerósł ojca/ojciec pozostaje niedoścignionym wzorem.