07 Lis Marta Kisiel – Siła niższa (recenzja #2)

Napisała Dział: Książka Komentarze DISQUS_COMMENTS

Z Martą Kisiel zetknęłam się przy okazji jej książkowego debiutu, czyli „Dożywocia” (2010), a właściwie nawet chwilę wcześniej, gdy opowiadaniem „Dożywocie” zaznaczyła swoją obecność w zbiorze „Kochali się, że strach”. Ta antologia przykuła moją uwagę wieloma dobrymi tekstami oraz dwoma świetnymi, przy których nieliczne słabsze zapadały w niepamięć. Pierwszym było „Dożywocie”, a drugim „Miód z moich żył” Rafała W. Orkana, więc gdy okazało się, że oba z nich doczekały się rozwinięcia książkowego, byłam w siódmym niebie. Mój entuzjazm przygasł nieco, gdy o mieszkańcach Lichotki zrobiło się cicho aż na sześć lat, ale na szczęście pojawiła się „Siła niższa”! Nareszcie!

„Dożywociem” byłam zachwycona całkowicie, określiłam je nawet mianem debiutu roku i z perspektywy czasu podtrzymuję tę opinię. Czy „Siła niższa” to powieść, która dorównuje poprzedniczce?
Na samym początku nie byłam przekonana – owszem, narracja nadal była prowadzona fantastycznie, z dużą ilością gier językowych i intertekstualnych niespodzianek, ale miałam wrażenie, że po tak długim czasie Marta Kisiel pogubiła część swoich bohaterów i tak bardzo skupiła się na wprowadzaniu nowych, że zabrakło jej czasu i miejsca na całość. W pierwszych rozdziałach „Siły niższej” cudownie było czytać o Konradzie, o Lichu oraz o Turu Brząszczuku – ale tylko o nich, reszta przemykała gdzieś w tle albo w ogóle nie była wspominana. Sam Turu zasługuje na ogromne pochwały: to postać tak zabawna, że aż chwilami groteskowa, ale przy tym sympatyczna i całkiem życiowa – jak na stworzone w tekście realia. Licho wciąż porusza, roztkliwia i sprawia, że chce się przygarnąć je do serca, zaś zachowanie i stan Konrada idealnie oddają jego życiową sytuację – frustrację i rozbicie po utracie miejsca, które uznał za dom. Niewykluczone, że poczucie, iż czegoś tu brak, było świadomym zabiegiem – wszak właśnie to uczucie towarzyszyło bohaterom.
Z rozdziału na rozdział autorka (czy, jak mówi o sobie sama, ałtorka) rozkręcała się jednak i mogłam tylko z uznaniem pokiwać głową, gdy dziewięcioro różowych króliczków w towarzystwie pazurzastej Zmory szalało w kuchni ku zgrozie całej ferajny. Z rozdziału na rozdział dowiadywałam się, co wydarzyło się z poszczególnymi postaciami, które wcześniej zniknęły jak kamfora i odkrywałam, że kolejne zdarzenia jednak trzymają się kupy.

Nowi bohaterowie (ponieważ na scenie zagościł nie tylko wprowadzony wcześniej Turu, ale nie będę zdradzać, kto jeszcze postanowił testować cierpliwość Konrada) zdali egzamin i wpasowali się w przedziwną familię. Starzy zaliczyli udane powroty. I choć nie doczekałam się mojego ulubieńca w takiej postaci, na jaką miałam nadzieję, to zaliczył udane cameo, pozostawiające otwartą furtkę na przyszłość. (Nie wiadomo wprawdzie, czy ta nastąpi, gdyż „Siła niższa” tak samo jak „Dożywocie” jest w stanie obyć się bez kontynuacji, ale mam nadzieję, że Marta Kisiel kiedyś powróci do tej zwariowanej bandy… Choćby za kolejne sześć lat.) Pisarka interesująco rozwinęła wątek testamentu i dożywotników, a także puściła niejedno oczko – na marginesie fabuły pojawiły się fora internetowe wraz ze swoją specyfiką, konwentowicze na konwencie, a nawet główni bohaterowie z „Nomen omen”, także autorstwa Marty Kisiel. Mimo pewnego zawahania nad początkowymi rozdziałami, oceniam więc „Siłę niższą” zdecydowanie pozytywnie i uważam, że powinien sięgnąć po nią każdy czytelnik „Dożywocia”. Powinna przypaść do gustu także zwolennikom humorystycznego urban fantasy, które na pierwszy rzut oka jest lekkie, ale potrafi trafić człowieka w samo miękkie. Oni jednak zdecydowanie powinni rozpocząć lekturę od pierwszego tomu.

Na zakończenie wspomnę jeszcze o samym wydaniu. Wydawnictwo Uroboros zadbało o to, by wszystkie książki Marty Kisiel ukazały się w utrzymanej w jednej tonacji szacie graficznej – skali szarości z pojedynczym kolorem. Jest to ogromna zaleta i zachęca do skompletowania wszystkich tekstów autorki. Niestety w porównaniu ze wznowieniem „Dożywocia” oraz z „Nomen omen”, okładka „Siły niższej” kompletnie nie przypadła mi do gustu. Niespecjalnie odpowiada wydarzeniom i dopiero pod sam koniec czytelnik zrozumie, na co właściwie spoglądał. Szansa, że okładka skusi kogoś niezaznajomionego wcześniej z „Dożywociem”, jest też mizerna. Sam obrazek umieściłabym w środku wraz z pozostałymi (zarówno za ilustrację okładkową, jak i wewnętrzne, odpowiada Sebastian Skrobol), ale celem zareklamowania książki wybrałabym coś innego. Paradoksalnie to „Nomen omen” wygląda na kontynuację „Dożywocia”, a „Siła niższa” – na niezależną i opowiadającą o innych bohaterach powieść. Swoją drogą, obrazki w środku powieści przypadły mi do gustu, aż trudno byłoby mi wybrać ulubiony… Choć niewielki Cthulhuś (to jest: średni odwieczny) bawiący się w piaskownicy ze strony 308 chyba jednak pobił wszystkie pozostałe swoją uroczością i absurdem.

Jeśli więc ciekawi Was, jak prezentują się rozmaite rodzaje aniołów stróżów i co można z nimi zrobić, kiedy zezowate aniołki wyciosane w drewnie sprzedają się najlepiej i dlaczego akurat w bamboszkach, jakie efekty przynosi romans z poetyckim widmem, skąd w piwnicy wziął się drakkar i dlaczego co poniedziałek trzeba odwiedzać Tesco – wiecie, o co pytać w księgarniach.