09 Mar Neil Gaiman - Amerykańscy bogowie (recenzja)

Napisał Dział: Książka Komentarze DISQUS_COMMENTS

amerykanscy bogowieZasiadając do „Amerykańskich bogów” już drugi raz w tym stosunkowo młodym roku poczułem się, jakbym wracał do książkowej przeszłości. Poprzednio miało to miejsce przy okazji „Historii twojego życia” i okazało się doświadczeniem bardzo przyjemnym, ten powrót jednak znaczy dla mnie jeszcze więcej. Bodaj najsłynniejsza powieść Neila Gaimana dziesięć lat temu pokazała mi, że fantastyka może być czymś całkiem innym niż fantasy, science fiction lub horror i wywołała fascynację tekstami rozsadzającymi konwencję, która trwa do dziś.

Cień już niedługo wychodzi z więzienia i pewny jest jednego: zrobi wszystko, aby nigdy do niego nie wrócić. Przez cały czas, który spędził w celi, wypominał sobie samemu, iż okazał się na tyle głupi, by na tak długo pozbawić się towarzystwa ukochanej żony. Czeka na powrót do niej jak zbawienie. Kiedy dowiaduje się, że już jej nie zobaczy, jego życie przestaje mieć jakikolwiek sens. A człowiek trwający bez celu może stać się wyjątkowo niebezpiecznym narzędziem.

W biografii Johna Tolkiena Humphrey Carpenter pisał, że Śródziemie miało być odpowiedzią na ubóstwo brytyjskiej mitologii i próbą uczynienia jej równie bogatą i ciekawą co egipska, nordycka czy grecka. Neil Gaiman z pewnością świetnie rozumie, jak ważną rolę w funkcjonowaniu narodu pełni lepiej czy gorzej zorganizowany zbiór opowieści o dawnych bohaterach i bogach, dlatego też nie chciał zostawić mieszkańców Stanów Zjednoczonych samym sobie i, choć sam przecież pochodzi z Wielkiej Brytanii, postanowił stworzyć historię o amerykańskich bogach. Jego przewrotny charakter i szczególnie eklektyczny umysł nie pozwoliły, wzorem wielkiego rodaka, na podejście do kreacji śmiertelnie poważnie, od zera. Gaiman, co dla niego typowe, dokonał adaptacji.

Po Ameryce błąka więc stary oszust znany jako pan Wednesday, który specjalnie nie kryje się z tym, że znany jest także jako Odyn, Grimnir czy Wszechojciec, dom pogrzebowy wespół w zespół prowadzą panowie Ibis i Jaquel – jeden z głową ptasią, drugi z głową szakala, a ubojem krów w jednej z czikagowskich rzeźni zajmował się niegdyś Czernobog. Wizja ta jest oczywiście znacznie bogatsza: po wsiach i miastach przemykają leprechauny czy ifryty, w cieniach kryją się wampiry, ulicznica może okazać się sukubem; wystarczy zaledwie zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości, aby stwierdzić, że buszują pod nią nadnaturalne istoty. Nie są one jednak wszechmocne, nie przypominają komiksowego Thora, wręcz przeciwnie: ich egzystencja uzależniona jest w olbrzymim stopniu od kaprysów śmiertelników, bo żywią się ich wiarą. Niektórzy popadają bez niej w depresję, niektórzy w szaleństwo, niektórzy – w ostateczności – dokonują samobójstwa. Świat bogów wypełnia melancholia, tęsknota za dawnymi, zdecydowanie lepszymi czasami i codzienna walka o byt, tak daleka od niegdysiejszego mistycznego i krwawego często uniesienia.

A na scenę wkraczają już nowi idole: telewizja, autostrady, telefony, Internet. Oni także domagają się uwielbienia, a przecież już teraz dostają go znacznie więcej: są wygodni, nowocześni, lepsi. Konflikt jest więc nieunikniony, ale starcie bogów nie będzie widowiskową bitwą, w której Boreasz zdmuchnie lecące w jego kierunku kule. Jej polem będą ludzkie umysłu, a przegrani nie ukryją się, by lizać rany, a po prostu zostaną zapomniani. Nowe zmierzy się ze starym, odchodzący z nadchodzącymi, tradycja z nowoczesnością. Ameryką wstrząśnie największy konflikt idei w jej dziejach.

Całą tę patetyczną nadbudowę Gaiman doskonale kontruje prozaiczną treścią: „Amerykańscy bogowie”, choć w ich centrum rzeczywiście stoi dziejowe starcie, pełni są szarej codzienności, ukrytego pod paznokciami brudu, niesmacznego jedzenia, wygazowanego piwa, aż nazbyt sztampowej prowincji. Wednesday przestawia Cienia po mapie Stanów, jakby ten był pionkiem na szachownicy, a główny bohater z całej siły próbuje nie zwariować i zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Mnóstwo czasu spędza w towarzystwie bogów oraz innych mitologicznych stworów, których najważniejszą wspólną cechą jest niesłychane szaleństwo; krótkie chwile wytchnienia dają mu często przerywane pobyty w małym miasteczku w Minnesocie, gdzie może przypomnieć sobie, jak wygląda zwykłe życie.

„Amerykańscy bogowie” to bardzo dobra powieść, której zwyczajnie nie wypada nie znać. Choć ma swoje wady, to niepodrabialny styl Gaimana sprawił, że całe grono mitologicznych postaci po prostu ożyło na stronach książki: niektóre są nieco przerażające, niektóre zabawne, wszystkie natomiast równie szalone. Mam nadzieję, iż powstający na podstawie tej lektury serial okaże się równie dobry – ta opowieść skrywa w sobie olbrzymi filmowy potencjał.

amerykanscy bogowie

Ostatnio zmieniany środa, 08 marzec 2017 18:11