03 Lip Slade House - David Mitchell (recenzja)

Napisał Dział: Książka Komentarze DISQUS_COMMENTS

Slade House David MitchellPo tym, że Wydawnictwo MAG decyduje się wypuszczać na rynek kolejne książki Davida Mitchella można wnioskować, iż polscy czytelnicy bardzo brytyjskiego autora polubili. I dobrze, bo każda kolejna powieść reprezentuje poziom co najmniej bardzo dobry. „Slade House” ten pozytywny trend utrzymuje.

W jednym z angielskich miast umościł się bardzo podły pub. Obok niego znajduje się ciemny zaułek, do którego przyzwoity obywatel raczej zapuszczać się nie będzie. No, chyba że dostanie zaproszenie od kogoś z arystokratycznym nazwiskiem – w końcu za wysokimi murami kryć może się najwspanialsza rezydencja. Jedyną jej wadą jest fakt, że po wejściu do niej, bardzo ciężko wyjść – jej gospodarze traktują swoich gości bardzo szczególnie.

Na samym początku warto zaznaczyć, że „Slade House” blisko związane jest z wydanymi w zeszłym roku „Czasomierzami”. I nie chodzi nawet o bezpośrednie powiązanie fabularne, choć to w pewnym momencie się pojawia (ale na pewno nie jest w całej książce najważniejsze), a raczej o atmosferę. W obu powieściach dzieją się rzeczy straszne, które wynikają z obecności w świecie przedstawionym elementów fantastycznych, ale żadna raczej nie jest horrorem – to opowieści niesamowite, w których nadnaturalne moce mają negatywny, deformujący wpływ na kształt rzeczywistości, lecz straszenie czytelnika nie stanowi ich pierwszego zadania. Zamiast prostego przerażenia wzbudzić mają mniej konwencjonalny, a bardziej skomplikowany niepokój: David Mitchell każe czytelnikowi zastanowić się, czy rzeczywiście te wszystkie drobnostki, te majaki i dobiegające z oddali dźwięki, które zrzuca na karb zmęczenia lub stresu, nie są przypadkiem dowodem obecności czegoś, co działa w cieniu. W „Czasomierzach” efekt ten był nieco rozmyty, bo powieść była bardzo obszerna – po pierwszym „wow” odbiorca miał czas, aby się z tajemną historią świata oswoić; w króciutkim „Slade House” tego czasu nie ma, co sprawia, że wrażenia są jeszcze intensywniejsze.

Mitchell w każdej ze swoich powieści ściśle wiąże formę z fabułą – tym razem nie jest inaczej. Akcja podzielona jest na kilka dziejących się co dziewięć lat rozdziałów, których wspólnymi punktami są gospodarze tytułowej rezydencji i ona sama. Pisarz podszedł do tego wyjątkowo sprytnie, bo prawie za każdym razem prezentuje wydarzenia z perspektywy bohatera przypisanego do tej jednej części powieści – dzięki temu krótka lektura nie nuży nawet przez chwilę. Na kilkadziesiąt stron staje się opowieścią nieprzystosowanego społecznie dziecka, na kilkadziesiąt stron historią rozwiedzionego policjanta, na kilkadziesiąt stron relacją rozemocjonowanej nastolatki (tutaj Mitchell wspina się na szczyt swoich umiejętności). Finał nadchodzi niepostrzeżenie, bo autor zagęszcza akcję w tym kalejdoskopie wyjątkowo zgrabnie – od lektury bardzo ciężko się oderwać.

„Slade House” to bardzo dobra powieść, która, warto zauważyć, zrobi jeszcze większe wrażenie na tych, którzy nie mieli wcześniej okazji sięgnąć po „Czasomierze”. Dla nich będzie to zupełnie nowe doświadczenie; dla miłośników Mitchella natomiast jest to świetna okazja do powrotu w dobrze znane realia. Ja sam, jako zadeklarowany fan jego powieści, żałuję tylko, że nie zaproponował nam czegoś zupełnie nowego, bo wielokrotnie udowadniał, iż jego wyobraźnia jest niemal nieograniczona.

Slade House David Mitchell