09 Maj Sarah J. Maas - Wieża Świtu (recenzja)

Napisane przez Dział: Książka Komentarze DISQUS_COMMENTS

wieza switu„Wieża Świtu” Sarah J. Maas to interquel cyklu „Szklany tron”, który z planowanej noweli przerósł prawie wszystkie dotychczasowe części serii. Jednak nie ma co się dziwić, protagonistą jest tu jedna z najpopularniejszych wśród fanów postaci drugoplanowych, a i wyraźnie samej autorce owa sylwetka nie pozostaje obojętna.

Sarah J. Maas zdaje się działać podobnie jak Jacek Dukaj: zapowiada krótką formę literacką i rozpisuje ją do monumentalnej rozmiarem książki. Jednak Dukajowi stworzenie dzieła zajmuje kilka lat, z kolei Maas robi to w międzyczasie, ponieważ oprócz „Wieży Świtu” w tym roku ukarze się jeszcze co najmniej nowy tom z cyklu „Dwór cierni i róż” i „Królestwo popiołów” (w wolnym tłumaczeniu; siódma część „Szklanego tronu”), objętościowo zapewne nieodbiegające zbytnio od „Wieży…”.

„Wieżę Świtu” można też czytać bez głębszej znajomości motywów z pięciu poprzednich tomów. Chodzi w tym wypadku raczej o to, że ponowna lektura wszystkich książek z serii nie jest wymagana do pełnego cieszenia się powieścią. Jednak nie polecam zapoznawać się z najnowszą na naszym rynku Maas przed „Imperium burz”, choć akcja „Wieży…” rozgrywa się równolegle z akcją tego tomu.

Chaol Westfall, do niedawna kapitan Gwardii Królewskiej, obecnie namiestnik nowego króla Adarlanu wraz z Nesryn Faliq wyrusza z misją pozyskania potężnego sojusznika w nadchodzącej wojnie i stara się znaleźć uzdrowicielkę, zdolną przywrócić Chaolowi władzę w nogach. Niestety, plany pokrzyżuje im nieco potęga, przeciw której szukają lekarstwa, lecz dzięki temu zdobędą informacje istotne w nadciągających starciach.

Nie ma co ukrywać, fabuła „Wieży Świtu” napisana została wedle nie najgorszego pomysłu. Z pewnością przedstawiona przez Maas historia trafi do serc miłośników prozy autorki, a i szukający lżejszych tytułów mogą szukać w niej czegoś dla siebie. Niemniej, ukrywanie rozdmuchanych scen i typowego dla pisarki „wodolejstwa” mija się z celem. Obecnie powieść ma prawie osiemset pięćdziesiąt stron, zredukowanie ich o około dwieście pozwoliłoby autorce wyciąć fragmenty zbędne, przegadane, a dynamika na pewno wpłynęłaby korzystnie na odbiór i pozwoliła czytelnikowi na snucie domysłów, częstsze uruchamianie wyobraźni. Szczęściem, twórczość Maas jest lekkostrawna, czyta się ją płynnie i bez większych zastojów, więc mimo pokaźnych rozmiarów ten „kąsek” pożera się szybko.

Z kreacjami bohaterów bywa tu różnie. Protagoniści są na ten moment dobrze zarysowani, czytelnik wie, czego może się po nich spodziewać, jak zachowają się w konkretnych sytuacjach, gdzie będą zmierzać, co ich wzruszy i wzburzy, jakie są ich historie. Maas konsekwentnie rozwija ich osobowości, poddaje nowym doświadczeniom i próbom, co zapewne będzie miało wpływ na ich relacje i pobudki w „Królestwie popiołu”. Sylwetki drugo i trzecioplanowe nie mają się tu jednak najlepiej, zaledwie dwie-trzy okazują się na tyle charakterystyczne, żeby mówić o ich indywidualnej specyfice, pozostałe to albo powtórka z postaci epizodycznych serii, albo typowi bohaterowie tła, spełniający fabularne zadania i nic ponadto.

Warsztatowo pisarka przyzwyczaiła nas do wielu starć, zwrotów akcji i romansów (o nich za moment) – narracja prowadzi więc poprzez kolejne sekwencje pojedynków, spektakularnych, wyczynowych działań, momentów szoku i niedowierzania (u bohaterów) i… Uścisków. Ten schemat powtarza się w każdym tomie, trochę mniej tego – ze względu na objętość utworów – w „Zabójczyni”, ale poza tym to już Maasowe toposy, od których jej proza się chyba nigdy nie uwolni. Co prawda widać też postępy, nie licząc przewidywalnych motywów romansowych (jak na powieść przygodową z wojną w tle ich silne zagęszczenie jest zastanawiające), autorka coraz bieglej radzi sobie z prowadzeniem protagonistów i opisem sytuacji geopolitycznej, acz czasem popełnia także stare błędy: rozwlekłość, przegadanie, ckliwość.

Jest tego trochę, ogarnięcie wszystkiego i zarazem nie zdradzenie fabularnych szczegółów to w przypadku Maas nie lada wyzwanie, zwłaszcza, że to przedostatni tom serii i wiele zapowiada nadchodzący grand finale. Szósta (a właściwie piąta i pół) część „Szklanego tronu” zapewnia to, czego chcą fani prozy spod znaku Sarah J. Maas: niezobowiązującą przygodę, wiele żarliwych emocji (niemało związanych z romansowymi aspektami), knowania, wędrówki i skrytobójcze akcje. „Wieża Świtu” uzupełnia też historię Chaola i Nesryn, oraz wzbogaca wydarzenia z „Imperium burz”, a razem z nią tworzy dobry wstęp do zwieńczenia „Szklanego tronu”.

wieza switu

Nairda Aksnazrut