11 Cze Assassin's Creed: Origins. Pustynna przysięga (recenzja)

Napisał Dział: Książka Komentarze DISQUS_COMMENTS

pustynna wloczniaZa sprawą „Assassin’s Creed: Origins”, Ubisoft zafundował graczom jedną z większych pozytywnych niespodzianek zeszłego roku. Nie dość, że firma będąca ikoną taśmowego wydawania bliźniaczo podobnych gier w końcu stanęła na wysokości zadania, serwując tytuł odświeżający wytartą już formułę gier z otwartym światem, to jeszcze okazał się on bardzo grywalny. W starożytnym Egipcie, a co za tym idzie - przed konsolą - spędziłem dokładnie sześćdziesiąt siedem godzin i nie jestem w stanie wskazać choć jednej chwili nudy (w odróżnieniu od choćby „Unity”). Mimo to, w trakcie rozgrywki miałem nieodparte wrażenie, że czegoś brakowało. Uczcie to potęgowało się szczególnie w momentach, gdy Bayek witał nowo poznane postaci jak starych znajomych. Początkowo taki stan rzeczy zrzucałem na karb dość swobodnego podchodzenia do kolejności wykonywanych zadań, zakładając, że coś ominąłem w trakcie eksploracji. Wydana pod koniec lutego powieść „Assassin’s Creed Origins: Pustynna przysięga” wypełnia przynajmniej kilka luk, dowodząc, że wspomniane braki wynikały ze świadomej decyzji twórców.

Jest 70 rok przed naszą erą. Młody Bayek wiedzie spokojne życie w Siwie, a dni wypełniają mu niezbyt intensywne treningi i snucie planów na przyszłość z Ayą. Rutynę przerywa tajemnicza wiadomość, która zmusza ojca chłopaka, Sabu do opuszczenia rodzinnego domu, a co za tym idzie, pozostawienie osady oraz świątyni bez opieki Medżaja. Chcąc odkryć tajemnicę stojącą za nagłym zniknięciem rodzica, Bayek postanawia ruszyć jego tropem. Choć do tej pory przeczytałem mnóstwo „growych” książek, tak zaoferowane przez Oliviera Bowdena wprowadzenie mnie zaskoczyło. Wstęp zazwyczaj służy do zawiązania akcji, wciągnięcia w przedstawiony świat, czy zbudowania więzi między bohaterem a czytelnikiem. Tymczasem w „Pustynnej przysiędze” wstęp jest, bo tak wypada, a sam autor zdawał się męczyć podczas prób stworzenia wiarygodnych podstaw do opuszczenia Siwy. Niestety, takie podejście czuć niemal na każdym kroku. Olivier Bowden zdawał się mieć kilka pomysłów, ale nie do końca wiedział jak je w logiczny sposób powiązać. I to widać.

Choć sama fabuła jest spleciona byle jak, a piętrzące się nielogiczności psują przyjemność z czytania, to trzeba przyznać, że Bowden przynajmniej w kilku przypadkach stanął na wysokości zadania. Jednym z nich jest dokładniejsze nakreślenie samej funkcji medżajów, ich roli w społeczeństwie oraz wydarzeń prowadzących do ich wyginięcia. Historycznie, za czasów Nowego Państwa, mianem medżajów określano paramilitarną organizację policyjną, służącą w charakterze zwiadowców oraz obrońców terenów podległych faraonom. Ich nazwa pochodzi od regionu w północnym Sudanie, zamieszkiwanym przez koczownicze plemiona Nubijczyków, których Egipcjanie zatrudniali w roli najemników. Ostatnie wzmianki na temat medżajów pochodzą z okresu dwudziestej Dynastii (1189–1077 p.n.e.), a powody ich zniknięcia nie są do tej pory znane. Choć Bowden nie posuwa się do podawania aż tak konkretnych informacji, sprawnie zarysowuje społeczno-polityczne tło prezentowanych wydarzeń, znajdując miejsce tak dla zaprezentowania biernego oporu przed zmianami, jak i pozwalając lepiej zrozumieć znaczenie pełnionej przez Bayeka funkcji oraz poważanie jakim darzą go napotykane osoby. Z zainteresowaniem chłonąłem kolejne fragmenty odnoszące się do społeczeństwa i kultury starożytnego Egiptu żałując, że jest ich tak mało.

Drugim z mocniejszych elementów powieści są postaci. Niezależnie od tego, czy chodzi o Bayeka i Ayę, młodocianego złodziejaszka Tutę, czy antagonistę imieniem Bion, autor poświęca im należytą uwagę, dokładając starań, by wyłuszczyć ich motywy oraz zobrazować zachodzące w nich na przestrzeni miesięcy zmiany. Z największą radością przyjąłem jednak obecność Nubijki imieniem Kensa. Podczas gdy w grze Bayek wita się z nią jak ze starą przyjaciółką, to właśnie w „Pustynnej przysiędze” ukazano korzenie tej znajomości oraz nakreślono głębię łączącej ich przyjaźni, dodając tak potrzebnej wagi wydarzeniom rozgrywającym się na arenie w Krokodilopolis oraz w trakcie polowania na samego Krokodyla, bez której sceny te nie niosą ze sobą należytego ładunku emocjonalnego. Tym bardziej szkoda, że „Pustynna przysięga” w Polsce została wydana kilka miesięcy po premierze gry, podczas gdy na zachodzie trafiła na półki na kilka tygodni przed.

Niestety, nie mogę polecić „Pustynnej przysięgi”. Choć Bowden wyłamuje się ze schematu adaptowania scenariusza kolejnej części serii „Assassin’s Creed” do formy książkowej, tak czyni to w niezbyt udany sposób. Wątpliwej jakości fabuła oraz przeplatanie narracji pierwszoosobowej z trzecioosobową sprawiają, że często musiałem się zmuszać do przebrnięcia przez kolejne rozdziały, a sama powieść wypadła blado choćby przy „Herezji” pióra Christine Golden. Jeśli jednak koniecznie chcecie poznać przeszłość Bayeka i ewolucję łączącego go z Ayą uczucia, możecie spróbować zapoznać się z książką… choć osobiście polecałbym zagrać od nowa w „Assassin’s Creed: Origins”.

pustynna wlocznia