Film

Napisał Dział: Film

czarna pantera recenzja

Pamiętam, że gdy kilka lat temu chciałem lepiej poznać Czarną Panterę, sięgnąłem po dość oczywisty wybór - „Kim jest Czarna Pantera” autorstwa Reginalda Hudlina. Czarnoskóry scenarzysta chciał wykorzystać fakt otrzymania w swoje ręce tak ważnej dla Afroamerykanów postaci i próbował przedstawić Wakandę jako najpotężniejsze państwo na świecie, o zamieszkującym je narodzie i ich przywódcy nawet nie wspominając. Niestety, Houdlin zmarnował tę wyjątkową okazję, zamiast zamierzonego, osiągając iście karykaturalny efekt. Do nietrafionych pomysłów autora należał na przykład, ten, w którym Wakanda dysponowała lekarstwem na raka, ale się nim z nikim nie podzieli. Bo nie. A w ogóle to Zachód jest nieodpowiedzialny i sprzedaje papierosy. Ciekawe, czy lek na dziesiątkujące Afrykę AIDS też trzymali ukryty? Twórcy „Czarnej Pantery” na szczęście zrozumieli, że pomysły Hudlina i jemu podobnych scenarzystów dowodzą jedynie słabości Wakandczyków i postanowili zabrać głos na temat miejsca oraz roli tego kraju we współczesnym świecie.

Napisał Dział: Film

Altered Carbon

Do tej pory kiedy Netflix udostępniał przedpremierowo swoje seriale, robił to zazwyczaj jedynie częściowo, oferując recenzentom np. połowę sezonu. Gdyby tak samo zrobił z „Altered Carbon”, przez następne kilka akapitów czytalibyście zapewne peany na część najnowszej produkcji streamingowego hegemona. Niestety „Altered Carbon” miałem okazję obejrzeć w całości, a początkowy entuzjazm z odcinka na odcinek malał coraz bardziej.

„Altered Carbon” oparty jest o wydaną w 2003 roku książkę Richarda Morgana „Modyfikowany Węgiel” (która zresztą doczekała się ostatnio na naszym rynku pięknego wznowienia), i z tego co zdążyłem wyczytać w sieci – lektura wciąż przede mną - mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Nie wiem jedynie czemu polski oddział Netflixa zrezygnował z udanego jak rzadko kiedy przekładu tytułu, pozostając przy oryginalnym.

Napisał Dział: Film

blacklight1

Miniony rok nie był szczególnie łaskawy dla seriali z superbohaterami w roli głównej. Arrowverse łapał jedną zadyszkę za drugą, na ekranach pojawili się tragiczni „Inhumans”, nawet Netflix nie popisał się zbytnio (łagodnie rzecz ujmując) przy „Iron Fist” i „The Defenders” (dopiero „The Punisher” stanął na wysokości zadania). Właśnie dlatego informacja o podjęciu przez stację The CW porzuconego rok wcześniej przez Fox pomysłu na stworzenie kolejnego serialu o superbohaterze wywołała we mnie mieszane uczucia. Wszelkie wątpliwości zostały jednak rozwiane za sprawą udostępnionych przez Netflix dwóch pierwszych odcinków „Black Lightning”, serialu różniącego się od reszty telewizyjnych adaptacji przygód trykociarzy.

Black Lightning/Jefferson Pierce został stworzony przez Tony’ego Isabellę oraz Trevora Von Eedena i zadebiutował w kwietniu 1977 roku jako pierwszy czarnoskóry bohater DC Comics z własnym komiksem. Co ciekawe, w pierwotnych planach miał być Black Bomberem, białym rasistą, który pod wpływem emocji aktywował moce i zmieniał kolor skóry… Pozostaje cieszyć się tym, że uznano wspomnianą postać za skrajnie obraźliwą i porzucono ten pomysł na rzecz Black Lightninga. Komiksowy Jefferson dorastał w południowej dzielnicy Metropolis, znanej jako Slumsy Samobójców i choć udało mu się wyrwać z tamtejszego bagna, na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności kilka lat później powrócił, obejmując stanowisko dyrektora liceum, a nocami walcząc z przestępczością oraz korupcją Na przestrzeni czterdziestu lat Black Lightning przewijał się na kartach komiksu zarówno w seriach solowych, jak i drużynowych (krótka współpraca z Ligą Sprawiedliwości oraz działanie pod przywództwem Batmana w Outsiders), pozostając w cieniu bardziej popularnych bohaterów. Serial, którego premiera na Netflixie ma nastąpić 23 stycznia (The CW wypuściła pierwszy odcinek w zeszły wtorek) ma spore szanse, by ten stan rzeczy zmienić.

Bez wątpienia, „Black Lightning” różni się od reszty serialowych superbohaterów i nie chodzi tu jedynie o kolor skóry. To nie uwiązany w miłosny trójkąt dwudziestoparolatek dopiero stawiający pierwsze kroki w walce z przestępczością, a dojrzały mężczyzna, który kilka lat temu odłożył kostium na półkę, poświęcając się wychowaniu dwóch córek oraz pracy jako dyrektor liceum Garfield, dzięki czemu, jak sam stwierdza, zdołał ocalić znacznie więcej istnień niż jako heros. Jego próby stworzenia bezpiecznego miejsca dla lokalnej społeczności są tym ważniejsze, że Freeland zdaje się znajdować między młotem a kowadłem, gdzie z jednej strony stoi brutalny gang znany jako 100, a z drugiej skorumpowana i przejawiająca rasistowskie tendencje policja. Już pierwsze minuty pilota „Black Lightning” pokazują wagę tła społecznego w serialu. Gdy wracający z córkami do domu Jefferson zostaje zatrzymany przez dwóch policjantów, bez słowa wyjaśnienia jest rzucony na maskę samochodu i skuty, jego wściekłość oraz niesamowite opanowanie aż emanuje z ekranu. Choć pierwsze dwa odcinku (a w szczególności drugi) nie pozostawiają wątpliwości co do obecności tematów nieco bardziej typowych dla nastolatków (jak miłość, seks, czy bunt), tak pozostają one w cieniu tych zdecydowanie poważniejszych, społecznych. W „Black Lightningu” poruszane są tematy alkoholizmu, rozbitej rodziny, uprzedzeń, rasizmu, czy zmuszania do prostytucji i jest to robione w przemyślany sposób. Twórcy zdają się dobrze wiedzieć co robią, co jakiś czas wrzucając nienachalne żarty oraz zabawne dialogi, które nie zgrzytają ze starannie budowaną atmosferą całości.

Scen akcji, jak na serial o superbohaterze, jest zaskakująco mało, ale gdy już się pojawiają, wypadają bardzo dobrze na tle konkurencji. Dobrze widać kto jest kim (co nie jest już takie oczywiste np. w „Arrow”), a choć kostium herosa wygląda nieco zbyt tandetnie, to nie pozostaje na ekranie na tyle długo, by stało się to problemem. Strzałem w dziesiątkę jest natomiast obsada. Cress Williams wypada świetnie, bez problemu ukazując wachlarz emocji od wściekłości po strach i rozbawienie. Bardzo dobrze prezentuje się również wcielający w rolę Petera Gambi'ego, przyjaciela oraz mentora Jeffersona, James Remar. Interesującą postacią jest także Marvin Jones III w roli starego nemesis Black Lightninga, Tobiasa Whale'a (co ciekawe, w komisie Whale jest afroamerykaninem dotkniętym albinizmem, która to przypadłość dotknęła również Marvina Jonesa III). To swoisty odpowiednik Kingpina, złoczyńca stojący na czele organizacji, której jednym z odłamów jest wspomniany gang 100. Choć spędza na ekranie jedynie kilka minut, to od razu widać jak trudnym i inteligentnym przeciwnikiem będzie.

Udostępnione dwa odcinki obejrzałem za jednym zamachem i miałem ochotę na więcej. Jeśli jesteście zmęczeni herosami, którzy bez sztabu ludzi nie byliby w stanie znaleźć drogi do toalety, nie wspominając nawet o pokonaniu złoczyńcy, dajcie szansę „Black Lightning”.

Napisał Dział: Film

 fernando byczek

Disney wraz z działającym pod jego kierunkiem Pixarem już kilka lat temu zdominował rynek pełnometrażowych filmów animowanych. Od lat wypuszczają dobre i bardzo dobre produkcje, przykuwając do ekranów tak dzieci, jak i dorosłych. Kto nie kojarzy takich hitów, jak „Gdzie jest Nemo?”, „Odlot”, „Wall-E”, czy „Iniemamocni”, by wymienić tylko kilka z nich? Choć pozostałe wytwórnie próbują stawać w szranki z rozrywkowym gigantem, często stoją na z góry przegranych pozycjach. Jednym z pretendentów jest Blue Sky Studios, twórcy między innymi „Epoki Lodowcowej” oraz „Rio” i... to by było na tyle, jeśli chodzi o ich głośne tytuły. Na przełomie 2017 i 2018 roku Blue Sky postanowiło spróbować sił w reinterpretacji krótkiej opowieści dla dzieci z 1936 roku, „Byczka Fernando” pióra Munro Leafa.

Napisał Dział: Film

Bright

Netflix kojarzony jest głównie z tworzeniem seriali i choć w ofercie platformy nie brakuje filmów pełnometrażowych, w tym wyprodukowanych przez amerykańską korporację (jak „Okja”, „Beast of no Nation”, czy „Opiekun”), to właśnie „Bright” był reklamowany jako jedno z ich najpoważniejszych przedsięwzięć. Film w reżyserii Davida Ayera miał stać się fundamentem z którego telewizyjny gigant weźmie się za bary z kinami, próbując wykroić dla siebie kawałek tego tortu. Przez pierwszą godzinę zdawało się, że ta doprawiona elementami buddy cop movie mieszanka fantasy z kryminałem działa.

Napisał Dział: Film

starwarslastjedi

„Przebudzenie Mocy” było filmem, który miał dwa zadania – przywrócić nieco już zaśniedziałej w świadomości ludzi marce Gwiezdnych Wojen należny jej blask, a także wprowadzić do sagi o rodzinie Skywalkerów nowe pokolenie bohaterów. Oba te zadania udało się zrealizować, choć nie obyło się bez ofiar; ucierpiał przede wszystkim scenariusz, który ani w odpowiednim stopniu nie pokazał galaktycznego tła wydarzeń (choć biorąc pod uwagę jak wyglądało to w prequelach, trudno się twórcom dziwić), ani też nie wzbił się nigdy na poziom, który byłby czymś więcej niż jedynie recyclingiem pomysłów z „Nowej Nadziei”. Tworząc „Ostatniego Jedi” Rian Johnson miał więc do spełnienia zupełnie inna rolę – rozwinąć bohaterów i wątki z poprzedniego Epizodu, nadać im tak potrzebnej głębi, a także poprowadzić sagę w stronę finału.

Napisał Dział: Film

cocohead

Na „Coco” wybraliśmy się dość późno, bo prawie dwa tygodnie po premierze i choć nastawiałem się na typowy dla Pixara film animowany, po seansie potrzebowałem chwili, by zebrać myśli. Po Lee Unkrichu, człowieku stojącym za takimi tytułami jak „Gdzie jest Nemo?”, czy „Toy Story 3” spodziewałem się nie tylko wysokiego poziomu animacji, ale też poruszenia kilku ważnych tematów, nie miałem jednak pojęcia, że gdy w kinie na nowo włączono światła, ja nadal będę trawił to, co właśnie zobaczyłem. Zamiast prostej, zabawnej animacji, „Coco” okazał się być poruszającą opowieścią o rodzinie i pamięci.

Napisał Dział: Film

ligasprawiedliwosci

„Lidze Sprawiedliwości” kłopoty towarzyszyły od samego początku; zdjęcia do niej ruszyły zaraz po premierze „Batman V Superman: Świt Sprawiedliwości”, filmu, łagodnie rzecz ujmując, niezbyt ciepło przyjętego przez krytyków (i znaczną część widzów), więc nie było zbyt wiele czasu, aby poprawić wskazane w recenzjach bolączki. Życie prywatne i zawodowe Bena Afflecka zaczęło walić się w gruzy, rodzinę Snyderów spotkała straszliwa tragedia, a studio w celu dokończenia projektu zatrudniło Jossa Whedona. Twórca „Firefly” na ostatnią chwilę zarządził dokrętki na ogromną skalę, a także w znacznym stopniu (co najmniej w 1/3) przepisał scenariusz i znacząco skrócił czas trwania produkcji. Kiedy więc Henry Cavill stawił się na plan z bujnym wąsem, zapuszczonym na potrzeby nowego „Mission Impossible”, ekipa na planie jedynie wzruszyła ramionami – dzień jak co dzień. Jak więc finalnie prezentuje się „Liga Sprawiedliwości”?

Napisał Dział: Film

mothermovie

„Mother!” Darrena Aronofsky'ego miało swoją premierę w USA już dwa miesiące temu i zyskało miano filmu niezwykle kontrowersyjnego, skrajnie dzielącego publikę, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Na seansie na którym byłem, po lewej stronie miałem faceta, który szybko zaczął na zmianę ziewać i spoglądać na zegar w telefonie, po prawej natomiast kobietę, która nie była w stanie patrzeć na wiele z rozgrywających się na ekranie wydarzeń, spinając się i zasłaniając oczy; empirycznie więc doświadczyłem w Polsce tego, co pokazały oceny widowni za Wielką Wodą. „Mother!” dzieli jak chyba żadna z tegorocznych premier.

Napisał Dział: Film

strangersezon2

Pierwszy sezon „Stranger Things” okazał się niespodziewanym sukcesem. Opowieść o czwórce kumpli z małego, amerykańskiego miasteczka obudziła ogromne pokłady nostalgii u ludzi pamiętających lata 80. ubiegłego wieku, co w połączeniu ze świetnie napisanymi bohaterami oraz wciągającą akcją uczyniło z wycieczki do Hawkins jeden z najlepszych seriali minionego roku. Czy drugi sezon był w stanie powtórzyć ten sukces? Bracia Dufferowie stanęli przed nie lada wyzwaniem. Pozbawieni elementu zaskoczenia oraz świadomi wyśrubowanych oczekiwań wobec kontynuacji, zabrali fanów na jazdę bez trzymanki, wywiązując się z powierzonego im zadania śpiewająco. Drugi sezon „Stranger Things” stanowi doskonały przykład na to, że więcej nie zawsze musi oznaczać gorzej. Mamy więcej akcji, CGI (które tym razem nie jest aż tak kiepskie), elementów obyczajowych, nawiązań do popkultury lat 80., oraz kilku nowych bohaterów. I choć obfitość wątków nie zawsze pozwala rozwinąć wszystkie w zadowalający sposób, to już teraz mogę spokojnie stwierdzić, że drugi sezon „Stranger Things” trzyma bardzo wysoki poziom.