Film

Napisał Dział: Film

FTWD 401 RF 1206 0202 RT

Począwszy od szóstego sezonu, „The Walking Dead” nie jest w stanie złapać właściwego rytmu. Niczym żywy trup, serial potyka się o własne, złożone z fabularnych głupot, dłużyzn i nadmiernego filozofowania, bebechy. Właśnie dlatego gdy w 2015 roku na horyzoncie pojawił się „Fear the Walking Dead”, obiecując opowieść o zwykłych ludziach stawiających czoła śmiertelnemu zagrożeniu na samym początku końca świata, pozwoliłem sobie na odrobinę nadziei. Promyk został jednak zduszony słabym pierwszym sezonem oraz tragicznym drugim. I choć trzecia odsłona „przygód” rodziny Clark prezentowała znacznie wyższy poziom (przebijając nawet główną serię), musiałem się mocno zastanowić nim sięgnąłem po udostępnione przedpremierowo dwa odcinki czwartego sezonu. Ku mojemu zaskoczeniu, nieco ponad półtorej godziny później na poważnie rozważam włączenie „Fear the Walking Dead” do obowiązkowych, cotygodniowych seansów.

Napisał Dział: Film

ciche miejsce

O filmie „Ciche miejsce” usłyszałem (nomen omen) od mojej żony, która pewnego wieczoru zwróciła moją uwagę na zwiastun i muszę przyznać, że jestem jej z tego powodu naprawdę wdzięczny. Dzieło Johna Krasinskiego, które można zakwalifikować jako połączenie grozy z postapokalipsą oraz szczyptą dramatu sprawiło, że przez nieco ponad półtorej godziny obserwowałem w napięciu losy bohaterów, chłonąc interesująco skonstruowany świat po zagładzie ludzkości. Świat, przy którego tworzeniu wreszcie pokuszono się o oryginalność. To nie kolejny film korzystający z oklepanych do bólu motywów, tanich jumpscare’ów, czy rozwiązań deus ex machina. „Ciche miejsce” pokazuje zwykłych ludzi i walkę o przetrwanie w świecie, gdzie najdrobniejszy dźwięk może się równać śmierci.

Napisał Dział: Film

rpofilm

Nigdy nie lubiłem powieści „Ready Player One”. Co więcej, nie potrafiłem do końca zrozumieć jej fenomenu – napisana została jak typowa powieść dla nastolatków, ze wszystkimi wadami tego typu literatury (główny bohater to Gary Stu, czyli męski odpowiednik Mary Sue, większość sytuacji rozwiązuje deus ex machina, itd.), ale swoją moc opierała na nostalgii do popkultury lat osiemdziesiątych, która przyciągnąć mogła tylko ludzi, którzy byli już w wieku, w którym tego typu „dzieł” się nie czyta, bo szkoda na nie czasu. Prawda? Oczywiście wyniki sprzedaży książki i opinie czytelników na forach mówią co innego, ale mojemu wewnętrznemu krytykowi wcale to nie przeszkadza. Dlatego też na seans „Ready Player One” (w rodzimym wydaniu „Player One”, bo autor polskiego przekładu książki – swoją drogą, fatalnego – widocznie uznał, że polski odbiorca jest zbyt głupi na tak długi tytuł, w dodatku po angielsku) wybierałem się z wyjątkowo negatywnym nastawieniem. Wiem, że to nieprofesjonalne z mojej strony, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że... szybko zmieniłem zdanie.

Napisał Dział: Film

tomb raider recka

Rok 1996 zapisał się złotymi zgłoskami w historii elektronicznej rozgrywki. To właśnie wtedy gracze otrzymali takie tytuły, jak „Duke Nukem 3D”, „Resident Evil”, „Pokemon Red”, czy właśnie „Tomb Raider”. Na przestrzeni lat, seria traktująca o przygodach twardej pani archeolog o charakterze równie ostrym co jej polygonowy biust miała swoje wzloty i upadki, aż w 2013 roku Crystal Dynamics postanowiło wykonać dość odważny ruch, wydając grę mającą być świeżym startem dla Lary Croft. Zamiast biuściastej, niezniszczalnej heroski, gracze ujrzeli młodą, niedoświadczoną dziewczynę, która musiała uczyć się wszystkiego „w biegu”. Podobnie do tematu podszedł Roar Uthaug, norweski reżyser znany między innymi z katastroficznego filmu „Fala”.

Napisał Dział: Film

terror amc

Dan Simmons dobrze zdawał sobie sprawę, że samo wsadzenie potwora do opowieści nie uczyni jej ani straszną, ani wciągającą. Aby tak się stało, należy wykreować szereg ciekawych, niejednoznacznych bohaterów, umieścić ich w środowisku, które próbuje zabić ich na każdym kroku i pozwolić im wchodzić w interakcje – a dopiero później stopniowo wprowadzać bestię, która będzie eliminować kolejne postaci. O tym samym wiele lat temu przekonał widzów Ridley Scott, dlatego gdy przyszło do ekranizacji „Terroru” Dana Simmonsa, a jednym z producentów został twórca „Obcego” wiedziałem, że to nie może się nie udać.

Napisał Dział: Film

jjs22

Przebrnięcie przez pierwszy sezon Jessiki Jones wymagało ode mnie pewnego wysiłku. Nawet pomimo świetnej roli Krysten Ritter, wspomaganej przez wcale nie gorszą Carrie-Ann Moss i niezłą Rachael Taylor, złoczyńcę nowego typu, czyli Kilgrave'a oraz interesującego związku Cage-Jones, większość postaci irytowała swoim przewidywalnym, okresowo graniczącym z głupotą, zachowaniem, a wątki były zbyt rozwleczone. Między innymi dlatego nie czekałem z zapartym tchem na drugi sezon, który ostatecznie obejrzałem bardziej z przyzwyczajenia niż ciekawości. Jak się okazało – słusznie. Netflix zaserwował widzom coś bardziej przypominającego interludium niż pełnokrwistą opowieść.

Napisał Dział: Film

czarna pantera recenzja

Pamiętam, że gdy kilka lat temu chciałem lepiej poznać Czarną Panterę, sięgnąłem po dość oczywisty wybór - „Kim jest Czarna Pantera” autorstwa Reginalda Hudlina. Czarnoskóry scenarzysta chciał wykorzystać fakt otrzymania w swoje ręce tak ważnej dla Afroamerykanów postaci i próbował przedstawić Wakandę jako najpotężniejsze państwo na świecie, o zamieszkującym je narodzie i ich przywódcy nawet nie wspominając. Niestety, Houdlin zmarnował tę wyjątkową okazję, zamiast zamierzonego, osiągając iście karykaturalny efekt. Do nietrafionych pomysłów autora należał na przykład, ten, w którym Wakanda dysponowała lekarstwem na raka, ale się nim z nikim nie podzieli. Bo nie. A w ogóle to Zachód jest nieodpowiedzialny i sprzedaje papierosy. Ciekawe, czy lek na dziesiątkujące Afrykę AIDS też trzymali ukryty? Twórcy „Czarnej Pantery” na szczęście zrozumieli, że pomysły Hudlina i jemu podobnych scenarzystów dowodzą jedynie słabości Wakandczyków i postanowili zabrać głos na temat miejsca oraz roli tego kraju we współczesnym świecie.

Napisał Dział: Film

Altered Carbon

Do tej pory kiedy Netflix udostępniał przedpremierowo swoje seriale, robił to zazwyczaj jedynie częściowo, oferując recenzentom np. połowę sezonu. Gdyby tak samo zrobił z „Altered Carbon”, przez następne kilka akapitów czytalibyście zapewne peany na część najnowszej produkcji streamingowego hegemona. Niestety „Altered Carbon” miałem okazję obejrzeć w całości, a początkowy entuzjazm z odcinka na odcinek malał coraz bardziej.

„Altered Carbon” oparty jest o wydaną w 2003 roku książkę Richarda Morgana „Modyfikowany Węgiel” (która zresztą doczekała się ostatnio na naszym rynku pięknego wznowienia), i z tego co zdążyłem wyczytać w sieci – lektura wciąż przede mną - mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Nie wiem jedynie czemu polski oddział Netflixa zrezygnował z udanego jak rzadko kiedy przekładu tytułu, pozostając przy oryginalnym.

Napisał Dział: Film

blacklight1

Miniony rok nie był szczególnie łaskawy dla seriali z superbohaterami w roli głównej. Arrowverse łapał jedną zadyszkę za drugą, na ekranach pojawili się tragiczni „Inhumans”, nawet Netflix nie popisał się zbytnio (łagodnie rzecz ujmując) przy „Iron Fist” i „The Defenders” (dopiero „The Punisher” stanął na wysokości zadania). Właśnie dlatego informacja o podjęciu przez stację The CW porzuconego rok wcześniej przez Fox pomysłu na stworzenie kolejnego serialu o superbohaterze wywołała we mnie mieszane uczucia. Wszelkie wątpliwości zostały jednak rozwiane za sprawą udostępnionych przez Netflix dwóch pierwszych odcinków „Black Lightning”, serialu różniącego się od reszty telewizyjnych adaptacji przygód trykociarzy.

Black Lightning/Jefferson Pierce został stworzony przez Tony’ego Isabellę oraz Trevora Von Eedena i zadebiutował w kwietniu 1977 roku jako pierwszy czarnoskóry bohater DC Comics z własnym komiksem. Co ciekawe, w pierwotnych planach miał być Black Bomberem, białym rasistą, który pod wpływem emocji aktywował moce i zmieniał kolor skóry… Pozostaje cieszyć się tym, że uznano wspomnianą postać za skrajnie obraźliwą i porzucono ten pomysł na rzecz Black Lightninga. Komiksowy Jefferson dorastał w południowej dzielnicy Metropolis, znanej jako Slumsy Samobójców i choć udało mu się wyrwać z tamtejszego bagna, na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności kilka lat później powrócił, obejmując stanowisko dyrektora liceum, a nocami walcząc z przestępczością oraz korupcją Na przestrzeni czterdziestu lat Black Lightning przewijał się na kartach komiksu zarówno w seriach solowych, jak i drużynowych (krótka współpraca z Ligą Sprawiedliwości oraz działanie pod przywództwem Batmana w Outsiders), pozostając w cieniu bardziej popularnych bohaterów. Serial, którego premiera na Netflixie ma nastąpić 23 stycznia (The CW wypuściła pierwszy odcinek w zeszły wtorek) ma spore szanse, by ten stan rzeczy zmienić.

Bez wątpienia, „Black Lightning” różni się od reszty serialowych superbohaterów i nie chodzi tu jedynie o kolor skóry. To nie uwiązany w miłosny trójkąt dwudziestoparolatek dopiero stawiający pierwsze kroki w walce z przestępczością, a dojrzały mężczyzna, który kilka lat temu odłożył kostium na półkę, poświęcając się wychowaniu dwóch córek oraz pracy jako dyrektor liceum Garfield, dzięki czemu, jak sam stwierdza, zdołał ocalić znacznie więcej istnień niż jako heros. Jego próby stworzenia bezpiecznego miejsca dla lokalnej społeczności są tym ważniejsze, że Freeland zdaje się znajdować między młotem a kowadłem, gdzie z jednej strony stoi brutalny gang znany jako 100, a z drugiej skorumpowana i przejawiająca rasistowskie tendencje policja. Już pierwsze minuty pilota „Black Lightning” pokazują wagę tła społecznego w serialu. Gdy wracający z córkami do domu Jefferson zostaje zatrzymany przez dwóch policjantów, bez słowa wyjaśnienia jest rzucony na maskę samochodu i skuty, jego wściekłość oraz niesamowite opanowanie aż emanuje z ekranu. Choć pierwsze dwa odcinku (a w szczególności drugi) nie pozostawiają wątpliwości co do obecności tematów nieco bardziej typowych dla nastolatków (jak miłość, seks, czy bunt), tak pozostają one w cieniu tych zdecydowanie poważniejszych, społecznych. W „Black Lightningu” poruszane są tematy alkoholizmu, rozbitej rodziny, uprzedzeń, rasizmu, czy zmuszania do prostytucji i jest to robione w przemyślany sposób. Twórcy zdają się dobrze wiedzieć co robią, co jakiś czas wrzucając nienachalne żarty oraz zabawne dialogi, które nie zgrzytają ze starannie budowaną atmosferą całości.

Scen akcji, jak na serial o superbohaterze, jest zaskakująco mało, ale gdy już się pojawiają, wypadają bardzo dobrze na tle konkurencji. Dobrze widać kto jest kim (co nie jest już takie oczywiste np. w „Arrow”), a choć kostium herosa wygląda nieco zbyt tandetnie, to nie pozostaje na ekranie na tyle długo, by stało się to problemem. Strzałem w dziesiątkę jest natomiast obsada. Cress Williams wypada świetnie, bez problemu ukazując wachlarz emocji od wściekłości po strach i rozbawienie. Bardzo dobrze prezentuje się również wcielający w rolę Petera Gambi'ego, przyjaciela oraz mentora Jeffersona, James Remar. Interesującą postacią jest także Marvin Jones III w roli starego nemesis Black Lightninga, Tobiasa Whale'a (co ciekawe, w komisie Whale jest afroamerykaninem dotkniętym albinizmem, która to przypadłość dotknęła również Marvina Jonesa III). To swoisty odpowiednik Kingpina, złoczyńca stojący na czele organizacji, której jednym z odłamów jest wspomniany gang 100. Choć spędza na ekranie jedynie kilka minut, to od razu widać jak trudnym i inteligentnym przeciwnikiem będzie.

Udostępnione dwa odcinki obejrzałem za jednym zamachem i miałem ochotę na więcej. Jeśli jesteście zmęczeni herosami, którzy bez sztabu ludzi nie byliby w stanie znaleźć drogi do toalety, nie wspominając nawet o pokonaniu złoczyńcy, dajcie szansę „Black Lightning”.

Napisał Dział: Film

 fernando byczek

Disney wraz z działającym pod jego kierunkiem Pixarem już kilka lat temu zdominował rynek pełnometrażowych filmów animowanych. Od lat wypuszczają dobre i bardzo dobre produkcje, przykuwając do ekranów tak dzieci, jak i dorosłych. Kto nie kojarzy takich hitów, jak „Gdzie jest Nemo?”, „Odlot”, „Wall-E”, czy „Iniemamocni”, by wymienić tylko kilka z nich? Choć pozostałe wytwórnie próbują stawać w szranki z rozrywkowym gigantem, często stoją na z góry przegranych pozycjach. Jednym z pretendentów jest Blue Sky Studios, twórcy między innymi „Epoki Lodowcowej” oraz „Rio” i... to by było na tyle, jeśli chodzi o ich głośne tytuły. Na przełomie 2017 i 2018 roku Blue Sky postanowiło spróbować sił w reinterpretacji krótkiej opowieści dla dzieci z 1936 roku, „Byczka Fernando” pióra Munro Leafa.