05 Wrz Batman v Superman: Świt sprawiedliwości - Ultimate Edition (recenzja)

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

Batman v Superman Świt sprawiedliwości Ultimate Edition

Chyba każdy fan fantastyki zdaje sobie sprawę z tego, że edycje rozszerzone są zmorą kina tego gatunku, od której nie sposób uciec. Za każdym razem producenci cierpliwie tłumaczą nam, że „kinowy czas jest bardzo cenny i zwyczajnie musieli coś usunąć”, a my zafascynowani jakąś produkcją biegniemy do sklepu po tzw. wersję reżyserską. Oczywiście, edycję rozszerzone możemy podzielić na kilka rodzajów. Niektóre z nich zawierają tylko materiały zza kulis, inne po prostu więcej widowiskowych, cieszących oko scen. Takie edycje to perełki dla tych, których kinowa wersja danego filmu zachwyciła i po prostu chcą więcej. Problem pojawia się wtedy, gdy edycja rozszerzona zawiera kluczowe dla produkcji sceny, bez których film ma zupełnie inny wydźwięk. Jak to wygląda w przypadku „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości”?

Po tym, jak w starciu z Zodem Superman zniszczył pół Metropolis, ludzie zaczynają się zastanawiać nad tym, czy mogą jakoś wpływać na poczynania superbohatera. W mediach coraz częściej pojawiają się doniesienia świadków działań Supermana, które kładą się cieniem na jego doskonałej reputacji. Narastające wokół ostatniego syna Kryptonu kontrowersje chcą wykorzystać jego wrogowie, by udowodnić, że nikt nie jest kryształowy i każdą potęgę da się zniszczyć. Głos w tej sprawie zabiera także Batman, który darzy Człowieka Ze Stali szczególną nieufnością. Skonfliktowani superbohaterowie nie dostrzegają, że na ich własnym podwórku rośnie prawdziwe zagrożenie, wobec którego będą musieli się zjednoczyć…

Nie ma co ukrywać, że krytycy nie zostawili na kinowej wersji „Świtu Sprawiedliwości” suchej nitki, a nawet najbardziej zagorzali fani DCCU mieli produkcji sporo do zarzucenia. Począwszy od niespójnej fabuły, przez luźną interpretację komiksów i efekty specjalne aż do gry aktorskiej – właściwie wszędzie można było znaleźć coś, co Snyder mógł przedstawić inaczej a aktorzy zagrać lepiej. Spośród obsady najmocniej oberwał Jesse Eisenberg, którego kreacja Lexa Luthora nie spodobała się ani krytykom, ani fanom. W moim odczuciu film zasługiwał na mocną „szóstkę”, głównie dzięki zapadającym w pamięć mrocznym ujęciom i roli Eisenberga, który wykreował według mnie najbardziej wyrazistą postać w filmie. Oczywiście, jego Lex Luthor odbiega od komiksowego pierwowzoru, ale są to zmiany jak najbardziej pozytywne. Luthor Eisenberga to rozpuszczony, żyjący w cieniu despotycznego ojca mały człowiek z wielkimi aspiracjami. Te wszystkie gesty, które wielu uznało za komiczne, dla mnie były po prostu przejawami tkwiącej w nim traumy i rodzącego się szaleństwa. Jak zwykle całkowicie obojętny był mi Batman, który w wykonaniu Bena Afflecka jest po prostu nijaki. Z kolei Alfred… Cóż, nie będę się tutaj rozpisywać, Jeremy Irons był po prostu genialny.

Niestety, w kwestii fabuły przyszło mi zgodzić się z negatywnymi opiniami – gdyby nie moje wcześniejsze rozeznanie w temacie, to produkcję odebrałabym zdecydowanie gorzej. W filmie pełno jest niedomówień i nieścisłości, przez które ciężko jest się połapać w fabule. Z kolei nic nie wnoszących scen z prywatnego życia Clarka Kenta, który jak zwykle snuje przydługie rozważania o kondycji moralnej ludzkości i niesprawiedliwości ziemskiego świata jest aż nadto. Oczywiście, fani Supermana wiedzą, że taka już jego natura, ale gdyby poświęcić ten czas wyjaśnieniu kilku wątków, film zyskałby o wiele więcej. Tymczasem nie można oprzeć się wrażeniu, że „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” to doskonały przykład zmarnowanego fabularnego potencjału.

Czy edycji rozszerzonej udało się nadrobić braki kinowej wersji? Tak, i to w dość spektakularny sposób. „Zaledwie” pół godziny dodatkowego materiału rzuciło zupełnie nowe światło na prezentowaną w produkcji historię, zwłaszcza dla tych, którzy uniwersum DC znają tylko z filmów. Co więcej, część dodatkowych scen zmienia także to, jak początkowo odbieraliśmy niektórych bohaterów produkcji. „Batman v Superman” to kolejny dowód na to, że kilka minut wystarczy, by jakiś wątek pociągnąć do końca, czy też zupełnie zaskoczyć widza. O ile kinowy „Świt Sprawiedliwości” sprawiał momentami wrażenie na szybko i bez konkretnego pomysłu skręconej produkcji, o tyle edycja rozszerzona jest już obrazem kompletnym. Rzecz jasna, jeśli komuś nie podobali się w filmie przede wszystkim aktorzy, to edycja rozszerzona mocno jego oceny nie zmieni. Jednak jeśli podobnie jak ja za największą wadę filmu uznaliście fabułę, to wersja rozszerzona powinna was w pełni usatysfakcjonować. Co więcej, możecie być nawet rozłoszczeni faktem, że na te właśnie sceny musieliście czekać do premiery edycji rozszerzonej. Osobiście nie byłabym wcale zawiedziona, gdyby w kinie wyświetlono mi właśnie ten dodatkowy materiał zamiast na przykład ckliwych ale fabularnie nic nieznaczących scen z udziałem Kenta i Lois Lane.

Edycja rozszerzona „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” z jednej strony poprawia moją ocenę tego filmu, z drugiej wywołuje rozgoryczenie faktem, że w oryginale zabrakło tylu kluczowych scen. Dlaczego Snyder usunął w kinowej wersji akurat te fragmenty? Czyżby liczył na to, że do kina wybiorą się sami fani komiksów? Wątpliwe. Może nie miał świadomości tego, jak duże jest ich znaczenie? Zdecydowanie nie. W przypadku wersji rozszerzonej „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że chodziło tylko o dodatkowe, duże pieniądze. I o ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć te edycje, które zawierają materiały zza kulis czy też po prostu więcej widowiskowych scen, o tyle wycinanie kluczowych fragmentów i serwowanie ich w o wiele droższej i późniejszej edycji rozszerzonej uważam za zwykłe marketingowe świństwo. I choć obiektywnie rzecz ujmując nie mogę nie polecić tej wersji, bo jest o wiele lepsza od kinowej, to robię to nie bez złości. Te sceny powinniśmy zobaczyć w kinie.