12 Paź Dziewczyna z pociągu (recenzja)

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

dziewczynazpociagu

Oczywistym jest to, że filmowe adaptacje literatury nie są w stanie spełnić oczekiwań wszystkich czytelników znających oryginał. Mój wyjątkowy pech polega na tym, że rzadko kiedy udaje mi się natrafić na produkcję, która odpowiadałaby moim wyobrażeniom wyniesionym z lektury. Dlatego idąc na "Dziewczynę z pociągu", która w swojej oryginalnej wersji wywarła na mnie pozytywne wrażenie, starałam się nie mieć zbytnich oczekiwań. Niestety, nawet to nie uchroniło mnie przed pewnym rozczarowaniem.

Dla tych, którzy z książką Pauli Hawkins nie mieli do czynienia, kilka słów nakreślających fabułę. Główną bohaterką jest Rachel, która każdego dnia pokonuje pociągiem tą samą trasę: z przedmieścia do centrum miasta. W jednym punkcie skład zatrzymuje się na dłużej i kobieta ma szansę obserwować okolicznych mieszkańców. Jej szczególną uwagę zwraca młoda para, która wydaje się być wzorem prawdziwej i wiecznej miłości. Nie mogąc się pozbierać po rozwodzie, Rachel wyobraża sobie codzienne życie tej dwójki, coraz bardziej ich idealizując. Pewnego dnia jednak piękna wizja pryska jak bańka mydlana, a Rachel musi podjąć decyzję: czy przestać być tylko dziewczyną z pociągu i pomóc nieznajomym?

Jaka jest podstawowa różnica pomiędzy odbiorem książki a filmu? Przede wszystkim lekturze oryginału towarzyszył jednak ten dreszczyk emocji wynikający z gatunku, w jakim ta powieść została napisana. Oczywiście, nie było go aż tyle jak to bywa u mistrzów grozy, jednak ciągłe napięcie dało się odczuć. Film w reżyserii Tate'a Taylora z kolei był w moim odczuciu tego całkowicie pozbawiony. Oczywiście, można stwierdzić, że wynika to ze znajomości oryginału, ale widziałam sporo thrillerów, których adaptacje wywoływały u mnie takie same dreszcze, jak ich literackie odpowiedniki. Tymczasem twórcy filmu jakby zapomnieli, że mają do czynienia z thrillerem i za bardzo poszli w kierunku dramatu.

Oczywiście, pod tym względem produkcja sprawia się dosyć dobrze – dostajemy trzy zróżnicowane, ale dosyć mocne postacie, osadzone w sieciach toksycznych powiązań. Każda z nich ma jakiegoś "trupa w szafie" i w filmie doskonale widać, jak zmagają się ze swoimi demonami. Emily Blunt doskonale pokazała alkoholizm Rachel, skupiając się na najdrobniejszych szczegółach, które mogłyby świadczyć o jej uzależnieniu. Rzecz jasna, trochę inaczej wyobrażałam sobie tę postać, ale w ogólnym rozrachunku pewne zmiany wyszły jej na zdrowie. Kreacje Haley Bennett i Rebbeki Ferguson również niezwykle przypadły mi do gustu. Spodobało mi się szczególnie to, że twórcy dobrali w tym wypadku aktorki łudząco do siebie podobne. W rzeczywistości Anna i Megan są jak jing i jang, a ich fizyczne podobieństwo może wywoływać niepokój.

Mimo tego wszystkiego, seans nie wywołał u mnie właściwie żadnych emocji, choć owego dramatyzmu z solidnym naciskiem na aspekty psychologiczne było bardzo dużo. Wydaje mi się także, że w tym momencie ukazała się pewna ogólna słabość fabuły "Dziewczyny z pociągu", której przy pierwszym kontakcie nie zauważyłam. Ta historia jest tak zbudowana i zaserwowana, że głębsze emocje może wywołać tylko raz. Potem już nasza wiedza o wydarzeniach i bohaterach jest tak duża, że nic nie jest w stanie nas zaskoczyć.

Kolejną wadą filmu jest fakt, że nieumiejętnie przedstawiono oś czasu. O ile w książce przejścia pomiędzy teraźniejszością i przeszłością były wyraźnie, o tyle w produkcji Taylora granica między "tu" a "teraz" jest bardzo rozmyta. Zapewne zabieg ten był celowy i miał potęgować u widza uczucie zagubienia. Efekt jednak jest dosyć mizerny – dostajemy zlepki bardzo pięknych ujęć, ale ich powiązanie ze sobą jest właściwie żadne. Nie wiadomo, dlaczego akurat teraz przenosimy się wstecz ani jak długo tak naprawdę trwają te wydarzenia, które możemy określić jako teraźniejsze. Oczywiście, osoba nie znająca książki jak najbardziej się w tym wszystkim połapie, jednak ten chaos zamiast budować napięcie tylko przeszkadza. Zwłaszcza, że tak jak zauważyłam wcześniej, napięcia tutaj właściwie nie ma.

W ogólnym rozrachunku film ten wpisuje się dla mnie w typowego średniaka. Komu mogłabym polecić "Dziewczynę z pociągu"? Raczej tym, którzy książki Pauli Hawkins nie czytali. Bo choć mi ta pozycja bardzo przypadła do gustu, to w gruncie rzeczy film pozostawił po sobie nijakie wrażenie. Z pewnością osoba nieznająca oryginału wyciągnie z seansu duże więcej. Z pewnością produkcja może też przypaść do gustu fanom Emily Blunt jak i tym, którzy lubią dramaty psychologiczne.