27 Paź Dr. Strange (recenzja)

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

strangerecenzja

Kiedy w 2008 roku Marvel na dobre zaczął tworzyć kinowe uniwersum, widzów przyciągnął grany przez charyzmatycznego Roberta Downey'a Juniora Tony Stark – playboy, milioner, wynalazca i arogant. Osiem lat później, odkrywając przed widzem kolejny, wypełniony magią fragment uniwersum, Marvel ponownie sięga po sprawdzoną formułę – w bogatego i aroganckiego geniusza, którego okoliczności zmuszą do przemiany, tym razem wciela się Benedict Cumberbatch.

Kevin Feige dawno już zrozumiał, że w opowieściach o superbohaterach, szczególnie tych przedstawiających ich genezę, to nie historia odgrywa pierwsze skrzypce. Powinna być oczywiście wciągająca i trzymać w napięciu, ale głównym zadaniem tego typu produkcji jest pokazanie nam bohaterów i przywiązanie do nich widza. Z tego przepisu skorzystano po raz kolejny w trakcie realizacji „Doktora Strange”: arogancki neurochirurg z przerośniętym ego ulega wypadkowi, w wyniku którego traci władzę w dłoniach. Po odrzuceniu wszystkich bliskich (no dobra, lista zawiera tylko jedną osobę), wypróbowaniu każdej znanej medycynie metody, oraz wydaniu ostatniego centa, Strange udaje się w rozpaczliwą wyprawę do Nepalu, by spróbować znaleźć odpowiedzi tam, gdzie jeszcze kilka miesięcy wcześniej nigdy by ich nie szukał. W końcu jest lekarzem i naukowcem, który wierzy jedynie w świat, w którym wszystko można wytłumaczyć w racjonalny sposób... I choć fabuła jest dość pretekstowa, to ani przez moment nie możemy się nudzić – opowiedziana jest niezwykle płynnie i w znakomitym tempie, a przy tym świetnie spełnia powierzoną rolę – pokazuje nam przemianę Doktora Strange w maga, jakiego znamy i uwielbiamy.

I choć na pierwszy plan naturalnie wysuwa się świetny Benedict Cumberbatch, pozostali bohaterowie także dostają stosowną ilość czasu. Znakomicie wypada grana przez Tildę Swinton Przedwieczna, która jest zaskakująco niejednoznaczną postacią, kradnącą kolegom z planu niemal każdą scenę – także te akcji i pojedynków. Przed premierą sporo było kontrowersji związanych z obsadzeniem Swinton w tej roli, jednak okazało się to strzałem w dziesiątkę! Równolegle do przemiany, jaka dokonuje się w Doktorze Strange, przebiega analogiczny proces u jego przyjaciela, granego przez Chiwetela Ejiofora Mordo. I chociaż nieco zbyt duża, jak na mój gust, jego część przebiega poza ekranem, tak sam Mordo w tym wydaniu naprawdę może się podobać. Rachel McAdams (Christine Palmer) i Benedict Wong (jako Wong) także wypadają znakomicie, czego niestety nie można powiedzieć o Madsie Mikkelsenie. Nie jest to jednak winą samego (fantastycznego!) aktora, a raczej świadomej decyzji Marvela. Filmy nie są z gumy, więc po raz kolejny czasu ekranowego zabrakło dla złoczyńcy*, który jedynie dzięki charyzmie Mikkelsena odrobinę na plus odbiega od poziomu stereotypowego łotra MCU.

Tym jednak, co w „Doktorze Strange” naprawdę zachwyca, są efekty wizualne. Zapomnijcie o nudnych i rozczarowujących pojedynkach magów, znanych z „Władcy Pierścieni” czy „Harry'ego Pottera”. Tutaj starcia adeptów magii łączą ze sobą choreograficzną maestrię sztuk walki Wschodu z wizualnym przepychem, jakiego nigdy jeszcze wcześniej w kinie nie widziałem! Rzeczywistość załamuje się na wiele sposobów, grawitacja zmienia kierunek, wszędzie mnóstwo jest rozbłysków energetycznych tarcz, magicznych artefaktów oraz efektów zaklęć. Jeśli po obejrzeniu zwiastunów doszliście do wniosku, że czeka was co najwyżej coś podobnego do „Incepcji”... cóż, przygotujcie się na to, że wiecie jeszcze mniej niż Jon Snow. Tym jednak, co naprawdę wciska w fotel, jest astralna podróż do innych wymiarów. Twórca postaci Doktora Strange, Steve Ditko, nie sięgał po używki, jednak tego samego nie można powiedzieć o czytelnikach jego historii. Ten szalony, narkotyczny styl udało się nie tylko przenieść na ekran, ale też rozszerzyć go do granic, których nikt wcześniej w kinie nie próbował! Po tym, co zobaczyłem w czasie seansu stwierdzam, że „Doktor Strange” powinien dostać nie jednego Oscara za efekty specjalne, a od razu kilka na poczet kolejnych lat!

Choć „Doktor Strange” mocno trzyma się sprawdzonej przez Marvela formuły na robienie filmów, pokazane tu bogactwo świata magii, a także ogromna charyzma bohaterów i zaprezentowana nam wizualna uczta sprawiają, że jest to jeden z najlepszych filmów superbohaterskich w historii. Jest to też pozycja oderwana od reszty uniwersum, więc na seans śmiało może się wybrać nawet osoba, która nie widziała do tej pory żadnego filmu z MCU. Koniecznie na wielkim ekranie i w 3D!

* Oczywiście można nakręcić kilkadziesiąt godzin materiału, następnie nie umieć z tego wykroić mającego sens filmu, a na końcu i tak mieć banalnego i bezużytecznego villiana, ale to już specjalność szkoły Snydera.