19 Lis Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (recenzja)

Napisała Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Pamiętacie, jakie niesamowite wrażenie zrobił na Was „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”, gdy sięgnęliście po niego po raz pierwszy? Teraz możecie przeżyć je ponownie. Mówię serio.
Na film „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” czekałam z podekscytowaniem fana, ponieważ moje wewnętrzne dziecko potrafi piszczeć z uciechy na myśl o każdej kontynuowanej serii, czy to „Gwiezdne wojny”, czy „Jurassic Park”. Jednocześnie nie stawiałam wysoko poprzeczki – trailery obiecywały wprawdzie dobrą zabawę, ale w ogóle nie sugerowały obecności fabuły, w dodatku z racji tematu przewodniego film musiał mocno bazować na CGI, a to miejscami nie domagało. Stwierdziłam wprawdzie, że to wciąż wersja nieostateczna i może być lepiej, ale… lepiej nie nastawiać się na zbyt wiele, by się nie zawieść, prawda?

Było świetnie. Znów byłam jedenastoletnią dziewczynką, która poczuła magię, tylko… dojrzalej. J.K. Rowling znakomicie wykorzystała nieobecność Harry’ego, by pozostając w tym samym świecie, opowiedzieć zupełnie inną historię. Przede wszystkim zmienia się miejsce akcji – wraz z głównym bohaterem, Newtem Scamandrem, podróżujemy do Nowego Jorku. Ale ważniejszy jest też jej czas – międzywojnie. Choć nigdzie nie pada to wprost, widać, że oglądamy realia apartheidu. Na salonach, przynajmniej tych niemagicznych, brylują biali „Niemag” to ważne słowo w filmie, amerykański odpowiednik „mugola”, co sprawia, że bohaterowie pochodzący z różnych kultur nie od razu się dogadują. Ogółem odmalowanie rzeczywistości nawet w drobnych detalach robi wrażenie.

Prawdziwą perełką jest jednak magia i sposób jej ukazania. Twórcy „Fantastycznych zwierząt…” pokazali, że technika przez ostatnich pięć lat (tyle minęło od premiery drugiej części „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci”) nie stała w miejscu. Niemal każde pojedyncze użycie jej robi wrażenie i cieszy oko, a fantastyczne zwierzęta – naprawdę żyją! Faktura futer czy piór, mimika, sposób poruszania się… aż ciężko uwierzyć, że stworzeń tych nie było na planie i wykreowane zostały przez mistrzów animacji. To wizualnej strony filmu obawiałam się najbardziej, a jest znakomita. To jeden z tych, które naprawdę warto zobaczyć w 3D, żeby w pełni nacieszyć się ich pięknem. A już obowiązkowo na dużym ekranie, zatem rezerwujcie w kalendarzach miejsce na seans.

Fabuła, wbrew pozorom, nie była szczątkowa i pretekstowa. Podobnie z charakterami bohaterów, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych. Nie ma mowy o często zarzucanym J.K. Rowling „odcinaniu kuponów”. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” to historia naprawdę dopracowana, jak już wspomniałam – dojrzała, napisana przez twórcę, który znakomicie opanował warsztat oraz świetnie zna uniwersum, w którym osadza swoich bohaterów. Poważną zaletą jest też to, że nie mamy tu herosów: Newt to dziwak i odludek pragnący przekonać innych czarodziejów, że fantastycznych stworzeń nie trzeba się bać, Tina to była aurorka niemogąca pogodzić się z dymisją, Queenie zawodowo zajmuje się nalewaniem kawy, a braki w wykształceniu nadrabia słodkim wyrazem twarzy, zaś Kowalski jest mugolem (czy raczej niemagiem) wplątanym w całą sytuację przypadkiem. Z Jacobem Kowalskim wiąże się zresztą przeurocze nawiązanie do polskiej kultury – mężczyzna jest piekarzem korzystającym z przepisów swojej babci i piecze najprawdziwsze pączki, nie donuty – w filmie pojawia się to właśnie rozróżnienie, a zaprezentowane na ekranie pączki bez wątpienia są pączkami. Kowalski to dusza-człowiek, widz od pierwszego wejrzenia życzy mu jak najlepiej i trzyma za mężczyznę kciuki przez calusieńki seans. Na nich świat jednak się nie kończy – oglądamy oba społeczeństwa, magiczne i niemagiczne, oraz rodzące się napięcia. Nagłówki gazet przypominają, Że Gellert Grindelwald wciąż nie został odnaleziony, czarodzieje obawiają się ujawnienia, a nie magowie dzielą się na tych, którzy w magię nie wierzą i tych, którzy są nią przerażeni i nawołują do eliminacji wiedźm.

Film jest poważniejszy niż pierwsze opowieści o Harrym Potterze, nie jest jednak tak mroczny jak ostatnie. Dobrze będą bawić się na nim zarówno nowi widzowie (znajomość kanonu potterowskiego wcale nie jest niezbędna do zrozumienia), dorośli wychowani na książkach J.K. Rowling, którzy dorastali z jej bohaterami, jak i młodsze pokolenie. Opowiedziana historia jest poważniejsza, nie brak jednak scen humorystycznych, przy których da się płakać do łez. Warstwowość ta skojarzyła mi się z „Mistrzem i Małgorzatą” – spotkałam się z opinią, iż najmłodszy czytelnik zwróci uwagę na wygłupy Korowiowa i Behemota, trochę starszy na uczucie łączące Małgorzatę i Mistrza, a najstarszy – na dramat Piłata. Sądzę, że w tym wypadku starsze dzieci oraz młodzież mogą zainteresować się komicznymi akcentami oraz scenami walki, natomiast dorosły widz dostrzeże nawiązania do historii powszechnej i dramaty bohaterów. Byłam też pod wrażeniem muzyki za którą odpowiadał James Newton Howard. W ścieżce dźwiękowej naprawdę czuło się ducha Johna Williamsa i magiczny nastrój „Hedwig’s Theme”.

Możliwe, iż opowieść ta nie robiłaby tak niesamowitego wrażenia, gdyby nie aktorstwo – naprawdę nie umiałabym wskazać w „Fantastycznych zwierzętach…” ani jednej źle zagranej roli. Eddie Redmayne jako Newt Scamander idealnie prezentuje postać outsidera, przygarbionego i uciekającego wzrokiem przy ludziach, mamroczącego pod nosem, a ożywiającego się i roziskrzonego przy stworzeniach, które zna i rozumie jak nikt inny. Dan Fogler w roli Jacoba Kowalskiego jest tak przekonujący, iż chce się go osłonić własną piersią przed każdą przeciwnością losu, zaś Katherine Waterston i Alison Sudol wspaniale odmalowują dynamikę między swoimi bohaterkami – sióstr, które różnią się od siebie absolutnie wszystkim, a jednocześnie stanowią dla siebie wzajemnie sens życia i największą opokę. Z roli drugoplanowych powala na kolana Ezra Miller wcielający się w chłopaka z niepełnosprawnością umysłową adoptowanego przez pełną jadu dewotkę. Z krótkim cameo pojawia się Ron Perlman, którego postać – goblin Gnarlack – prezentuje się o niebo lepiej niż na zwiastunach. Colin Farrell jako Percival Graves budzi respekt i grozę, a gdy przemierzał tunele metra w czarnym płaszczu z białym podbiciem, naprawdę miałam dreszcze.

Fanką twórczości J.K. Rowling byłam od dziecka – dorastałam wraz z jej bohaterami przy lekturze książek, by później chodzić na randki na ostatnie z filmów. Następnie już jako filolog czytałam powieści o Potterze w kilku językach i analizowałam je z rozmaitych stron. Teraz wybrałam się do kina bez specjalnych oczekiwań i stwierdzam, że pisarka przebiła samą siebie w kreowanej historii, a David Yates poradził z sobie z odzwierciedleniem jej na ekranie. Dobrze, że właśnie na taką formę zdecydowała się Rowling – opis nie oddałby prawdziwej magii stworzeń zrodzonych w jej umyśle, a technologia filmowa stanęła na wysokości zdania. Produkcja jest jednocześnie zabawna i poważna, wzruszająca i dająca do myślenia. Wciągająca. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” dowodzą, że autorka  nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, jej wyobraźnia wciąż robi wrażenie, zaś wszystkie lata z Harrym i późniejsze z kryminałami dla dorosłych sprawiły, że nie jest już debiutantką z opowieści o historiach zapisywanych na skrawkach serwetek, tylko pełnokrwistą twórczynią świadomą własnego warsztatu. Nowy bohater pozwolił jej rozwinąć skrzydła i ma wszystko, co potrzebne, by przyćmić poprzednika. A przy okazji, jak wspomniał mój znajomy w chwilę po seansie: fajnie było po prostu wreszcie zobaczyć, jak ktoś umie korzystać z magii. Bo to fakt, w końcu do czynienia mamy z dorosłymi wykorzystującymi ją świadomie i przez całe życie, a nie z uczniami stawiającymi pierwsze kroki.

PS. Chcę więcej. Chcę przytulać nieśmiałka i obserwować cwaniactwa niuchacza! Te stworzenia wywołują we mnie podobne uczucia co mały Groot tańczący w doniczce.

PS2. Sceny po napisach brak, więc możecie zlitować się nad obsługą kina.

Ostatnio zmieniany sobota, 19 listopad 2016 20:30