15 Maj Obcy: Przymierze (Alien: Covenant) recenzja Wyróżniony

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

Alien Covenant

Kiedy ukazał się pierwszy zwiastun „Prometeusza”, fani marki „Alien” byli zachwyceni. Nie tylko za sterami franczyzy ponownie miał stanąć jeden z jej ojców, ale także sam trailer zapowiadał fantastyczne widowisko. Niestety, jak to ze zwiastunami bywa, także i ten okazał się jedynie znakomicie zmontowaną reklamówką, z którą finalny produkt niewiele miał wspólnego. Ridley Scott wyciągnął wnioski z niepowodzenia projektu z 2012 roku i... postanowił zrobić to samo jeszcze raz. Tylko tym razem lepiej.

„Obcy: Przymierze” zaczyna się w dokładnie ten sam sposób, co poprzednia produkcja osadzona w uniwersum Obcego. Android, ponownie grany przez znakomitego Michaela Fassbendera, dogląda statku i załogi w stanie hibernacji – tym razem mamy jednak do czynienia nie z misją naukową, a kolonizacyjną. W wyniku niefortunnego splotu wydarzeń trafiają oni na nieznaną planetę, na której króluje pewna czarna substancja znana z „Prometeusza”, co skutkuje uruchomieniem licznika zgonów... Jak widać powyżej, fabuła „Obcy: Przymierze” wydaje się iść dokładnie tym samym torem co jej poprzednik. Jak jednak pisałem we wstępie, robi to po prostu lepiej – scenariusz jest spójny, nie był kilkukrotnie gruntownie przerabiany, dzięki czemu udało się uniknąć ogromnych dziur fabularnych. Co prawda członkowie załogi „Przymierza” są chyba jeszcze głupsi niż miało to miejsce w „Prometeuszu”, jednak ich zachowania są w pewien sposób uzasadnione. Na ich korzyść działa też to, że potrafią też wzbudzić sympatię widza. Paradoksalnie ze scenariusza niezadowoleni mogą być w największym stopniu fani produkcji z 2012 roku, ponieważ „Obcy: Przymierze” wyrzuca – po uprzednim przypaleniu przez dysze silnika – większość elementów wprowadzonych w „Prometeuszu”. Scott nie próbuje już opowiedzieć historii o tym skąd wzięła się ludzkość, a jedynie dostarczyć fanom odpowiedź na pytanie: „jak powstały ksenomorfy”.

Najlepszym elementem „Prometeusza” był bez wątpienia Michael Fassbender w roli androida, i Ridley Scott wziął sobie do serca pochwały aktora, obsadzając go w „Obcym: Przymierze” w podwójnej roli Davida oraz Waltera. Fassbender po raz kolejny wywiązał się z zadania w sposób fenomenalny, z jednej strony ukazując różnice w zachowaniu androidów, a z drugiej cały czas czuć z ich strony odrębność od ludzkiej części załogi. Seria o Obcym ma – może za wyjątkiem czwórki – ogromne szczęście do aktorów wcielających się w syntetyków, ale z tria Ian Holm, Lance Henriksen, Michael Fassbender to właśnie ten ostatni stworzył najciekawszą kreację. Kolejną tradycją serii jest obsadzanie w głównej roli silnej, kobiecej postaci. I choć Katherine Waterston nie dorównuje Sigourney Weaver, to ogląda się ją na ekranie z przyjemnością. Grana przez nią Daniels doświadcza kolejnych traumatycznych wydarzeń, aż w końcu bierze sprawy w swoje ręce. Podobnie jak u Ripley, charakter Daniels wykuwa się na oczach widza i jej rozwój śledziłem z dużą przyjemnością. Na szczęście tym razem pokazanie siły bohaterki udało się bez biegania i skakania zaraz po przeprowadzonej własnoręcznie cesarce. Mam nadzieję, że aktorka nie zostanie wyrzucona ze scenariusza kolejnego filmu tak, jak ma to miejsce z Noomi Rapace.

Tym, co Ridleyowi Scottowi udaje się zawsze, jest strona wizualna filmu i „Obcy: Przymierze” nie jest pod tym względem wyjątkiem. Zarówno wnętrza statków, jak i powierzchnia planety prezentują się zjawiskowo. Fanów bez wątpienia ucieszą też często umieszczane nawiązania do poprzednich części – w scenografii, kostiumach, pracy kamery, itd. Scott zawsze słynął ze stawiania na praktyczne efekty specjalne i jak najmniejszy udział grafików komputerowych, niestety w „Obcym: Przymierze” króluje CGI. Niestety, ponieważ kolejni protoplaści ksenomorfów wyglądają nad wyraz sztucznie, wyraźnie wyróżniając się na tle zbudowanych, realistycznych planów.

Choć „Obcy: Przymierze” cierpi na szereg wad – słabe CGI, kiepsko zarysowani (poza wspomnianymi wcześniej androidami i Daniels broni się jedynie Tennessee) i podejmujący idiotyczne decyzje bohaterowie, a także do bólu przewidywalne zakończenie, wciąż jest to... najlepszy film z Obcym od trzydziestu lat! W większym stopniu świadczy to co prawda o tym, jak źle w Hollywood traktowaną tę franczyzę, jednak „Obcy: Przymierze” wciąż potrafi zapewnić rozrywkę fanom krwawych horrorów science fiction. Raczej tych klasy B, ale to i tak najlepsze co spotkało ksenomorfy od czasu „Obcy: Decydujące Starcie”.