16 Cze Król Artur: Legenda miecza (recenzja)

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

artur krol

Guy Ritchie jest jednym z tych reżyserów, których stylu nie da się pomylić z żadnym innym – charakterystyczny montaż, brak linearnej konstrukcji, uwielbienie dla brytyjskich ulicznych cwaniaczków – każdym z tych elementów potrafi odróżnić się od innych twórców. Złośliwi mogliby powiedzieć, że przez całą karierę kręci ten sam film, natomiast fani talentu twórcy, że jest wierny obranej drodze i własnemu sposobowi ekspresji. Jeśli ktoś sądził, że tworząc film o legendarnym królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu Ritchie nagle porzuci dotychczasowe środki wyrazu, był równie naiwny co kolejne tabuny facetów próbujących wyciągnąć Excalibur z kamienia.

Guy Ritchie ponownie opowiada bowiem historię kilku brytyjskich cwaniaczków, którzy dokonują wielkiego przekrętu, grając możnym i bogatym na nosie, przy okazji dokonując prywatnej zemsty. Arturiańskie legendy i estetyka fantasy służą tu jedynie za scenografię, co wiernych fanów tych pierwszych może miejscami doprowadzić do palpitacji serca. I choć reżyser traktuje legendę angielskiego króla niezwykle luźno, to jednak czuć, że darzy ją ogromnym szacunkiem i miłością. Na swój własny sposób, jednak wciąż – szacunkiem i miłością.

Przez większość seansu towarzyszyło mi uczucie dysharmonii – coś w strukturze filmu ewidentnie mi nie pasowało, jednak nie byłem w stanie tego określić. Dopiero przy okazji finału zrozumiałem co to było - „Król Artur: Legenda Miecza” nie jest skonstruowany jak film, to gra wideo! Reżyser próbuje nam opowiedzieć długą, wielowątkową historię, w której poznamy zarówno ciekawe postaci, świat jak i przemianę głównego bohatera, jednak nie jest w stanie zmieścić wszystkich tych elementów w ramach dwugodzinnego montażu. Decyduje się więc na – tak charakterystyczne dla siebie – opowiadanie historii przez szybki montaż, co jednak tym razem zupełnie się nie sprawdza. Przez większość czasu odnosiłem wrażenie, że oglądam film, który chciał być grą wideo, ale zamienił miejscami elementy, w których kontrolę przejmuje gracz z tymi będącymi przerywnikami. Kiedy dochodziło do momentu, w którym gracz spędziłby kilka godzin na szlachtowaniu potworów, planowaniu działań, itd. - reżyser po prostu streszczał je w typowym dla siebie szybkim montażu.

Elementem fantasy, którego Ritchie nie traktuje jedynie jako scenografii, którą w dowolny sposób mógłby zmienić na współczesne klimaty*, jest magia. Ta ukazana została w niezwykle spektakularny sposób, dokładnie tak, jak powinna – jest obca, dziwna, nietypowa i tajemnicza. Niestety miejscami niebezpiecznie zbliża się do rozwiązań charakteryzujących miernych pisarzy fantasy, którzy wszelkie fabularne głupotki tłumaczą tym, że to magia „której i tak nie zrozumiesz”, a nie dobrze znany zabieg typu deus ex machina. Fajnie jednak zobaczyć w końcu produkcję, w której nikt nie boi się pokazać w działaniu magicznych mieczy +5. W scenach akcji ponownie jednak – szczególnie w finale historii – widać największą wadę „Króla Artura: Legendy Miecza” - jest to gra, która próbowała zostać filmem. Szturm Camelotu przypominał mi wypadkową średniego CGI, początku pierwszego „Wiedźmina” i „Shadow of Mordor”. Zresztą większość scen w których Artur używa miecza wygląda podobnie do tego, co w Mordorze wyprawia Talion.

W zalewie blockbusterów, które różnią się od siebie jedynie scenografią, zawsze warto docenić kogoś, kto stara się pokazać coś innego. Być może niezbyt oryginalnego na tle własnej twórczości, jednak na tyle charakterystycznego, że gwarantującego widzowi odmianę wśród wysokobudżetowych pozycji. Tego typu twórcą, jest Guy Ritchie – jego filmy nie są tworzone na zasadzie analizowania wyników badań fokusowych i wcielania ich w życie, mają w sobie mnóstwo pasji i zaangażowania, które zawsze warto ocenić samemu. Moim zdaniem „Król Artur: Legenda Miecza” to produkcja nieudana – przeciągnięta, pełna źle rozłożonych akcentów gra, która próbowała zostać filmem, z czego chyba nawet sam Guy Ritchie nie zdawał sobie do końca sprawy. Dajcie mu jednak szansę, oceńcie ten tytuł sami – bo choć osobiście jestem fanem superbohaterskich i gwiezdnowojennych produkcji Disneya, to nie chcę, żeby każdy blockbuster wyglądał tak, jak ich filmy. A ludzie pokroju Guya Ritchie zawsze gwarantują coś innego – nawet, jeśli nie każdemu przypadnie to do gustu.

PS Czy na fali komiksowych produkcji też marzy wam się ekranizacja „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” w wykonaniu Guya Ritchie?

*Właściwie to też by mógł, jako urban fantasy....