12 Wrz TO (recenzja)

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

to klaun

Fakt, że Stephen King nie ma szczęścia do ekranizacji nikogo nie powinien zaskoczyć. Obok filmów świetnych, jak „Skazani na Shawshank”, „Lśnienia”, czy „Zielonej Mili”, można znaleźć słabe, jak „Maksymalne przyspieszenie”, „Cmentarną szychtę”, „Lunatyków”, czy „Carrie” z 2013 roku. Obawy związane z powrotem do Derry były tym większe, że miniserial „To” z 1990 roku, choć ówcześnie należał do chlubnych wyjątków, to brzydko się zestarzał, choć Pennywise’a w wykonaniu Tima Curry’ego nadal można spokojnie postawić wśród ikon horroru. Całe szczęście, wersja z 2017 roku okazała się być jedną z najlepszych adaptacji powieści Kinga od lat.

Derry w stanie Maine na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od innych małych miasteczek na prowincji. Życie toczy się tu we własnym tempie, a ludzie zmagają się głównie z codziennością i związanymi z nią problemami. Przynajmniej do feralnego dnia, gdy znika Georgie Denbrough. Zdarzenie to daje początek całej serii zaginięć, która... nie robi wrażenia na mieszkańcach Derry. Dorośli zdają się nie zauważać przerażającej serii, przechodząc nad utratą dziecka do porządku dziennego. Kolejne zdjęcia zaginionych zapełniają przydrożne słupy, a życie toczy się dalej. Jedynie brat Georgiego, Bill (Jaeden Lieberher) wraz z trójką przyjaciół, Richiem (Finn Wolfhard), Stanley'em (Wyatt Oleff) i Eddiem (Jack Grazer) postanawia odnaleźć młodszego brata. Jąkała, pyskacz, syn rabina oraz hipochondryk błyskawicznie przekonują się, że znieczulica dorosłych będzie ich najmniejszym problemem. Stworzony przez czwórkę dwunastolatków klub frajerów szybko powiększy się o piękność z mroczną tajemnicą, Beverly Marsh (Sophia Lillis), nowego w miasteczku miłośnika książek - Bena Hanscoma (Jeremy Ray Taylor) i prześladowanego ze względu na kolor skóry, Mike'a Hanlona (Chosen Jacobs).

„To” nie jest horrorem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Film Andersa Muschietti'ego jest przede wszystkim świetną opowieścią o mierzeniu się z lękiem. W dzieciństwie według Kinga nie znajdzie się dużo miejsca na niewinność, która ustępuje przemocy, zaniedbaniu, znęcaniu się oraz napastowaniu seksualnemu. W ten mroczny, poruszający niezwykle ważne, ale i ciężkie tematy świat nastoletnich bohaterów wkracza Pennywise, wykorzystując lęki oraz kompleksy, by wabić do siebie przerażone ofiary i żywić się ich strachem.

Osoby odpowiedzialne za wybór aktorów spisały się bez zarzutu. Zarówno nastoletni bohaterowie, na czele ze znanym ze „Stranger Things” Finnem Wolfhardem, jak wcielający się w morderczego klauna Bill Skarsgård wypadają bez zarzutu. Szczególne brawa należą się temu ostatniemu, przed którym postawiono wyjątkowo trudne zadanie – zmierzyć się z niezrównanym Timem Currym, chyba jedynym elementem z miniserialu, który nadal działa. Pennywise z 2017 roku wychodzi z tego starcia obronną ręką. Tańczący klaun wywołuje ciarki już samą obecnością. Jest infantylny, niezrównoważony, często mamrocze coś pod nosem (wrzucając słowa szwedzku, co jedynie zwiększa wrażenie jego obcości), obficie ślini, gdy jest blisko potencjalnej ofiary. Aktor daje tak efektowny popis, że czasem miałem nadzieję, że Muschietti daruje sobie kolejne porcje CGI i pozwoli Skarsgårdowi dać kolejny popis aktorskiego warsztatu.

Największe zastrzeżenia można mieć do tempa akcji. Reżyser zdaje się pędzić na złamanie karku od jednej sceny do kolejnej, nie zostawiając widzom wiele czasu na przetrawienie tego, co właśnie zobaczyli. W jednej chwili na ekranie znajduje się spalone, bezgłowe ciało goniące jednego z bohaterów, by w następnej widzów zasypały humorystyczne dialogi. Niestety, takie tempo osłabia elementy horroru, spychając je na dalszy plan. Nie można się natomiast przyczepić do samych dialogów. Frajerzy działają doskonale jako grupa, przerzucając się docinkami, kiepskimi żartami... innymi słowy, zachowują się jak dzieci. „To” niemal od razu budzi skojarzenia ze „Stań przy mnie”, „Goonies”, czy „Stranger Things”. Niestety, o ile bohaterowie działają świetnie w grupie, już indywidualnie nie jest tak różowo. W porównaniu do książkowego oryginału, czy nawet miniserialu z 1990 roku, część z nich jest traktowana po macoszemu. Dotyczy to szczególnie Mike'a i Stanley'a, którzy na czas drugiego aktu gdzieś znikają, przewijając się w kadrze, bez większego wpływu na wydarzenia. To samo tyczy się ludzkich prześladowcy frajerów, a konkretnie trójki z nich, których można opisać jako bezmyślnych pachołków Henry'ego Bowersa. Nie wyróżniają się niczym szczególnym i ledwo zauważa się ich zniknięcie. Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku samego Bowersa. Grający go Nicholas Hamilton dobrze poradził sobie z ukazaniem skrzywdzonego, zakompleksionego nastolatka pragnącego jedynie, by inni poczuli jego strach.

„To” działa przede wszystkim ze względu na postaci oraz dialogi. Twórcy doskonale poradzili sobie z przeniesieniem na ekran elementu charakterystycznego dla Stephena Kinga, czyli świetnie zarysowanego tła społecznego historii. Bohaterowie są ludzcy, dzięki czemu widzowie nie mają problemu ze stworzeniem z nimi więzi. Podczas przeszło dwóch godzin seansu niejednokrotnie łapałem się na siedzeniu na skraju fotela, pogrążony bez reszty w rozgrywających się na moich oczach wydarzeniach. Zdecydowanie polecam wyprawę do kina i trzymam kciuki, by nadciągająca kontynuacja (skupiona na wydarzeniach rozgrywających się dwadzieścia siedem lat po pierwszym starciu z Pennywisem) prezentowała równie wysoki poziom.