01 Paź Kingsman: Złoty Krąg (recenzja) Wyróżniony

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

kingsmanzlotykragus

„Kingsman: Tajne Służby” okazał się jednym z tych filmów, o których niewiele słyszy się przed premierą, po czym okazują się dużym hitem. Znakomite pomysły zaczerpnięte z komiksu Marka Millara, błyskotliwa reżyseria, fantastyczna choreografia scen akcji, postaci które lubimy od samego początku oraz masa humoru sprawiły, że mieliśmy do czynienia z filmem gwarantującym świetną zabawę. Produkcja z 2014 roku zaskoczyła mnie niezwykle pozytywnie, a co za tym idzie, w stosunku do jej kontynuacji miałem więc spore wymagania.

„Kingsman: Złoty Krąg” rozpoczyna się niedługo po wydarzeniach znanych z pierwszej części: Eggsy kontynuuje karierę w szeregach agencji szpiegowskiej, a i jego życie prywatne w końcu wygląda na poukładane. Związek ze szwedzką księżniczką rozkwita, przyjaciele są blisko, nawet pies nie sprawia problemów. Oczywiście sielanka nie może trwać zbyt długo, a zwiastunem kłopotów jest pojawienie się dawnego rywala z szeregów agencji, co skutkuje niezwykle bondowskim wstępem. W wyniku spisku uknutego przez dowodzącą tajemniczym Złotym Kręgiem Poppy (w tej roli Julianne Moore), cały świat Galahada obraca się w gruzy, a ten zmuszony jest szukać pomocy w odległym Kentucky.

Słowem, które najlepiej oddaje istotę obu filmów Matthew Vaughna jest przerysowanie. Kingsman pełnymi garściami czerpie znane z popkultury motywy (oczywiście najszczodrzej z serii o agencie 007), następnie miesza je z szeregiem absurdalnych pomysłów, w efekcie oferując widzowi iście zaskakujące połączenia. Miasteczko rodem z Ameryki lat 50. w sercu ruin w kambodżańskiej dżungli? Elektryczne lasso? Żel ratujący po postrzale w głowę? Robo-dobermany? Ten kolaż szalonych motywów stanowi jedną z największych zalet filmu, z czego twórcy dobrze zdają sobie sprawę. Pierwszy Kingsman nigdy nie był filmem, który traktuje się na serio, i rzecz ma się podobnie w przypadku kontynuacji. Ta zabawa zgranymi motywami widoczna jest także w przypadku konstrukcji bohaterów – są oni chodzącymi stereotypami, ukazanymi jednak w sposób tak przerysowany, że nie sposób ich nie lubić. Duży wpływ na ich pozytywny odbiór ma oczywiście zatrudnienie fantastycznych aktorów – obok młodego Tarona Egertona, ponownie zobaczymy Marka Stronga oraz Colina Firtha, na tym jednak lista uznanych nazwisk się nie kończy; w mniejszych lub większych rolach pojawiają się bowiem Julianne Moore, Elton John, Channing Tatum, Halle Berry, Jeff Bridges czy Michael Gambon.

„Kingsman: Złoty Krąg” rozwija wątki z pierwszej części – związek z księżniczką Tilde, relacja z Harrym i Merlinem (Mark Strong ponownie jest w tej roli bezbłędny), wprowadza przy tym szereg nowych i niestety robi to niezbyt umiejętnie. „Tajne Służby” opowiadały prostą historię przemiany niepokornego chłopaka w świetnego agenta, dzięki czemu scenariusz miał zwartą formułę, a widz nie nudził się ani przez moment. W przypadku kontynuacji ciężko właściwie powiedzieć, co próbują nam pokazać twórcy – nie do końca wiadomo w którą stronę całość zmierza. Akcja przeskakuje pomiędzy kontynentami tak, jakby było to przechodzenie z pokoju do kuchni, co chwilę rzucając nowy wątek – o księżniczce, Harrym, Statesman, Poppy, wielkim spisku, gabinetach prezydenckich, zdradzie, itd. Brakuje tu wyraźnie zarysowanego głównego wątku, wokół którego obudowane są wszystkie poboczne. Nawet wielkie zagrożenie dla całego świata, jakie pojawia się w pewnym momencie, nie spełnia takiej roli (swoją drogą – w bardzo ciekawy sposób twórcy bawią się ogranym motywem „okup albo śmierć milionów”, niejako odwracając role). „Kingsman: Złoty Krąg” przypomina mi pod tym względem „Strażników Galaktyki Vol. 2”, ale ponieważ nie buduje aż tak silnej relacji na linii widz-bohaterowie, zakończenie nie jest na tyle satysfakcjonujące, żeby „spłacić” niezwykle chaotyczny środek filmu. Szczególnie, że historia zdecydowanie poszła w ilość, nie jakość.

Kiedy dochodzi do scen akcji, Matthew Vaughn ponownie wrzuca widza na szalony rollercaster – precyzyjnie zaplanowane ujęcia znakomicie udają chaotyczne ruchy, dzięki czemu każdy pojedynek ogląda się z ogromną przyjemnością. Niestety zabrakło tu sceny równie udanej co masakra w kaplicy znana z części pierwszej. Żałuję też, że miejsce takich kapel jak Lynard Skynard czy Dire Straits zajął Elton John, to jednak kwestia gustu widza – sama zmiana jest jak najbardziej uzasadniona fabularnie.

„Kingsman: Złoty Krąg” to – czego kompletnie się nie spodziewałem – film trudny w ocenie. Posiada większość zalet pierwszej części, wiele pomysłów z niej zresztą ciekawie rozwijając, dodaje także szereg nowych. Niestety wraz z hurtową ilością dobrych pomysłów, do finalnego produktu dostała się także masa złych rozwiązań. Odnoszę wrażenie, że na etapie poprawiania scenariusza lub pracy edytorskiej zabrakło kogoś, kto miałby wystarczającą siłę przebicia, aby postawić się Matthew Vaughnowi i ciąć, ciąć, ciać... Jednak nawet pomimo problemów o których pisałem, „Kingsman: Złoty Krąg” to dobry pomysł na spędzenie w kinie popołudnia – przy wszystkich swoich wadach wciąż gwarantuje masę zabawy.

PS Co ci „źli” w Kingsmanie mają z hamburgerami?!

PS 2 Na rodzimym rynku ukazały się właśnie komiksy „Kingsman: Tajne Służby” Millara oraz „James Bond 1 – Vargr” Ellisa, które znakomicie komponują się z seansem „Złotego Kręgu”