06 Paź Blade Runner 2049 (recenzja)

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

Blade Runner 2049

„Blade Runner” doczekał się tak wielu omówień, że chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego jest to dzieło kultowe i powszechnie wielbione. Z racji spowijającego produkcję z 1982 roku nimbu, karkołomnym wydawało się stworzenie współczesnej kontynuacji, która nie ośmieszy oryginału, jak miało to miejsce w przypadku Obcego czy Terminatora. Nie wspominając nawet o dorównaniu otoczonemu kultem filmowi Ridley'a Scotta. Denis Villeneuve przy okazji „Nowego Początku” udowodnił jednak, że rozumie inteligentne kino science fiction jak nikt inny we współczesnym Hollywood i jeśli komuś ta misja miała się powieść, to właśnie jemu.

Historia „Blade Runner 2049” zaczyna się trzydzieści lat po wydarzeniach znanych z pierwszej części. I choć w czasie dzielącym oba filmy w świecie, gdzie androidy być może śnią o elektrycznych owcach zdążyło się wydarzyć wiele rzeczy, często o ogromnej skali (blackout, upadek korporacji Tyrell, nowe modele nexusów), pewne sprawy pozostały niezmienne – replikanci w dalszym ciągu są powszechnie nienawidzeni i służą ludzkości za niewolników. Więcej o fabule pisać nie wypada, ponieważ jej stopniowe odkrywanie stanowi ogromną przyjemność, której nie chcę Wam zepsuć. Produkcja Villeneuve'a bezpośrednio kontynuuje wątki znane z pierwszej części, dlatego warto mieć to na uwadze przed wybraniem się na seans – odświeżenie filmu Scotta jest niezbędne dla zrozumienia kontynuacji.

Snuta w „Blade Runner 2049” opowieść ponownie skupia się na fundamentalnej dla tej serii kwestii, czyli istocie człowieczeństwa. Villeneuve, podobnie jak wcześniej Scott (oraz oczywiście jeszcze wcześniej Philip K. Dick) stawia przed bohaterami pytania, na które zarówno oni jak i widzowie będą musieli sami sobie odpowiedzieć. Współczesna produkcja, podobnie jak jej poprzednik, robi to poprzez opowiedzenie niezwykle kameralnej historii. Mamy czas poznać bohaterów, ich relacje, przemyślenia, przełomowe wydarzenia wpływające na ich światopogląd – ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, że coś wynika jedynie z chęci scenarzystów – wszystko przebiega niezwykle naturalnie, organicznie. Osobiście mam jednak problem z pewnymi aspektami scenariusza „Blade Runner 2049”; Po pierwsze, momentami reżyser zapowiada wątki olbrzymie w skali świata Łowcy Androidów, ale niemal natychmiast porzuca je, powracając do osobistej historii kilku bohaterów. Po drugie, fabuła obudowana jest tak silnie wokół oficera K, że pozostawia w cieniu część pozostałych bohaterów. Obie te rzeczy wynikają oczywiście ze świadomej decyzji twórców filmu, pozostawiły one we mnie jednak poczucie niedosytu.

Pod względem technicznym, „Blade Runner 2049” jest prawdziwym arcydziełem. Każdy kadr po oprawieniu w ramy stałby się ozdobą najlepszych galerii sztuki. Dennis Villeneuve oraz Roger Deakins stworzyli wizualny majstersztyk, o któremu będziemy z wypiekami na twarzy opowiadać jeszcze przez dziesięciolecia. Zdjęcia, plenery, scenografie, oświetlenie – każdy z tych elementów został wykonany na poziomie, o jakim nawet najwięksi mistrzowie kina mogą jedynie marzyć. W dodatku w kolejnych kadrach widać miłość, jaką Villeneuve darzy film z 1982 roku. I nie jest to wcale proste, nastoletnie zakochanie – to dojrzałe, pełne pasji oraz zrozumienia uczucie. Od refleksów wywołanych falami wody w budynku korporacji Wallace'a, przez język jakim operują bohaterowie, aż po scenariusz – Villeneuve w niezwykle umiejętny sposób łączy własne pomysły z dziedzictwem pozostawionym przez Scotta. To samo można powiedzieć o muzyce – Benjamin Wallfisch oraz Hans Zimmer wielokrotnie cytują kultowe syntezatory Vangellisa, nie bojąc się jednak wprowadzić własnych pomysłów. Znane chociażby z „Nowego Początku” potężne basowe uderzenia (i to na tyle, że... zepsuły głośnik w kinie) niezwykle bezpośrednio potrafią podkreślić rozgrywającą się na ekranie akcję. Znakomicie uzupełniają się one jednak z delikatnymi dźwiękami charakterystycznymi dla produkcji z 1982 roku.

Na równie wielkie uznanie co reżyser, scenarzyści oraz autorzy zdjęć i muzyki, zasługują aktorzy. Zostali oni dobrani na tyle umiejętnie, że nawet jeśli posiadają pewne ograniczenia, w „Blade Runner 2049” zostały one przekute w zalety, czego sztandarowym przykładem jest oczywiście Ryan Gosling. Jego ograniczona ekspresja (choć ja akurat jestem jej fanem) idealnie uzupełnia się z graną przez niego postacią. Harrison Ford zagrał swoją najlepszą rolę od wielu lat i nie ogranicza się tu wcale do roli maskotki której jedynym zadaniem jest rozbawić publikę (choć w jednej scenie mu się to udaje) i przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Rick Deckard ma w sobie tak wiele gniewu, że w pewnym momencie zacząłem się obawiać, czy aby nie wpatruję się w niego zbyt długo, bo gotów wyjść z ekranu i mi przyłożyć. To w dalszym ciągu złożona i interesująca postać, kluczowa dla świata Łowcy Androidów. Jared Leto jako opętany ideè fixe Niander Wallace wypada znakomicie i aż żałuję, że w filmie pojawia się tak rzadko. Wallace to postać tak przerysowana, że bardzo łatwo było ją ośmieszyć, Leto udało się jednak nie przeszarżować. Zjawiskowo prezentuje się Ana de Armas jako Joi (choć raczej pod względem urody niż samego występu), poprawnie wypada Sylvia Hoeks, a Robin Wright ratuje honor urzędu kapitana policji – M. Emmet Walsh w tej roli w części pierwszej to prawdopodobnie najsłabszy element produkcji z 1982 roku, podczas gdy Wright jest świetna. Niezwykle intrygująca okazała się Carla Juri jako doktor Ana Stelline i za tak niewielką liczbę scen z jej udziałem mam ochotę urządzić w Hollywood pikietę.

Dennis Villeneuve przy okazji „Blade Runner 2049” wzniósł się na poziom zarezerwowany jedynie dla największych twórców w historii kina. Jego najnowsza produkcja to pod wieloma względami majstersztyk – dzieło niemal idealne. Nie tylko udało mu się zmierzyć z niewykonalnym, czyli dorównaniem legendarnej produkcji, ale też stworzyć dzieło, które samo zyska podobny status. I choć „Blade Runner 2049” zachwyca mnie w tak wielu aspektach, to jednak nie potrafię powiedzieć, czy robi to także film jako całość. Syci wizualnie, jednak intelektualnie pozostawia niedosyt – zupełnie jakby w pewnym momencie ktoś stwierdził, że widz nie da rady więcej zrozumieć i nie należy schodzić głębiej. A potem jeszcze przypomnieć słowa wygłaszane przez bohaterów wcześniej, bo widz gotów przecież nie pamiętać co działo się godzinę temu. Możliwe jednak że zmienię zdanie po kolejnym seansie, jest to bowiem film, do którego bez wątpienia będę wracał jeszcze wielokrotnie, aby odkryć wszystko, co umknęło mi w trakcie pierwszego seansu. Wizyta w kinie obowiązkowa!