12 Gru Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (recenzja przedpremierowa)

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

starwarslastjedi

„Przebudzenie Mocy” było filmem, który miał dwa zadania – przywrócić nieco już zaśniedziałej w świadomości ludzi marce Gwiezdnych Wojen należny jej blask, a także wprowadzić do sagi o rodzinie Skywalkerów nowe pokolenie bohaterów. Oba te zadania udało się zrealizować, choć nie obyło się bez ofiar; ucierpiał przede wszystkim scenariusz, który ani w odpowiednim stopniu nie pokazał galaktycznego tła wydarzeń (choć biorąc pod uwagę jak wyglądało to w prequelach, trudno się twórcom dziwić), ani też nie wzbił się nigdy na poziom, który byłby czymś więcej niż jedynie recyclingiem pomysłów z „Nowej Nadziei”. Tworząc „Ostatniego Jedi” Rian Johnson miał więc do spełnienia zupełnie inna rolę – rozwinąć bohaterów i wątki z poprzedniego Epizodu, nadać im tak potrzebnej głębi, a także poprowadzić sagę w stronę finału.

Historia w „Ostatnim Jedi” rozpoczyna się krótko po zakończeniu „Przebudzenia Mocy” - pomimo utraty bazy Starkiller, Najwyższy Porządek stopniowo przejmuje kolejne regiony galaktyki. Pozbawiony wsparcia Ruch Oporu zmuszony jest do ewakuacji z kolejnych miejsc, rozpaczliwie dążąc do odniesienia choć jednego sukcesu militarnego. I choć w tym momencie skojarzenie z „Imperium Kontratakuje” przychodzi dość naturalnie (tym bardziej, kiedy na scenę wkraczają Luke z Rey), Rian Johnson szybko odchodzi od znanego z filmu z 1980 roku schematu, rozwijając historię w innym kierunku. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że choć „Przebudzenie Mocy” szczodrze pożyczało pomysły z Epizodu IV, „Ostatni Jedi” żongluje motywami z całej klasycznej trylogii. Johnson robi to jednak na tyle umiejętnie, by widz rozpoznał znajome elementy, ale nie czuł się przy tym jakby oglądał powtórkę ze starego meczu, którego wynik zna już od dawna. Niespodzianek tu bowiem nie brakuje, fabuła nie zawsze podąża utartym torem, a niektóre rozwiązania wywołają wśród fanów duże kontrowersje.

Mając za sobą niewdzięczne zadanie wpisania w sagę nowych bohaterów, Rian Johnson skupia się na ich rozwinięciu i czyni to z ogromnym wyczuciem. Większość poznanych przy okazji „Przebudzenia Mocy” postaci przechodzi tu pewną drogę, i wyraźnie widać, że te doświadczenia miały na nich wpływ. Osobiście podobał mi się między innymi wątek Poe Damerona i cieszę się, że ktoś na planie „Przebudzenia Mocy” wpadł na pomysł, by jednak nie uśmiercać go na początku Epizodu VII. Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o przedstawicielach Najwyższego Porządku – cały przeznaczony na ukazanie ciemnej strony mocy czas skradł Kylo Ren. I choć podoba mi się jego rozwój, zabrakło tu większego akcentu ze strony kogokolwiek innego – Snoke'a, Huxa, Phasmy. Szczególnie niewielki udział tego pierwszego jest dla mnie bolesny, ponieważ liczyłem, że dowiemy się o nim nieco więcej. To zresztą nie jedyny tego typu przypadek w filmie – uważam, że odpowiada on na zbyt mało pytań, jakie stawialiśmy sobie po Epizodzie VII. Oczywiście przed nami jeszcze finał trylogii, ale choć dzieje się wiele, brakuje tu odpowiednika „No, I am your father”.

Wszyscy rozczarowani małą ilością scen z bliźniakami Skywalker w „Przebudzeniu Mocy” mogą odetchnąć z ulgą – zarówno Luke jak i Leia odgrywają tu znacznie większą rolę. Szczególnie ten pierwszy ma wiele do pokazania – musi zmierzyć się z prześladującymi go demonami i odnaleźć w sobie siłę, by w końcu zaznaczyć swoją obecność w targanej konfliktem galaktyce, a nie jedynie się ukrywać. Mark Hamill znakomicie wywiązał się z postawionego przed nim zadania, a starzejący się Luke z „Ostatniego Jedi” to chyba moja ulubiona wersja tej postaci. Niestety stan zdrowia Carrie Fisher odbił się na jej ostatnim występie. Talent aktorki i umiejętnie napisany scenariusz pozwoliły jej jednak pokazać siłę Lei – wszak choć pod pewnymi względami ustępuję swemu bratu, w wielu innych jest od niego silniejsza.

Jedną z rzeczy których mocno mi brakowało w „Przebudzeniu Mocy” był brak bitw w kosmosie, na szczęście „Ostatni Jedi” nie każe nam na taką długo czekać. Moc dąży jednak do równowagi, ponieważ choć Epizod VIII przewyższa swego poprzednika kosmiczną batalią, nie gwarantuje równie efektownego wizualnie pojedynku na miecze świetlne jak ten, który w filmie J.J. Abramsa stoczyli w zaśnieżonym lesie Rey z Kylo Renem. Rian Johnson znakomicie czuje to uniwersum, co widać w kolejnych kadrach i nie dziwi mnie, że Disney zaproponował mu stworzenie nowej trylogii. Ja żałuję jedynie, że z tego powodu Johnson nie stanie za kamerą Epizodu IX. Niestety – choć może to opinia niezasłużona i zmienię ją po drugim seansie – odnoszę wrażenie, jakby do „Ostatniego Jedi” John Williams nie skomponował ani jednego unikalnego motywu. Biorąc jednak pod uwagę liczbę cudownych utworów które stworzył na potrzeby Gwiezdnych Wojen, akurat w tym aspekcie nie trzeba było dodawać nic nowego.

Podczas gdy „Przebudzenie Mocy” stawiało na wartką akcję, duże ilości humoru i prostą rozrywkę, „Ostatni Jedi” stara się zaoferować widzowi coś więcej. Humor oczywiście się pojawia, ale w znacznie mniejszych ilościach i lepiej dopasowany do wydarzeń. Wbrew obawom nie irytują nawet tak często wyśmiewane przez sceptyków porgi, które nie tylko nie opanowały ekranu, ale też wypadły znakomicie – w dokładnie takiej ilości scen w jakiej powinny, czyli niezwykle skromnej. Opowiedziana tu historia jest głębsza, trudniejsza, a przez to powinna sprawiać przyjemność znacznie dłużej. O ile już po drugim seansie Epizodu VII nie widziałem powodu, by oglądać go ponownie (choć oczywiście zrobiłem to potem wiele razy), tak odnoszę wrażenie, że Epizod VIII sprawi mi jeszcze wiele radości w przyszłości. „Ostatniego Jedi” nie mogę postawić na równi z żadnym z filmów z klasycznej trylogii, jednak bez wątpienia należy mu się miejsce zaraz za nimi.