30 Gru Fernando (recenzja przedpremierowa) Wyróżniony

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

 fernando byczek

Disney wraz z działającym pod jego kierunkiem Pixarem już kilka lat temu zdominował rynek pełnometrażowych filmów animowanych. Od lat wypuszczają dobre i bardzo dobre produkcje, przykuwając do ekranów tak dzieci, jak i dorosłych. Kto nie kojarzy takich hitów, jak „Gdzie jest Nemo?”, „Odlot”, „Wall-E”, czy „Iniemamocni”, by wymienić tylko kilka z nich? Choć pozostałe wytwórnie próbują stawać w szranki z rozrywkowym gigantem, często stoją na z góry przegranych pozycjach. Jednym z pretendentów jest Blue Sky Studios, twórcy między innymi „Epoki Lodowcowej” oraz „Rio” i... to by było na tyle, jeśli chodzi o ich głośne tytuły. Na przełomie 2017 i 2018 roku Blue Sky postanowiło spróbować sił w reinterpretacji krótkiej opowieści dla dzieci z 1936 roku, „Byczka Fernando” pióra Munro Leafa.

Wspomniany we wstępie pierwowzór (który, nomen omen, jako pierwszy na ekrany przeniósł w 1938 roku w formie krótkiego filmu animowanego wspomniany wcześniej Disney, za co został zresztą nagrodzony Oskarem) traktuje o byczku imieniem Fernando, który ponad wszystko kocha zapach kwiatów. Gdy jego pobratymcy spędzają całe dnie na walkach, on przesiaduje pod drzewem, nawet pomimo zachęt ze strony własnej matki. Łagodna natura stworzenia przezwyciężyła, włącznie z krwiożerczą naturą ludzi biorących udział w corridzie. Ta ponad osiemdziesięcioletnia opowieść była wielokrotnie adaptowana, przenoszona na ekrany kin oraz deski teatrów, jednak pomimo upływu lat nie starzejąc się wcale. Historia tej pełnej ciepła bajki dla dzieci okazała się być dość burzliwa. Wydana krótko przed II Wojną Światową musiała mierzyć się z trafieniem na spis książek zakazanych w Hiszpanii za czasów Fransisco Franco (potępiana za krytykowanie ichniej kultury), czy rozkazem spalenia egzemplarzy w Niemczech Adolfa Hitlera jako promujące zdegenerowaną demokratyczną propagandę (co zmieniło się w 1945 roku, gdy na terenie Niemiec rozdano około trzydzieści tysięcy egzemplarzy „Byczka Fernando”, próbując wypromować pacyfistyczną postawę wśród dzieci). Byczek, który zagroził totalitaryzmowi, nastręczył pewnych problemów i Blue Sky Studios podczas przenoszenia na srebrny ekran – jego opowieść była za krótka.

Reżyser Carlos Saldanha („Epoka Lodowcowa”, „Rio”) wraz ze scenarzystami podszedł do problemu w charakterystycznym dla tego gatunku stylu. Sympatycznego Fernando postawiono w obliczu pełnej w większości slapstickowego humoru przygody, w której przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę. Choć sama fabuła oparta została o doskonale znany (choćby ze wspomnianej „Epoki Lodowcowej”) schemat, to Blue Sky udało się w natłoku kolorowej akcji nie zatracić pierwotnego przesłania książeczki z 1936 roku. Głównego bohatera poznajemy, gdy jako cielak pielęgnuje rosnący w cieniu taczki kwiatek, podczas gdy jego rówieśnicy walczą między sobą, marząc jedynie o zdobyciu wielkiej sławy na arenie w Madrycie. Gdy ojciec Fernando zostaje wybrany przez Matadora i wyrusza w podróż, z której ostatecznie nie wraca, młodociany miłośnik przyrody postanawia uciec z Casa del Toro. Ostatecznie los się do niego uśmiecha, gdy zostaje przygarnięty przez mężczyznę (nie jestem pewien, czy w filmie jego imię pada choć raz), który wraz z córką, Niną oraz psem Paco hoduje kwiaty. Otoczony przyrodą oraz miłością ludzkich opiekunów, Fernando rośnie jak na drożdżach, osiągając rozmiary średniej stodoły. Filmy animowane kierują się jednak własnymi prawami i prędzej czy później, sielanka musi dobiec końca. W wyniku dość niefortunnego zbiegu okoliczności, Fernando ponownie trafia do Casa del Toro, gdzie od jego ucieczki zaszła pewna bardzo drastyczna zmiana. Byki mogą albo walczyć, albo trafić na mięso.

Choć kręgosłup opowieści dość wiernie trzyma się oryginału Munro Leafa, to Saldanha nie ograniczył się jedynie do zwykłej adaptacji, za co niewątpliwie należy się pochwała. Pod warstwą żartów, akcji oraz obowiązkowych w pełnometrażowych filmach animowanych postaci pobocznych (jak koza, której jedynym zadaniem jest sypać żartami, czy trio jeży przywodzących na myśl Pingwiny z Madagaskaru), przemycono kilka bardzo ważnych, nawet jeśli momentami mrocznych, morałów. „Fernando” to nadal opowieść o pacyfizmie, wyłamywaniu się ze schematów oraz stawianiu czoła osobom pragnącym naszej krzywdy dla własnej rozrywki, ale kilka scen sprawiło, że ja sam, trzydziestoletni chłop, miałem ciarki. Chodzi tu o górującą nad Casa del Toro przetwórnię, czy scenę gdy Fernando trafia na linię produkcyjną, chcąc ocalić przyjaciół. Choć przemycane tam przesłanie jest ważne i ostatecznie pasuje do opowieści, tak muszę się przyczepić do dziwacznej decyzji twórców, którzy serwują mające rozładować atmosferę żarciki, gdy widzowie dopiero starają się przetrawić pełne emocji sceny. Same sceny nie są na szczęście (w końcu to produkcja skierowana do najmłodszych) tak brutalne, jak w netfliksowej „Okji”, jednak wciąż potrafią mocno poruszyć.

Wizualnie, przygody Fernando wypadają świetnie, w niczym nie ustępując konkurencji. Jest kolorowo, płynnie, a przy tym momentami wiernie rysunkom Roberta Lawsona, zdobiącym „Byczka Fernando”, za co reżyserowi wraz z ekipą odpowiedzialną za tę stronę filmu należą się ogromne brawa. Choć opowieść została wzbogacona o szereg wypełniaczy (znalazło się nawet miejsce na taneczną bitwę z trójką rumaków), tak w większości się ich nawet nie zauważa, traktując jako integralny element historii. Mógłbym się przyczepić jedynie do przydługawego pościgu ulicami Madrytu, który w pewnym momencie zaczynał nużyć. Słowa uznania należą się również za kulminacyjną potyczkę na arenie, podczas której napięcie było wyczuwalne nawet na sali kinowej. Minuty spędzane przez Fernando w oczekiwaniu na wyjście na arenę oferowały więcej emocji, niż niejeden obejrzany przeze mnie w 2017 roku film skierowany do dorosłego widza. Nie mogę się również przyczepić do dubbingu, który wypadł całkiem porządnie, choć nie ukrywam, że chętnie posłuchałbym oryginału, gdzie głównemu bohaterowi głosu użycza John Cena (u nas jest to Marcin Dorociński).

„Fernando” to porządna, trwająca nieco ponad półtorej godziny animacja, przy której nie ma czasu na nudę. Choć na ekranie dzieje się dużo, a żarty w większości skutecznie bawią widzów (chylę czoła za scenę z bykiem w składzie porcelany), tak brak ograniczenia wiekowego w obliczu sporej ilości przemocy (serwowanej poza kadrem, ale jednak) może jednak budzić zastrzeżenia. Z pewnością jest to szczegół warty rozważenia dla rodziców planujących wypad do kina z młodszymi dziećmi. Nie zmienia to jednak faktu, że „Fernando” wart jest zobaczenia, a płynący z niego morał nie zestarzał się ani trochę przez osiemdziesiąt lat od wydania „Byczka”.