09 Kwi Ready Player One (2018) recenzja filmu Wyróżniony

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

rpofilm

Nigdy nie lubiłem powieści „Ready Player One”. Co więcej, nie potrafiłem do końca zrozumieć jej fenomenu – napisana została jak typowa powieść dla nastolatków, ze wszystkimi wadami tego typu literatury (główny bohater to Gary Stu, czyli męski odpowiednik Mary Sue, większość sytuacji rozwiązuje deus ex machina, itd.), ale swoją moc opierała na nostalgii do popkultury lat osiemdziesiątych, która przyciągnąć mogła tylko ludzi, którzy byli już w wieku, w którym tego typu „dzieł” się nie czyta, bo szkoda na nie czasu. Prawda? Oczywiście wyniki sprzedaży książki i opinie czytelników na forach mówią co innego, ale mojemu wewnętrznemu krytykowi wcale to nie przeszkadza. Dlatego też na seans „Ready Player One” (w rodzimym wydaniu „Player One”, bo autor polskiego przekładu książki – swoją drogą, fatalnego – widocznie uznał, że polski odbiorca jest zbyt głupi na tak długi tytuł, w dodatku po angielsku) wybierałem się z wyjątkowo negatywnym nastawieniem. Wiem, że to nieprofesjonalne z mojej strony, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że... szybko zmieniłem zdanie.

Fabuła „Ready Player One” rzuca nas w nieodległą przyszłość, w której to ludzkość po kilku kryzysach ekonomicznych ucieczki przed rzeczywistymi problemami szuka w Oasis – grze będącej spełnieniem marzeń każdego fana MMO. Jej twórca, James Halliday, był wielkim marzycielem i idealistą, w związku z czym nie pozwolił na dobranie się do swego tworu chciwym korporacyjnym menadżerom, którzy najchętniej doprowadziliby Oasis do postaci, przy której nawet współczesny rynek gier wideo wyglądałby prokonsumencko. „Był”, ponieważ w momencie w którym zaczyna się akcja filmu, Halliday nie żyje od lat. Na pożegnanie umieścił on jednak w Oasis easter egga (na szczęście za przekład filmu odpowiadała inna osoba niż książki i nie próbowała tego terminu tłumaczyć), którego odnalezienie zapewni znalazcy pakiet kontrolny nad ukochanym dziełem Hallidaya. Dużo więcej o fabule i świecie w którym toczy się akcja nie będę pisał – pierwsze dwadzieścia pięć minut filmu to nieustająca ekspozycja, z której wszystkiego się dowiecie. Potem jest już klasyczna jazda schematami – od zera do bohatera, chłopak poznaje dziewczynę, pogoń za MacGuffinami, potęga przyjaźni, itd.

Kiedy zobaczyłem, że za scenariusz odpowiadać ma autor książki, Ernest Cline (wraz z Zakiem Pennem, twórcą skryptów do takich „dzieł” jak „Elektra” czy „X-Men: Ostatni Bastion”), podejrzewałem, że czeka mnie kalka z powieści. Pisarze znani są wszak z tego, że nie lubią wprowadzania zmian do swych dzieł, szczególnie do tych, które są im niezwykle bliskie, co miało miejsce w przypadku „Ready Player One”. Cline postąpił jednak inaczej, i wprowadził zaskakująco wiele zmian; Nie na najważniejszym poziomie, w podstawowych założeniach to wciąż ta sama historia, jednak w przypadku kluczy otrzymujemy inne (czasem w mniejszym, czasem w większym stopniu) zagadki i ich rozwiązania, lepiej dopasowane do nowego medium. Zapomnijcie więc o nudnej szkolnej planecie, tutaj pierwszy klucz zdobywa się w emocjonującym wyścigu, w trakcie którego oprócz licznych pułapek na graczy polują T-Rex i King Kong. Moją (a z tego co widziałem w opiniach innych widzów – nie jestem w tym stwierdzeniu osamotniony) ulubioną sceną jest jednak ta, w której bohaterowie trafiają do rzeczywistości znanej ze „Lśnienia” - tutaj twórcy pokazali, jak duży potencjał drzemał w „Ready Player One”.

Spielberg, jeden z najważniejszych (jeśli nie najważniejszy) twórców kina Nowej Przygody zdążył niestety zapomnieć o jednej z podstawowych zasad tego nurtu – widz musi polubić bohaterów. Jeśli uda się to osiągnąć, wszystko pozostałe jest już łatwe. Tymczasem większość postaci przewijających się przez ekran w trakcie seansu jest w najlepszym razie nijaka. Główny bohater, Wade (Tye Sheridan), został tu nieco lepiej napisany niż w książce, ale to wciąż ten sam irytujący typ. Może to, że wypadł korzystniej spowodowane jest jedynie tym, że w filmie nie można było poświęcić mu tyle samo miejsca? Daito ponownie jest chodzącym stereotypem, podobnie zresztą jak James Halliday. Trochę głębi udało się dodać Art3mis, jednak wciąż to główny bohater musi jej powiedzieć, że jest ładna, by ta uwierzyła w siebie. To jest po prostu złe pisanie. Nieco lepiej wypadają także Aech i Sho, a to dlatego, że w przeciwieństwie do reszty ekipy zachowują się naturalnie. Ben Mendelsohn robi wiele, by z roli stereotypowego menadżera złej korporacji coś wyciągnąć i rzeczywiście mu się to udaje. Prawdziwą, i moim zdaniem jedyną gwiazdą tego filmu jest jednak T. J. Miller, którego i-R0k kradnie każdą scenę i naprawdę rządzi.

Spotkałem się z zarzutami, że CGI w „Ready Player One” jest złej jakości, jednak należy pamiętać, że świat przedstawiony w Oasis nie powinien wyglądać realistycznie – on MUSI prezentować się sztucznie. Odbierając go w ten sposób – jako wciąż niedoskonałą symulację, prezentuje się znakomicie. Do tego oczywiście w wirtualnym świecie ukryta jest jedna z największych (a może nawet największa) zaleta „Ready Player One”, czyli liczne gościnne występy postaci z innych mediów. Jeśli spotkaliście się z opiniami, że „Ready Player One” to „cameo fest”... cóż, tak jest w istocie. Skłamałbym jednak mówiąc, że nie bawiłem się dobrze wychwytując kolejne znajome elementy.

Choć na seans „Ready Player One” wybierałem się z negatywnym nastawieniem, szybko okazało się, że... bawiłem się na nim zaskakująco dobrze. Nie twierdzę, że to świetny film. O nie, ma mnóstwo wad, których część opisałem powyżej, wiele błędów logicznych, a do tego okropny morał, jaki zaserwować widzom w 2018 roku mógł tylko starszy pan, który wygłasza wnukom kazanie, że kiedyś to nie było PlayStation i wychodziło się na podwórko, ale... to wciąż poprawnie zrealizowane kino przygodowe, z ciekawym pomysłem na świat, który odróżnia je od konkurencji. A ja po prostu nie potrafię się nie uśmiechnąć, kiedy ktoś przylatuje na pole bitwy w Serenity, po czym przemienia się w Gundama, by walczyć z... a zresztą, sami zobaczcie z kim.

PS „Ready Player One” to i tak literackie wyżyny w porównaniu do innej powieści Ernesta Cline, czyli „Armady”. Podobno właśnie ruszają wstępne prace nad jej ekranizacją...