19 Kwi Fear the Walking Dead - wrażenia z czwartego sezonu serialu!

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

FTWD 401 RF 1206 0202 RT

Począwszy od szóstego sezonu, „The Walking Dead” nie jest w stanie złapać właściwego rytmu. Niczym żywy trup, serial potyka się o własne, złożone z fabularnych głupot, dłużyzn i nadmiernego filozofowania, bebechy. Właśnie dlatego gdy w 2015 roku na horyzoncie pojawił się „Fear the Walking Dead”, obiecując opowieść o zwykłych ludziach stawiających czoła śmiertelnemu zagrożeniu na samym początku końca świata, pozwoliłem sobie na odrobinę nadziei. Promyk został jednak zduszony słabym pierwszym sezonem oraz tragicznym drugim. I choć trzecia odsłona „przygód” rodziny Clark prezentowała znacznie wyższy poziom (przebijając nawet główną serię), musiałem się mocno zastanowić nim sięgnąłem po udostępnione przedpremierowo dwa odcinki czwartego sezonu. Ku mojemu zaskoczeniu, nieco ponad półtorej godziny później na poważnie rozważam włączenie „Fear the Walking Dead” do obowiązkowych, cotygodniowych seansów.

Pierwszy odcinek czwartego sezonu serialu stanowi jednocześnie pomost między nim, a główną serią. Nie chcą zdradzać zbyt wiele z zakończenia bieżącego sezonu „The Walking Dead”, napiszę jedynie, że głuchy na namowy przyjaciół Morgan postanawia zabrać swój wierny kij i wyruszyć w podróż ze Wschodniego na Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych, chcąc odnaleźć siebie i własne miejsce w tym nowym, krwawym świecie. I choć już sama ta wyprawa mogłaby dostarczyć materiału na solidny, pełen nowych miejsc oraz ludzi sezon, to właściwa akcja zawiązuje się dopiero, gdy Morgan spotyka dziwnego, gadatliwego kowboja z zabytkowym sześciostrzałowcem, misją oraz niespotykanym w tym świecie optymizmem, Johna (w tej roli świetny Garret Dillahunt). Jak to zwykle bywa, duet pakuje się w kłopoty, z których wybawia ich Althea (nie ustępująca grą swemu koledze Maggie Grace), zaprawiona w trudach życia w świecie opanowanym przez żywe trupy kobieta, poruszająca się opancerzonym wyposażonym w dwa sprzężone ciężkie karabiny maszynowe wozem SWAT. Interakcje między tak nietypową trójką postaci sprawiają, że gdzieś znika ciężki, pseudo-filozoficzny klimat „The Walking Dead”, gdzie głównym zadaniem postaci jest marszczenie brwi, stękanie oraz zamartwianie się. Milcząco zdeterminowany Morgan, gadatliwy i pogodny John oraz wścibska Althea dają serialowi tak potrzebny zastrzyk energii, że z przyjemnością obserwowałem ich wzajemne przekomarzania. Szczególnie interesująco prezentuje się relacja Althei z Morganem, która przez większość odcinka stara się wydobyć z Jonesa opowieść o jego przeszłości. Fani serialu wiedzą, jak trudnym zadaniem jest przebić się przez otaczający Morgana pancerz. I choć ta słowna przepychanka nie posuwa fabuły do przodu, tak świetnie się sprawdza jako sposób zbudowania charakteru Al pokazując, że stojąca za czwartym sezonem nowa ekipa „Fear the Walking Dead” zdaje się wiedzieć co robi.

Sytuacja ulega zmianie, gdy na ich drodze pojawiają się Clarkowie i spółka, choć ciężko nie odnieść wrażenia, że gdzieś zgubił się indywidualny charakter serialu. Drugi z udostępnionych odcinków wywołuje nieuniknione skojarzenia z minionymi sezonami serii-matki. Po burzliwym zakończeniu trzeciego sezonu, bohaterowie osiedli w nowym miejscu i choć twórcy nie ujawniają ile lat minęło od ostatniego spotkania z ocalałymi z Los Angeles, to już na pierwszy rzut oka widać, że czas odcisnął swe piętno na ich charakterach. Madison, niegdyś terapeutka, teraz chodzi we flanelowej koszuli, przekrzywionym kapeluszu, przywodząc na myśl Ricka z pierwszego sezonu. Wystarczy dać jej konia i puścić ulicami Atlanty. Nick walczy z demonami za pomocą pracy w polu (ponownie przychodzi na myśl Rick i jego ogródek warzywny w więzieniu), a Strand zdaje się być oddany Madison niczym wierny pies. Dochodzą do tego typowi dla „The Walking Dead” antagoniści w postaci obcej grupy, pozostawiającej po sobie dziwaczne wizytówki. W którym to sezonie grupa szeryfa musiała się zmierzyć z Wilkami? Z jednej strony reboot „Fear the Walking Dead” jest niczym powiew świeżego powietrza, powracając do korzeni serii, gdy jeszcze nie było zwaśnionych armii i wyrzutni rakiet (choć jest opancerzony wóz SWAT przypominający coś, co mogłoby się znaleźć w „Dead Rising”), a z drugiej można odnieść wrażenie, że wymienione zbieżności sugerują stopniowe upodobnianie się spinoffu do głównej serii, co może nie wszystkim przypaść do gustu.

Mimo to, po raz pierwszy od trzech lat mogę z całą pewnością stwierdzić, że z zainteresowaniem wyglądam kolejnych odcinków serialu. Przejmując stery od Dave’a Ericksona, Andrew Chabliss oraz Ian Goldberg podjęli się bardzo odpowiedzialnego zadania. Seria o żywych trupach przeżywa poważny kryzys, w którym nie pomógł bardzo słaby sezon ósmy „The Walking Dead”. Słupki oglądalności lecą na łeb i szyję, a widzowie mogą uwierzyć w odświeżenie formuły i nowy początek tylko raz. Jeśli seria czwarta (pomimo solidnych pierwszych dwóch odcinków) okaże się rozczarowaniem, to może stać się ostatnim gwoździem do trumny jednego z najpopularniejszych serialowych uniwersów. Czwarty sezon „Fear the Walking Dead” jest niczym żywy trup, uparcie kuśtykający w kierunku zwietrzonej ofiary. Tylko że za sprawą nowych, sprawnie napisanych oraz interesujących postaci zdaje się mieć więcej energii od reszty stada, wysuwając się na czoło stawki. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to jedynie chwilowy zryw i gdzieś po drodze nie zaliczy wywrotki. O jego powodzeniu (lub jego braku) możecie przekonać się sami, już w poniedziałek, dwudziestego trzeciego kwietnia na kanale AMC.

Ostatnio zmieniany czwartek, 19 kwiecień 2018 12:24