12 Maj Rampage: Dzika furia - recenzja

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

Rampage Dzika furia

Nie ulega wątpliwości, że Dwayne „The Rock” Johnson jest bardzo zapracowanym człowiekiem. Z charakterystycznie uniesioną brwią i niespożytymi pokładami charyzmy coraz częściej stanowi ostatnią linię obrony ludzkości. Oswaja zwierzęta, radzi sobie w najeżonej niebezpieczeństwami dżungli, walczy z żywiołami, a zagadki kryminalne rozwiązuje w kąpielówkach. Miesiąc po światowej premierze, „Rampage: Dzika furia” trafił do polskich kin, a w nim The Rock będzie musiał zmierzyć się z największym (może poza leniwym podejściem do pracy na planie w wykonaniu Vina Diesela) wyzwaniem do tej pory: krwiożerczymi, zmutowanymi bestiami rodem z wydanej w 1986 roku gry wideo!

Na wstępie trzeba ustalić jedno – „Rampage: Dzika furia” jest dokładnie takim filmem, na jaki wygląda. Najeżoną głupotami, niekonsekwencjami i ze szczątkową fabułą historią o tym, jak były komandos, miłośnik zwierząt i postrach kłusowników walczy z gigantycznymi potworami CGI na ulicach Chicago. Uzbrojony w granatnik rewolwerowy RGP-40 dokonuje tego, z czym nie jest sobie w stanie poradzić sobie armia USA, a czyni to prężąc muskuły i rzucając mniej lub bardziej suchymi żarcikami. I właśnie w tych momentach, gdy na ekranie dużo się dzieje czuć, że film właśnie to chciał pokazać. Nieskrępowane zasadami logiki, przesadzone przeniesienie na ekrany kin zabawy w skrupulatną demolkę. Problem stanowią częste okresy wyciszenia, gdy ciężar pociągnięcia filmu spada na barki scenariusza i aktorów. Sama fabuła pełni tutaj marginalną rolę, zupełnie jakby odpowiedzialny za historię Ryan Engle (do jego dorobku należy między innymi „Pasażer” z Liamem Neesonem) doświadczył wyjątkowo trudnego przypadku blokady twórczej... Po czym wzruszył ramionami i przeszedł prosto do rozwałki, pomijając wprowadzanie i rozwijanie postaci.

Nie żeby było co wprowadzać, bo poza granym przez The Rocka Davisem Okoye, cała reszta mogłaby zostać zastąpiona kukiełkami. Nawet posiadając takich aktorów, jak Joe Manganiello, czy Jeffrey Dean Morgan, reżyser Brad Peyton jest w stanie co najwyżej zmarnować ich potencjał. Komicznie przerysowany duet antagonistów, czyli dążąca po trupach do celu Claire Wayden (Malin Åkerman) i jej przygłupi brat, Brett (Jake Lacy) wyróżniają się jedynie tym, że w gabinecie mają automat z grą „Rampage”. Manganiello pojawia się na kilka minut w roli stereotypowego najemnika, a o partnerującej Johnsonowi Naomie Harris mogę powiedzieć tylko tyle, że jej postać motywowała śmierć brata. Aktorka mająca w swoim dorobku między innymi nominację do Oskara, nie ma ani jednej wartej zapamiętania sceny. Poza Johnsonem jedynie Jeffrey Dean Morgan zdaje się czerpać trochę frajdy, snując się po planie, błyszcząc uśmiechem a'la Negan i rzucając uszczypliwe komentarze z południowym akcentem. Reszta aktorów drugiego planu zdaje się myśleć jedynie o zakończeniu pracy i zabranie się za ciekawsze projekty.

Znacznie lepiej prezentują się faktyczne kukiełki w postaci komputerowo animowanych bestii. Trio zmutowanych monstrów, które przeszło trzydzieści lat temu siało spustoszenie w salonach gier i domach graczy, czyli goryl, wilk i krokodyl tworzą iście wybuchową mieszankę. Torują sobie drogę do Chicago pożerając, miażdżąc i demolując wszystko, na co tylko się natkną, a przy tym świetnie wyglądają. Owszem, jakość animacji tu i ówdzie zalicza spadki, ale nie ulega wątpliwości, że gdy już monstra wypełniają kadr, wszystkie zarzuty lądują na bocznicy. Gdy natomiast dochodzi do nieuniknionego tag-teamu między potworami (z Johnsonem na doczepkę), sceny te wciskają w fotel. Szczególną uwagę poświęcono wspomnianemu George’owi. Ów goryl-albinos został uratowany i wychowany przez Davisa Okoye, a co za tym idzie, mężczyznę i zwierzę łączy bardzo silna (jak również dokładnie nakreślona) więź. Nietrudno odnieść wrażenie, że to w charakter George’a włożono więcej pracy niż w resztę postaci ludzi razem wziętych. Sceny w których Okoye wchodzi w interakcje z gorylem (zarówno przed, jak i po przemianie) wybijają się na tle ogólnej mizerności, kilkukrotnie powodując wybuchy śmiechu i widzów.

„Rampage: Dzika furia” wymaga tylko jednego – wyłączenia zdolności logicznego rozumowania. Jeśli jesteście w stanie spełnić ten warunek, czeka was niemal dwugodzinna jazda bez trzymanki. Nawet mimo tego, że po wyjściu z kina nie będziecie wiele z tego filmu pamiętać, tak oferuje on kilka solidnych scen akcji oraz całkiem konkretną rozwałkę... gdy już aktorzy przestają rozmawiać. Charyzma Dwayne'a Johnsona działa bez zarzutu, ale w przeciwieństwie do „Jumanji: Przygoda w dżungli”, tutaj nie może liczyć na talent aktorów pokroju Jacka Blacka, Kevina Hearta, czy Karen Gillian i trzeba przyznać, że to czuć. Przykładanie szczególnej uwagi do głównego bohatera i jego przerośniętych przeciwników przywodzi na myśl choćby „Pacific Rim” z 2013 roku, z tą różnicą, że „Rampage: Dzika furia” nie sili się ani na zbytnią powagę, ani moralizowanie. Podczas gdy pięć lat temu Guillermo del Toro przerwy między starciami wykorzystywał do zaplatania intrygi oraz rozniecanie konfliktów między bohaterami, Ryan Engle ledwo sobie radzi z serwowaniem suchych żartów. Nie wspominając o wiarygodnej motywacji warunkującej porządny konflikt między bohaterami. Wybierzcie się tylko jeśli jesteście w stanie zostawić logikę przed kinem, lub jeśli lubicie filmy Kaiju z zeszłego wieku.