12 Paź Hotel Transylwania 3 (recenzja premierowa) Wyróżniony

Napisał Dział: Film Komentarze DISQUS_COMMENTS

Hotel Transylwania 3

Gdybym miał wskazać palcem jedną osobę w znaczącym stopniu odpowiedzialną za kształtowanie mojego poczucia humoru, pierwszym z typów byłby Genndy Tartakovsky. Jego produkcje, takie jak „Dwa głupie psy”, „Laboratorium Dextera” czy „Samuraj Jack” (nie wspominając o pracy przy „Atomówkach” oraz „Przygodach Animków”) towarzyszyły mi przez sporą część podstawówki, a i nawet teraz, przeszło piętnaście lat później, chętnie wracam do ulubionych odcinków. Nie powinno zatem nikogo zdziwić, że mam słabość do wyreżyserowanej przez Tartakovsky’ego serii „Hotel Transylwania”, a obejrzana w weekend trzecia część przygód Drakuli, Mavis i ferajny jedynie mnie w tym utwierdziła.

Na przestrzeni lat, Pixar do spółki z Disney’em wyznaczał złoty standard filmów animowanych. Od „Toy Story” przez „Odlot” aż po „WALL-E” ich produkcje nie tylko zachwycają stroną wizualną, ale niosą ze sobą morał, który niejednokrotnie wyciśnie łzę nawet z widza o najtwardszym sercu. Po drugiej stronie animowanego spektrum znajdują się takie produkcje, jak „Minionki rozrabiają”, które komedii upatrują w nieokiełznanym chaosie na ekranie. Gdzieś pomiędzy plasuje się „Hotel Transylwania”, który choć przemyca ważny morał o miłości i tolerancji, to czyni to za pomocą slapstickowej komedii. Trzecia odsłona przygód Drakuli z ferajną pod tym względem nie różni się od poprzednich, dokładając do tego przywodzącą na myśl „Zwariowane melodie” kreskówkową przemoc. Genndy Tartakowsky (występując tutaj w roli reżysera i współautora scenariusza) dostarcza kilka naprawdę solidnych sekwencji, podczas których niezależnie od wieku, wszyscy na sali zanosili się śmiechem. Doskonałym tego przykładem są choćby pierwsze minuty filmu, pełniące funkcję skrótu wieloletniego konfliktu Drakuli z Abrahamem Van Helsingiem, która... żywo przypomina rywalizację Strusia Pędziwiatra z Kojotem Wilusiem, czy znajdującą się nieco dalej scena podróży obsługiwaną przez gremliny linią lotniczą… Ale zacznijmy od początku.

„Hotel Transylwania 3” opiera się na jakże słusznym założeniu, że nawet Księciu Ciemności należą się wakacje. Kierując się tą myślą Mavis organizuje dla całej ferajny wakacje all inclusive na statku wycieczkowym kursującym między Trójkątem Bermudzkim a Atlantydą. Już na pokładzie, zgodnie z najlepszymi tradycjami „Statku miłości”, coraz wyraźniej odczuwający samotność Drak poczuł strzałę kupidyna na widok kapitan Eriki, a to dopiero początek kłopotów, ponieważ głęboko w ładowni czai się sam Abraham Van Helsing, który nawet po stu dwudziestu latach nie chce zaprzestać prowadzenia krucjaty przeciwko siłom ciemności. Nawet jeśli wiązało się to z koniecznością wymiany prawie całego ciała na steampunkowe wihajstry. Choć fabuła jest prosta i przewidywalna, silną stroną „Hotelu Transylwania 3” jest humor. Począwszy od drobiazgów, jak gigantyczny pies przemycony na pokład w przebraniu składającym się z płaszcza oraz kapelusza (kto kojarzy klasyczny strój Żółwi Ninja, ręka do góry!) przez klasykę a’la Królik Bugs, gdzie siedzący w kanale wentylacyjnym statku złoczyńca stara się wykończyć niczego niespodziewającego się bohatera, aż po perełki w stylu przemawiającego do większości rodziców momentu, gdy Wayne i Wanda zostawiają hordę dzieci w świetlicy.

Mimo to, nie sposób pominąć faktu, że scenarzyści Hotelu zaczynają się powtarzać, po raz trzeci serwując historię traktującą o miłości i akceptacji, ograniczając się jedynie do zmiany scenografii. Problemem może być przytoczona powyżej prostota żartów, która nie wszystkim przypadnie do gustu, a obwisłe pośladki wiekowego Vlada w obcisłych kąpielówkach co niektórych widzów mogą wprawić w osłupienie. Nie można przy tym jednak zapomnieć do kogo tak naprawdę ta seria jest kierowana. Nie ulega bowiem wątpliwości, że dzieci (te faktyczne, jak i metaforyczne – siedzące w dorosłych na sali obecnych) bawiły się świetnie, żywiołowo reagując na rozgrywające się na ekranie wydarzenia. Nie wspominając o wieńczącym film dość nietypowym pojedynku DJ-ów, którego finał rozrusza nawet największego ponuraka (DJ Tiesto – Wave Raider wymiata). I choć rodzice mogą mieć obawy w związku z obecną w filmie przemocą, można ich uspokoić – Tartakovsky nie serwuje tutaj nic bardziej drastycznego, niż można zobaczyć w przeciętnym odcinku „Toma i Jerry'ego”, a potwory potrafią być straszniejsze w przygodach Scooby'ego.

Było coś odświeżającego i nostalgicznego w oglądaniu charakterystycznego dla Tartakovsky’ego, niemal gumowego sposobu poruszania się postaci oraz prostego, slapstickowego humoru. Nie spodziewajcie się tutaj naładowanych emocjonalnie scen rodem z pierwszych minut „Odlotu” lub interesującego komentarza na temat wpływu ludzkości na środowisko z „WALL-E”, ale jeśli macie ochotę na odmóżdżającą rozrywkę, a do tego wciąż bawią was (lub wasze pociechy) żarty z pierdzeniem w tle, szykujcie się na przyjemnie spędzone półtorej godziny. I pamiętajcie – człowiek, potwór, jednorożec? Co za różnica.

Więcej w tej kategorii: « Venom (recenzja)